Test zdrowych batonów!

Cześć!

Myślę, że już wiecie jak bardzo uwielbiam poznawać smaki, których wcześniej nie miałam okazji spróbować. Gdy tylko zobaczyłam, że do pobliskiego sklepu spożywczego sprowadzono te batoniki – wiedziałam, że powstanie z nimi wpis!

Dzisiaj testujemy (oczywiście – z mamą!) batony dobra kaloria firmy Kubara.
Wpis nie jest sponsorowany.

Niestety – z sześciu dostępnych na rynku smaków, na sklepowej półce pojawiły się jedynie trzy: kawa & orzech, kakao & orzech oraz chrupiący orzech.
Będąc zagorzałą fanką orzechowego smaku, bardzo się ucieszyłam i zgarnęłam wszystko, co mogłam. Jakie oceny zgarnęły dobre kalorie? Przekonajcie się! 🙂

0

Przede wszystkim wygląd batonów – bardzo mi się spodobał! Nieduże ciasteczka otulone zostały matowym opakowaniem foliowym. Każdy smak dostał swój własny kolor; w serii mamy więc batonik brązowy, zielony, pomarańczowy, a także niebieski, fioletowy i czerwony (których nie miałyśmy okazji spróbować).
Producenci zapewniają nas, że w batonach nie ma cukru – jest za to 100% natury, owoce i orzechy. Dla mnie bomba! 🙂

Z tyłu oczywiście informacje na temat wartości odżywczych, krótki opis produktów (uroczy!) oraz banalny skład – czyli to, co najważniejsze. Ucieszyło mnie, że batony słodzone są daktylami, ponieważ sama tak dosładzam swoje domowe wypieki.

Desktop.jpg

Mamy więc w rękach: baton kawowy do działania pobudzający, czekoladowy zmysły pieszczący i orzechowy mocno wciągający. Mnie można łatwo uwieść takim chwytem reklamowym 😀

Przejdźmy  do smaków!

Na pierwszy ogień poszedł batonik kakaowo – orzechowy.

3 (1).jpg

Ledwo wyczuwalny zapach kakao nieco nas zawiódł i sprawił, że czar stworzony przez producenta bajeczkami z opakowania nagle prysnął. Dałyśmy mu szansę i niepewnie wgryzłyśmy się w batony.
Zaskoczył nas wspaniały smak oraz konsystencja przekąski! Mimo, że producent zapewnia, iż baton jest chrupiący, okazał się być miękki i jednocześnie „do pogryzienia”. Ciastko jest słodkie, kakaowo-orzechowo-daktylowe.

5.jpg

Oceny:
Mama: 4/5
Zuza: 4.5/5
Łącznie: 8.5/10 punktów. Wybronił się wybornym smakiem!

Następnie sięgnęłyśmy po kawę i orzech.

1.jpg

Tym razem zapach kawy wprawił nas w bezdech! Dla ścisłości – nie jest to lekki, kawowy zapach. To prawdziwa kawa parzona, kawowe ziarenka przed zalaniem wodą. Kontrast zapachowy pomiędzy pierwszym a drugim słodkim delikwentem okazał się być nieziemski!

2.jpg
Konsystencja ponownie miękka, co bardzo nam odpowiada. Chrupiący baton nie byłby dla nas tak przyjemny w odbiorze.
A co ze smakiem? Można było się tego spodziewać: słodki i kawowy.
Osobiście nie wyczułam w nim wyraźnego smaku orzechów, kawa wysunęła się tu na pierwsze miejsce w każdej kwestii. Dla wielbicieli kawy jest to smakowy (i zapachowy!) strzał w dyszkę.

Oceny:
Mama: 5/5
Zuza: 4/5
Łącznie: 9/10 punktów. Brawo, kawo!

A tego smaku bardzo się obawiałam. Pora na kęs chrupiących orzechów.

6.jpg

Z informacji z tyłu opakowania wynika, że baton ma smak masła orzechowego.
Uwielbiam masło orzechowe i bałam się, że tym razem coś tu poszło nie tak, że zapach i smak nie spełnią moich oczekiwań.
A jednak udało się! Można pogratulować twórcom. To jest masło orzechowe. Mimo, że nie chrupie, jest pysznie. Wybaczamy wszystkie nieścisłości!
Tak samo, jak w przypadku kawy, baton pachnie tak, jak nam obiecywano, czyli masłem orzechowym – nie byle jakimi orzeszkami, tu rzeczywiście czuć masło. O dziwo ciastko smakuje również jak masło orzechowe!
Nie rozumiemy, jak oni to zrobili, ale udało im się skraść nasze serca. Aż brak nam słów. Tego nie da się tak prosto opisać.

Oceny:
Mama: 6/5
Zuza: 5/5
Łącznie: 11/10. Masło orzechowe wymiata!

Ogólnie batoniki bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Każde ciasteczko smakowało naprawdę przepysznie i zdecydowanie będziemy często powracać do ich smaków.
Cieszymy się, że batony nie są chrupiące (a być może to nam trafiły się felerne egzemplarze?), ponieważ ich miękkość i delikatna lepkość jest urzekająco przepyszna.
Nie możemy się doczekać, by skosztować innych smaków!

8.jpg

Jedliście już te dobre kalorie? Co o nich sądzicie?
Jeśli macie propozycje co do kolejnych jedzeniowych (i nie tylko) testów – piszcie śmiało w komentarzach! 🙂

Zuza 😉

P.S.: Mam nadzieję, że nowa strona przypadła Wam do gustu?

DIY dla mola książkowego

(14.06.2016)

Cześć!

Zbliżające się wakacje zwiastuje ładna pogoda i ciepełko.
Mnie wakacje kojarzą się nie tylko z czasem wolnym i latem – to również okres wzmożonej bezsenności na rzecz czytania książek 🙂 Najlepiej czyta mi się właśnie w nocy, a dzięki odpowiednim lekturom nawet nie mam ochoty na sen.
Ciepełko już jest, czasu wolnego mam aż za dużo. Zatem pora się zabrać za czytanie!
Jedyne, czego mi brakowało, to zakładki do książek. Wykonałam ich wiele – nie tylko dla siebie 🙂

0

 

Zakładki nie tylko do książek.
Nieduże zakładki wykonane ze spinaczy biurowych i wstążek lub tasiemek to idealny gadżet dla posiadaczy plannerów. Mogą również przydać się w szkole; by zaznaczyć ważną stronę w zeszycie, podręczniku, notesie. Prezentują się uroczo i są proste w wykonaniu. Czy można chcieć czegoś więcej? 🙂

1

2

3

 

Zakładki origami.
Do ich wykonania potrzebujemy jedynie niedużej kartki papieru. Proces tworzenia trwa niedługo – nie jest skomplikowany 🙂 Takie zakładki wyglądają ładnie, są poręczne i spełniają swoje zakładkowe zadanie na piątkę z plusem!

4.jpg

5.jpg

6

 Moje zakładki wykonałam na podstawie tego tutorialu 🙂

Klasyczne zakładki.
Ozdobione w odpowiedni sposób stają się wyjątkowe! Ja wykorzystałam najprostsze pomysły – wszędobylska taśma Washi i skromny, ozdobny papier. Taką zakładkę można wykonać, używając tego, co akurat mamy pod ręką. Najprostsze rozwiązania często okazują się być najlepszymi!

7.jpg

8.jpg

 

Zakładki prawdziwego fana!
Kto by nie chciał posiadać zakładki z cytatem z ulubionej książki lub filmu?
Na zakładce można umieścić (nakleić, narysować) atrybut ulubionej książkowej postaci – ja tak zrobiłam. Te dwie zakładki są moimi ulubionymi!
Postanowiłam, że wykorzystam cytaty, które zrozumieją fani Myrona Bolitara z książek Harlana Cobena oraz Zero i Jude z serialu „Hit the Floor”.

9.jpg

10.jpg

11.jpg

 

Urocze zakładki.
Wykonane na papierze w lekko kremowym odcieniu, przy użyciu zwyczajnych farbek wodnych.
Według mnie wyglądają przeuroczo!

12.jpg

13ooopoiuoiuo.jpg

14.jpg

 

Warto jest własnoręcznie wykonać zakładki. To świetna zabawa, która nie zajmuje dużo czasu, a przy okazji zachęca do czytania.
Ja mam już na stoliku kilka egzemplarzy książek, których nie przeczytałam, choć wielokrotnie miałam na to ochotę. Zakładki zdecydowanie działają jak magnez – nie mogę oderwać się od myśli o nocnym czytaniu! 🙂

15.jpg

 

A Wy, jakie książki lubicie czytać najbardziej?
Macie swoich ulubionych autorów? Ja zdecydowanie uwielbiam Cobena 🙂

Zuza 🙂

Trudna sztuka szkicowania

(01.06.2016)

Cześć!

Szkicowanie to bardzo ważny etap każdego rysunku. To od szkicu zależy, czy model z portretu będzie podobny do tego ze zdjęcia. Już nie raz przekonałam się, że nawet nieduży błąd może zaważyć na podobieństwie.

Wczoraj miałam okazję szkicować w ciemnościach. Jedynym źródłem światła był komputerowy monitor oraz mała lampka, którą wykonałam we wpisie walentynkowym. To doświadczenie okazało się być świetną szkołą szkicowania, dlatego dzisiaj od samego rana pracowałam nad kolejnym szkicem szkoleniowym. Postanowiłam pokazać Wam, jak wyglądają poszczególne etapy mojej pracy nad tworzeniem portretu ze zdjęcia.

1

 

Przybory jakie używam do szkicowania to niezmiennie ołówek H, gumka do mazania w ołówku oraz zwykła gumka. Do ołówka H od zawsze żywię moc ciepłych uczuć. Myślę, że w przypadku szkicu warto używać dowolny ołówek – byleby nie zbyt twardy lub miękki. Znając ołówki, lepiej sprawdzą się te o pośredniej miękkości (wielkim znawcą nie jestem, rysuję od niedawna! 😉 ).

Pracowałam dzisiaj nad szkicem na podstawie tego zdjęcia:

2

 

Krok pierwszy – rozmiar zdjęcia

Czytając kilka moich wpisów można łatwo wywnioskować, że mam wieczne problemy z drukarką. Wiele osób rysujących wspomaga się wydrukowanym zdjęciem – ja nie miałam takiej możliwości zbyt często, dlatego wprawiłam się w rysowaniu prosto z monitora.

Drukując zdjęcie można dopasować je do wymiarów kartki, dowolnie poprzycinać obrazek w programach komputerowych. Rysując na podstawie wyświetlanej grafiki trzeba posłużyć się innym sposobem; jest to porównanie.

3

 

Trzymając kartkę obok zdjęcia mogę bez problemu oszacować, czy musi ono zostać przycięte, powiększone, czy w jakikolwiek inny sposób zmodyfikowane. Ja zazwyczaj nieco je powiększam.

Krok drugi – bazgranie

Czytając kilka moich wpisów można również zauważyć, że wyznaję zasadę niechlujstwa na kartce. Im więcej zamieszania, błędnych kresek i poprawiania, tym lepiej mi się rysuje! Czasami dążę do realistycznego efektu – szczególnie, gdy chcę oddać jak najwięcej podobieństwa na portrecie. Wtedy muszę nieco przystopować z moją ogromną chęcią bazgrolenia kresek gdzie popadnie. Ten szkic będzie przykładem właśnie tego czystego niechlujstwa 🙂

Zaznaczam wstępnie, gdzie znajduje się jaka część ciała mojego modela (Sylvestra, którego można było poznać we wpisie o Nadziejce!). Lekko nanoszę linie pomocnicze – odmierzam ołówkiem długości każdej części twarzy i metodą „na oko” zamieszczam je na kartce.

4

Mniej więcej tak wygląda moje odmierzanie. Tutaj znalazłam ołówek, który oddaje wielkość głowy Sylvestra na „jeden i trochę”.

5

Mocniej zaznaczam resztę ciała, nie przejmując się tym, że na chwilę obecną wszystko, co na kartce nieco różni się tym, co ukazuje zdjęcie. Naprawdę warto jest (choć na próbę!) zapomnieć o chęci oddania podobieństwa i od ogółu dotrzeć do szczegółu.

6

Zaznaczyłam linię włosów. Spostrzegłam, że moja naniesiona linia pionowa dociera mniej więcej do czubka czupryny Sylvestra, co pokazuję Wam ołówkiem 🙂

7

Postanowiłam nie omijać ładnego tła ze zdjęcia. Naniosłam jakieś kreski ekhem… „pomocnicze”.

8998

 

Krok trzeci – nanoszenie szczegółów

Powoli, nie przejmując się błędami nanoszę kolejne szczegóły twarzy. Resztę obrazka właściwie przez cały czas ignoruję – skupiam się na części, która jest (według mnie) najważniejsza w portrecie. Jak widać na poniższym obrazku, lekko zaznaczyłam oczy, usta i wstęp do nosa.

10

Następnie wymazuję wszystko to, co do tej pory naszkicowałam – uważając jednak na to, by zostawić lekki zarys mojego szkicu szczegółów.

Korzystając ze stworzonych wcześniej bazgrołów i mając przed sobą zdjęcie, staram się narysować każdą z części twarzy. Lekko wymazuję przy tym główne linie – poziomą i pionową, na których do tej pory opierałam swoje bazgrołki.
11

12

 

Krok czwarty – główne poprawki

Nadszedł czas na porządki. Zauważyłam, że linia twarzy musi zostać poprawiona, dlatego powróciłam do odmierzania, a wyniki pomiarów zaznaczyłam na twarzy modela.

13

 

Tak wygląda mój szkic po wszystkich poprawkach i wymazaniu bazgrołków:

 

14

Podczas, gdy przechodzę do wypełniania twarzy, cieniowania, zazwyczaj ponownie lekko zmazuję poszczególne części szkicu i delikatnie rysuję je na nowo.

 

Nie radzę traktować tego wpisu jako tutorialu na temat szkicowania. Myślę, że każdy z Was rysujących ma swój sposób na dobrze wykonany szkic – może ktoś zechce się nim podzielić?

Piszcie w komentarzach; macie jakieś niezawodne tricki, dzięki którym szkic do portretu zawsze wychodzi Wam idealnie? 🙂

Zuza 🙂

Planner – wskazówki i porady

(24.05.2016)

Hej-hej!

Niedługo przed rozpoczęciem roku szkolnego stworzyłam post o plannerze.
Stworzenie własnego kalendarza było dla mnie strzałem w dziesiątkę – organizacja czasu na rzecz nauki oraz dni wolnych okazała się być o wiele bardziej prosta!
Planner miałam przy sobie każdego dnia. W szkole przydawał mi się również jako notatnik (w momentach, gdy zechciałam zapomnieć zeszytu do historii), ale przede wszystkim był po prostu niezłym bajerem, którego mogły zazdrościć mi koleżanki 🙂

Rok szkolny na szczęście już się dla mnie skończył, lecz ja zdążyłam przyzwyczaić się do posiadania ręcznie robionego kalendarzyka. Organizacja czasu bez niego jest dla mnie zbyt trudna!
Jako, że pożegnałam szkołę, postanowiłam wykonać nowy planner, wyłączając czas od stycznia do kwietnia tego roku.

Posiadając już duże plannerowe doświadczenie, postanowiłam podzielić się z Wami moimi wskazówkami i poradami – dzięki czemu każdy kolejny stworzony przez nas planner będzie coraz bliższy naszym organizacyjnym, pomocnym ideałom.

 

planner główne

 

Poprzedni wpis o plannerze TU!

Komponując swój pierwszy planner, przez długi czas oglądałam przeróżne zdjęcia oraz filmy na ten temat. Zastanawiałam się; co umieścić w swoim kołonotesie, by jak najlepiej spełniał swoje zadanie? W jakiej kolejności uporządkować kolejne działy dziennika, aby korzystając z niego, nie tracić cennego czasu? Oto moje spostrzeżenia na temat plannerów, szybkiej obsługi oraz ich zawartości:

Długopis. To chyba oczywista podstawa 🙂 Jeśli w torbie nie nosicie piórnika lub długopisów, warto w plannerze zrobić miejsce przeznaczone na umieszczenie pisadła. Może być wykonane z gumy krawieckiej i przyklejone do okładki, możecie także – tak jak zazwyczaj ja to robię, „zawieszać” długopis o kółka w notesie. Każdy pomysł w tym przypadku będzie dobry. Warto mieć przy sobie coś do pisania; nigdy nie wiadomo, kiedy napadnie Was wspaniała myśl, pewien pomysł, który warto zapisać.

Strona organizacyjna. Tak nazwałam pierwszą stronę plannera, na której naprawdę warto umieścić wszelkiego rodzaju papiernicze pomoce. Samoprzylepne zakładki indeksujące, nieduże karteczki, kawałki taśm Washi – wszystko, co u Was sprawdza się najlepiej. Dzięki zakładkom indeksującym możecie w szybki sposób zaznaczyć ważną stronę kalendarzyka oraz ułatwić sobie do niej dostęp. Większe, kolorowe karteczki spełnią funkcję mini notesów. Nie zajmują dużo miejsca, są lekkie, przez co zyskujecie dodatkowe miejsce w dzienniku oraz nie zmęczycie się, dźwigając wielką, grubą księgę :). Dzięki umieszczeniu ich na początku plannera możecie naprawdę szybko popełnić notatkę, a później przykleić ją w dowolne miejsce – jeśli użyjecie kartek samoprzylepnych.

planner org

Minimalizm. U mnie sprawdza się najlepiej. Zawartość plannera nie powinna być bardzo rozbudowana. Uwierzcie mi, że prezentowane w rozmaitych inspirujących filmikach plannery, w których więcej jest rozdziałów kalendarzyka, niż jego stron, wcale nie są poręczne oraz szybkie w obsłudze. Notesowe kartki ze strony organizacyjnej oraz kalendarz to dwa najważniejsze elementy plannera, w wersji bardziej rozbudowanej możecie (tak jak ja) użyć dosłownie kilku niedużych kartek na listy zakupów, niedużego planu rocznego, dowolnej ilości (byleby nie przesadzić) większych kartek na poważniejsze zapiski oraz kalendarza dziennego. Dzięki zminimalizowaniu zawartości plannera jest on szybki i prosty w obsłudze, co jest ważne podczas oszczędności czasu. Nie będziecie gubić się w przeróżnych przegródkach i rozdzialikach. Możecie planować – wykorzystać maksimum możliwości minimalizmu.

planner bok

Personalizacja. Nie wiem jak Was, ale mnie zawsze do używania jakiegoś przedmiotu zachęca jego estetyczny wygląd. W plannerze nie tylko okładka jest dla mnie ważna! Wnętrze kalendarza na bieżąco wypełniam zdjęciami, inspirującymi obrazkami, naklejkami i taśmą Washi. To nie tylko doskonała zabawa, to także dbałość o każdy mały szczegół własnoręcznie wykonanej ozdoby.
W przypadku ozdabiania u mnie najlepiej sprawdza się (jak zwykle!) Washi. Tasiemkami zaznaczam ważne dni, ozdabiam niektóre strony plannera oraz – co jest według mnie przydatnym patentem, odznaczyłam nimi początek każdego miesiąca.

planner maj

 

 

Zakładki ze wstążek. Według mnie to niezbędny element plannera. Na zdjęciu nie widać mojej wstążki, jednak musicie wierzyć na słowo – ona tam jest, schowana w kalendarzu i spełnia swoje zadanie na piątkę z plusem! 🙂 To jeszcze bardziej ułatwia współpracę z dziennikiem; jednym ruchem możecie dostać się do wybranej części plannera. Bez zbędnych kartek, przedziałek z tytułami. Ponownie jest to minimalizm wewnątrz plannera, który da efekty w szybkiej i prostej obsłudze notesu.

Garść przydatnych porad:
> Chcąc szybko stworzyć planner, użyjcie niedużego segregatora. Ominie Was wycinanie dużej ilości równych kółeczek w każdej kartce.
> Mając grubszy planner, lepiej zabezpieczyć go, dodatkowo przyklejając gumę krawiecką do tyłu okładki.
> Dobrze jest często wymieniać zużyty wkład plannera, nacinając kartki nożyczkami (co pokazałam w poprzednim wpisie o plannerze).
> Zalecam często otwierać planner. Można wtedy na bieżąco sprawdzać, co jeszcze należy zrobić w ciągu dnia (szczególnie, jeśli tak jak ja prowadzicie plan bez podziału na konkretne godziny).

planner

 

 

A jak się mają Wasze plannery?
Jeśli macie swoje sposoby planowania, sprawdzone metody tworzenia kalendarzyków oraz porady dotyczące ich zawartości, którymi chcecie się podzielić – piszcie śmiało!

Zuza

EDIT: Proszę, nie przeraźcie się podpisami zdjęć umieszczonych w tym i kilku kolejnych wpisach – pochodzą one z poprzedniego bloga, nie posiadam już zdjęć nieedytowanych! 😉