Postanowienia noworoczne + blogowe plany na 2017 rok

Mówiąc na temat postanowień noworocznych, spokojnie mogę dać sobie na imię Tomasz.
Niewierny Tomasz. Nie uwierzę, póki nie zobaczę, że udało Ci się dotrzymać danego samemu sobie słowa.
Nie potrafię powiedzieć, jakie były moje postanowienia noworoczne na 2016 rok! Czuję się, jakby znana wielu z Was kwestia celów do osiągnięcia w ciągu roku w ogóle mnie nie dotyczyła, omijała szerokim łukiem tak, jakby i ona sądziła, że wyglądam na niemiłą.

Szał planowania, wpisy i filmy motywacyjne, a także własna ciekawość sprawiły, że już od początku grudnia wymyśliłam pierwsze noworoczne postanowienie (właściwie: wyzwanie!), które chcę odhaczyć wraz z końcem 2017 roku.
Naczytałam się porad, włączyłam myślenie i doszłam do pewnych wniosków, którymi postanowiłam się z Wami podzielić właśnie w ostatnim wpisie miesiąca planowania. Przy okazji wspomnę także o moich planach blogowych, przewidywanych przerwach w blogowaniu oraz tematach, jakie postaram się poruszać jak najczęściej w tym roku.

1.jpg
PLANUJ.
Ha! Zuzka, niezły żart. Kolejny wpis poświęcasz planowaniu. Zapętlasz się we własnym szale, ale daruj nam już to planowanie.
Zanim podzielicie się ze mną niepochlebnymi uwagami na temat planowania, przypomnę Wam słowa, które na pewno już nie raz mieliście okazję usłyszeć; łatwiej jest wytrwać w postanowieniu, jeśli jego treść zapiszemy na kartce, czy jakoś tak. Mniejsza z tym, ważne jest planowanie.
Wyobraźcie sobie, że długą listę zakupów trzymacie zawsze w głowie. Naturalnym zjawiskiem będzie nagła amnezja. W trakcie załatwiania sprawunków kwestia włożenia selera do koszyka może być sporna – i zastanawiaj się potem, czy seler został zakupiony, czy może wypadł z reklamówki i osamotniony płacze na rogu marketu, czekając na nabywcę.
Dzięki liście zakupów nie można wątpić w swoją pamięć. Seler jak byk figuruje wśród zapisków i zadowolony obserwuje cię, leżąc pomiędzy pomidorem a zbożową kawą w torbie na zakupy.
Rozumiecie, o co mi chodzi?

Nasze postanowienia stają się konkretem, jak seler i jak byk figurują wśród zapisków.
Podobnie do planu dnia – cele zanotowane na ostatniej stronie kalendarza są naszym obowiązkiem! Musimy je odhaczyć. Nie ma odwrotu.

Widzicie tę tabelkę na (celowo) nieostrym zdjęciu powyżej? To jest tabelka moich postanowień. Za każdym razem, gdy tylko sięgam po notes, widzę wypisane cele na ten rok.
Już teraz czuję się, jakbym je osiągnęła. To już siedzi w mojej głowie, w styczniu czuję się jak w grudniu. Nie umiem gotować, ale myślę, że umiem – bo napisałam, że chcę nauczyć się gotować. Jestem już w połowie drogi do finału, j u ż p r a w i e ż e wygrałam.

Zaplanowane = osiągnięte. Pamiętajcie o tej zasadzie! (I o selerach, żeby żaden porzucony seler nie wył wniebogłosy przy wejściu do spożywczaka.)

POSTANOWIENIA = CELE?
Choć używam tych słów zamiennie, mam na ten temat inne zdanie.
Nie. To nie to samo. Przynajmniej nie dla mnie.
Niektórzy mówią, że postanowienie warto jest sprowadzić właśnie do poziomu celów. Musisz dokładnie wiedzieć, czego chcesz. Wizualizować sobie Twój Mały Światek po osiągnięciu tego.
Dla mnie to zabawny mit – pokroju techniki małych kroczków i porad dietetyka. Coś w rodzaju: koleżance-kuzyna-ciotki z Gdańska się sprawdziło, to i ty możesz. Bo sąsiadka-znajomej-szwagierki-pani z kiosku przeczytała o tym w gazecie, wydanej sześć lat temu.

Moja tabelka dzieli się na trzy części; postanowienia, cele i marzenia.

Postanowienia to rubryka, w której mieszczą się wszystkie cele nie do końca określone; zapuścić włosy, nauczyć się historii, nauczyć się gotować. Do tej części tabeli wpadło to, co chcę robić w trakcie całego roku – i prawdopodobnie kilku kolejnych lat.
Dzięki tej rubryce nie poddam się mocy impulsu i nie, tym razem nie zrobię sobie grzywki samodzielnie. Nie, nie obetnę się już tak, jak Tyler Young. Zapuszczam włosy.

Cele zawierają konkretne informacje, które muszą wydarzyć się na przestrzeni roku 2017.
Muszę zrobić dokładnie to, co jest napisane. Określona czynność do odhaczenia dopiero po jej wykonaniu.

Marzenia – w tej rubryce umieściłam wszystko to, co chciałabym, by wydarzyło się w tym roku. Dostać się na studia, jechać na koncert, rozwinąć bloga. Wypisane w niej zachcianki nie zawsze wiążą się z moimi działaniami i nie muszą zostać odhaczone. Niech się dzieje wola nieba!

Podsumowując: postanowienia i cele, choć są słowami używanymi przeze mnie na zmianę, nie zawsze mogą oznaczać to samo i nie są sobie równoważne. Cele są skonkretyzowane, postanowienia nie do końca.
Lepiej Wam tego nie wytłumaczę 🙂

2.jpg


WYZWANIE NA TEN ROK.
Podjęłam poważne wyzwanie, które postaram się w tym roku wypełnić – i dzielić się z Wami na bieżąco postępami! Jest to wyzwanie przeczytania pięćdziesięciu książek.

Dla każdego mola książkowego zapewne nie jest to imponujący cel – również dla mnie nie do końca jest.
Postanowiłam, że 50 książek to dobry start. Przez ostatnie trzy lata czytałam głównie lektury szkolne!

Jeśli chcecie dołączyć do mnie – lub towarzyszyć mi ze swoją listą (pokaźniejszą lub nie), zachęcam: zaglądajcie do zakładki 50 książek. W tej zakładce będę umieszczać tytuły przeczytanych książek, daty rozpoczęcia i zakończenia czytania oraz często kilka słów na temat owej lektury.

BLOGOWE PLANY.
W minionym roku za cel przybrałam sobie uświadomić Wam, że dekorować każdy może. Jak będzie w tym roku – zdecydujmy razem!

Na pewno w roku 2017 chciałabym pokazać siebie – to, co mnie się podoba, co lubię, co robię. Możecie spodziewać się postów z poradami i inspiracjami.
Zdecydowanie pojawi się kilka postów kulinarnych. Poruszę między innymi kwestie zdrowego odżywiania się, oszczędnego gotowania. Bez wątpienia na blogu pojawią się dekoracje oraz projekty kreatywne.

Każdy miesiąc dostanie ode mnie myśl przewodnią.
Styczeń dostał miano miesiąca organizacji –  pojawiały się posty dotyczące planowania, podsumowań i celów. Powielając styczniowy tok, w każdym miesiącu pojawią się wpisy tematycznie odpowiadające tytułowi.

Dokładny plan wpisów na rok 2017 możecie zobaczyć TU!

Jaki możecie mieć wkład w tę stronę?
Jeśli chcecie zobaczyć post na dany temat, przeczytać moje zdanie lub poznać, jakie mam doświadczenie w danej kwestii, zachęcam do dzielenia się pomysłami!
W rozpisce planów na rok 2017 wypisałam Wam wszystkie tytuły, jakie nadałam miesiącom. Choć mam już dokładne plany co do postów, które wówczas się pojawią, bez problemu mogę dopisać kolejny post lub zmienić koncepcję.
Wszelkie propozycje na temat postów, które mogłabym zamieścić, możecie składać w komentarzach tutaj lub w zakładce PLAN WPISÓW.

 

Mam nadzieję, że w miesiącu organizacji wyjaśniłam wszystkie ważne kwestie. 
Serdecznie zachęcam do wyrażania swojej opinii – zarówno w temacie postanowień noworocznych, jak i na tematy organizacyjne na blogu.

Zuza 😉

Reklamy

Przybory przydatne w planowaniu

Dzisiaj pomówię o tym, jakie przybory wykorzystuję w prowadzeniu mojego planneru.
Co najczęściej mam w łapkach, kiedy chcę wprowadzić zmiany w życiowym notesie? Co sprawdza się (według mnie!) najlepiej?

Planowanie towarzyszy mi nie od dziś!
Zapewne jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie, że to właśnie od plannerów zaczął się mój blog. Choć nie jest to prawdą, jednak właśnie od plannerowego wpisu na poprzednim blogu zauważyłam wzrost popularności mojej poprzedniej strony.

W dzisiejszych czasach trzeba planować. Choćbyście chcieli żyć bez planu i funkcjonować bez zapisu obowiązków – no nie da się, uwierzcie mi. To nieefektywne. Próbowałam!
Spośród wszystkich możliwości ja zawsze wybieram jak najbardziej podstawowe. Zamiast korzystać z kalendarzy i reminderów w telefonie czy na tablecie, od początku postawiłam na papierową wersję organizera życia. To mój sposób. Zaklepany.

Jako, że nie wystarczy stukać palcami w papier, by pojawiły się na nim zapiski – a żeby zaznaczyć daną informację nie wystarczy zmienić koloru czcionki – warto mieć przy sobie podstawowe przybory. Dzisiaj wybrałam propozycje, bez których mój planner nie do końca byłby mój.
Przy okazji zobaczycie, jak spersonalizowałam swój organizer!

1
UKOCHANE PRZYBORY
MANIACZKI PLANOWANIA
personalizacja; porządek i bałagan

DŁUGOPIS.
Wiem, jak banalnie to brzmi! Jednak myślę, że każdy, kto ma na swoim koncie przygodę z plannerami, kalendarzami i dziennikami podzieli moje zdanie.
Narzędzie piśmiennicze musi spełniać wiele wymagań!
Pisałam o tym już w poście o wskazówkach i poradach (TU!). Pisadło (i jego jakość) jest ważne!

długo — kopia.jpg

Przede wszystkim warto zaopatrzyć się w swój ulubiony długopis. Niektórzy potrafią precyzyjnie określić wszelkie wymagane przez siebie parametry i poszukiwać pisadła długi czas – ja nadal testuję i szukam!

W tym roku na pewno mogę polecić Wam wszelkie długopisy, których tusz można wymazać. Zupełnie nieświadomie stałam się posiadaczką długopisu z gumką i jestem bardzo zadowolona! Dzięki temu, że mogę wymazać z kartki to, co napisałam, w plannerze nie panuje bałagan. Jest to świetna opcja dla tych, których plany są niepewne, mogą szybko się zmieniać.

KOLOROWE CIENKOPISY.
Warto wybrać co najmniej trzy kolory cienkopisów, które będą Wam towarzyszyły przez cały okres planowania. Moje główne kolory na ten rok to zieleń, czerwień i fiolet (żeby przynajmniej kolor ich tuszu pasował do okładki!).

Jeśli preferujecie zakreślacze, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ich używać. Też je lubię!
Kolorowe zapiski na pewno szybciej rzucają się w oczy, szczególnie, jeśli wcześniej stworzymy klucz oznaczeń.

cienk.jpg

ZAKŁADKI INDEKSUJĄCE, KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE.
Od czasów liceum jestem ich wierną fanką.
Jeśli w Waszych plannerach brakuje wstążek i zakładek, zakładki indeksujące będą dobrym wyborem.
Karteczki samoprzylepne są dobrym uzupełnieniem; można je przeklejać w dowolne miejsca i zawsze mieć przed oczami najważniejsze obowiązki, informacje.
Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju ozdobne sticky notes i małe zakładki!

5

KLEJ.
Tego zawsze mi brakuje!
Klej w sztyfcie jest bardzo ważnym elementem porządkowania plannera.
Osobiście uwielbiam rozszerzać strony kalendarza o własne notatki, wklejone i złożone na jednej z jego kartek. Lubię też przyklejać kolorowe sticky notes w miejscu, gdzie na pewno zostaną na stałe.

Klej to zdecydowane must have mojego trybu plannowania.

ZAKŁADKI WŁASNEJ ROBOTY.
Mnie zakładek zawsze jest mało! W plannerze dobrze sprawdzają się zakładki na spinaczach, które wykonywałam w TYM WPISIE.

Przyznajcie sami; personalizacja plannera nie mogłaby być zakończona bez zakładek, które wykonaliśmy sami.

zakl.jpg

KOPERTY.
Do plannerów własnej produkcji zawsze przyklejałam kopertę z tyłu. To świetny schowek na przeróżne papierki, naklejki – wszystkie nieduże elementy, których nie chcemy zgubić.
Nie trzeba ich przyklejać – wystarczy mieć ją zawsze pomiędzy kartkami.

To nie wszystkie przybory, które wykorzystuję podczas uzupełniania kalendarzyka!
Wybrałam tylko te, które zdecydowanie pomagają mi w tworzeniu własnego dziennika obowiązków.

A Wy, macie swoje ulubione przybory do planowania?
Zróbmy wspólną listę przyborów! Może napiszecie w komentarzach, co u Was sprawdza się najlepiej?

Zuza 😉

 

Planner 2017: pierwsze wrażenie

Nie przewidzieliście się. Testuję zakupiony planner.
Nie jest to forma clickbaitani reklamy. Kieruje mną czysta ciekawość.

Podczas uporządkowywania mojego zeszłorocznego notesu, nagle do głowy wpadła mi owa myśl:
A co, gdybym w tym roku… nie zrobiła plannera? Co, jeśli papierowy organizer życia zamówiłabym przez internet?
Tak, Zuzanno. Zdradziłaś swoje zwyczaje. Nie, Zuzanno. Nie zaśniesz już spokojnie.

Zapytałam Askowiczów*, co o tym sądzą. Większość była zadowolona z pomysłu.
Test plannera w 2017 roku? Super sprawa. W końcu coś nowego. Szkoda, że nie kreatywnie. Połowiczne gratulacje, Kreaty…ekhem… Zuzku.

Negatywnie nastawiona do gotowców zdecydowałam się na projekt Magdaleny Tekieli. Eko-super-ultra-hiper planner. Na to wydałam swoje oszczędności.

Oto, co zobaczyłam, kiedy swe podwoje uchyliła skrytka paczkomatowa:

1.jpg

– O nie, Zuzanno – myślałam skrycie. – Nie zachwyci Cię gotowiec. Nie namęczyłaś się przy tworzeniu. Tylko kiwnęłaś paluszkiem nad ekranem telefonu, zatwierdzając przelew bankowy.
Daj spokój sobie. To zasługa sklepu.
Nie mogąc się doczekać do powrotu do domu, otworzyłam pakunek jeszcze w samochodzie. Wówczas… zachwyciłam się.

2.jpg

– Dlaczego, ach dlaczego oceniasz produkt przed wyciągnięciem go z papieru? Dlaczego tak pochopnie wyceniasz jego wartość? Toć nie wiesz, czy to szlachetny kruszec, czy podróba jego marna.
Rzeczy Same, moi Drodzy, pakują zamówione produkty jak mistrzowie. Musiałam Wam pokazać, w jak prosty i skradający serce sposób sprawili, że już teraz poczułam, jakby gwiazdka zalśniła nad mą łepetyną o caluteńki rok wcześniej.

Spodziewam się, że ku Waszej uciesze – kończę rozważania na temat paczkomatów i sposobu zapakowania przesyłki. Tym samym przechodzę do sedna, istoty, samej kwintesencji wpisu. Planner.

3.jpg

Jego wygląd mnie nie zdziwił, bo to ja wybrałam projekt okładki. Zdziwiło mnie porządne wykonanie.
Trzymając planner w ręku czuję, że posiadam konkretny produkt (wiecie: k o n k r e t n y).
Okładka wykonana jest z naprawdę grubej tektury. Mimo, że sam notatnik wydaje się być po brzegi wypełniony arkuszami nie byle jakiego papieru, zeszyt nie należy do ciężkich. Ba – jest naprawdę lekki. Naprawdę. Jak Boga kocham. Poważnie.**

pl od boku.jpg

W środku znajdują się kolejno:

kalendarz całoroczny,
kalendarz stały na cały tydzień,
planner na każdy dzień tygodnia,
kartki ze szkicownika (puste),
kartki do rysowania w perspektywie,
instrukcja: jak pozaginać kartkę z wiadomością,
miejsce na pozostawienie swojej wiadomości (zapewne po to, by pozaginać kartki),
kartki dzielące się na bileciki korespondencyjne (dzięki perforacjom).

4

6.jpg

Wnętrze tego plannera zdecydowanie nie jest przepakowane zbędnymi kartkami. Wydaje mi się, że w środku znajduje się tylko to, co powinno, a mianowicie; dużo miejsca na zapiski, szkice, plany.

Bardzo cieszę się z dwóch bajerów: gumki na zewnątrz okładki, dzięki której nie będzie się ona otwierać oraz wstążki wewnątrz, pełniącej rolę zakładki.
To dwa elementy, które wykorzystałam w swoim poprzednim plannerze.

5.jpg

Kalendarz szyty jest czarnymi nićmi, zewnętrzną część zszycia chroni gładki, dosyć śliski materiał nieznanego mi pochodzenia. Żywię głęboką nadzieję na to, że nie jest on pochodzenia naturalnego.

Ciekawym dodatkiem jest również linijka, która została nadrukowana na wewnętrzne strony okładki. To przydatny gadżet, dzięki któremu nie będę zła na siebie, kiedy zapomnę o linijce, a będę jej potrzebować (bywa tak naprawdę często!).

pl lmiarka.jpg

Podsumowując: Planner z kolekcji Magdaleny Tekieli wywarł na mnie dobre pierwsze wrażenie. Nie mogę przyczepić się do niczego, prócz materiału, którego pochodzeniem powinnam zainteresować się wcześniej.
Notes wydaje się być starannie wykonany. Nie brakuje w nim niczego.
Dzięki temu, że daty nie zostały dokładnie określone, planowanie można zacząć w dowolnie wybranym momencie.

Test zakupionego plannera będę przeprowadzać przez cały rok 2017.
W razie niespodziewanego wypadku zastrzegam sobie możliwość przerwania testu i kontynuowania go na innym produkcie.

TUTAJ zobaczycie mój poprzedni planner – wykonany własnoręcznie.
Możecie być pewni, że ten rok zaplanuję dokładnie – jak nigdy dotąd!

Co sądzicie o wybranym przeze mnie kalendarzu na niedawno rozpoczęty rok?
Czy odpowiada Wam ta nietypowa forma wpisu? 🙂

Zuza 😉

*Ask jest tymczasowo zawieszony. Nie wiem, kiedy się odwiesi.
**Wybaczcie, zainspirowałam się książką „Wybacz mi, Leonardzie”. Ja – w przeciwieństwie do głównego bohatera, rzeczywiście mówię teraz prawdę. Planner jest bardzo lekki jak na swoje gabaryty.

Artystyczne podsumowanie 2016 roku

Uwaga, czytelnicy! Styczeń mianuję miesiącem organizacji.

Czy i Wy wraz z rozpoczęciem nowego roku rozmyślacie nad tym, co wydarzyło się na przestrzeni minionych dwunastu miesięcy? We mnie drzemie poukładana, organizacyjna dusza, która coraz to mocniej i z coraz głośniejszym hukiem wyrywa się z nieuporządkowanego ciała – zawsze spadając bezpiecznie na wszystkie swe kończyny. To właśnie przez nią co roku słyszę zew, nawołujący do spędzenia chwili na myśleniu o niedalekiej przeszłości.

To pierwszy mój post w 2017 roku. Warto zacząć od początku – czyli właśnie od artystycznie-kreatywnego podsumowania.

Słowem wstępu zaznaczę, że artystycznie nie działo się u mnie dużo.
Dlaczego? – na to pytanie spieszę Wam odpowiedzieć.

 

ROK 2016
pół ołówka, dziesięć rozdziałów, blokada twórcza.

Wytrwali czytelnicy na pewno pamiętają, iż to właśnie w roku szkolnym 2015/2016 zrobiłam sobie przerwę od publikowania swych wypocinek w blogosferze. Dla niezorientowanych w temacie mam informację, która powinna rozjaśnić Wasze spochmurniałe twarze: w roku 2016 dumnie podchodziłam do matury. Jako, że nie lubię odczuwać tego specyficznego bólu serduszka; bo przecież mogłam zrobić więcej, niż robiłam, postanowiłam wówczas przyłożyć się do nauki języka polskiego i matematyki – mojego ukochanego oraz znienawidzonego przedmiotu (określenia do ich nazw możecie dobrać sami!).

RYSUNKI.
Przez wzgląd na przerwę w blogowaniu oraz przeznaczanie czasu na czytanie książek i rozwiązywanie matematycznych arkuszy maturalnych, ołówki (przez które, de facto, założyłam bloga) odłożyłam w kąt.

W trakcie 2016 roku tylko cztery prace zdołałam narysować do końca. Oprócz nich mam na swoim koncie kilka szkiców; niektóre po dziś dzień tkwią w teczce, inne zaś – już dawno przestały istnieć.

Moi drodzy, przedstawiam Wam cztery rysunki roku 2016 – spod ręki Zuzanny Maj.

11.jpgMehmet Gunsur jako Mustafa. Portret narysowany pod wpływem śmierci księcia w serialu „Wspaniałe stulecie”. Do dziś sądzę, że to moja najlepsza praca, jaką wykonałam do tej pory. Widać na niej wszystko to, co umiem narysować znośnie oraz każdy najmniejszy mankament. Kształcącym doświadczeniem jest patrzenie na ten portret teraz.

22.jpgBen Barnes jako Dorian Gray. Portret narysowałam pod wpływem książki i filmu o Dorianie. Był to niejaki test moich sił w rysowaniu bez rozmazywania twarzy wiszerem (bezpośrednio po narysowaniu Mustafy, którego twarz jest rozmazywana). Rysunek przypomina mi portret z filmu. O teście sił można przeczytać TUTAJ.

333.jpgNadege, czyli Nadzieja – wymyślona przeze mnie postać. Wracam do niej zawsze, kiedy nie wiem, co narysować. Tą pracą chciałam zwalczyć blokadę, która zrodziła się w mojej głowie. Nadzieję przedstawiłam jako sarnę, ponieważ kocham sarny i jelenie. Portret posiada drugie imię: ekstremalne niechlujstwo.

444.jpgNadzieja jako jeleń. Już wiecie, dlaczego. Praca nieudana, ale lubię ją – ponieważ jest inna od reszty. Jak widać, nie udało mi się zwalczyć blokady.

Posiadam również dwie prace, które bliskie były skończeniu – jednak artblock i poczucie, że nie podołam zakończyć „dzieł”, skreśliły moje zamiary. Oto dwa szkicorysunki roku 2016.

szkic 1.jpgXavier Dolan jako Xavier Dolan. Do jego twarzy powraca mi się równie dobrze, jak do postaci Nadziejki. Można odnotować kolejną próbę ucieczki od artblocka. Nieudaną.
Ci, którzy nie mają marzeń, umrą z zimna. Głębokie, co nie?

szkic 2.jpgAlfonso Herrera jako Hernando. Jego postać poznałam w cudownym serialu Sense8, który swoją drogą – szczerze polecam. Hernando ma wiele ciekawych spostrzeżeń na temat świata i uwielbia sztukę. A ja uwielbiam Hernando.

Jestem zadowolona z tego, że udało mi się w minionym roku narysować cokolwiek. Choć nie są to dzieła sztuki, dzięki którym nauczyłam się czegoś nowego w kwestii bazgrolenia – jakikolwiek postęp został odnotowany.
Za portretotwórstwo dałabym sobie czwórę z minusem.

ARTBLOCK.
Bardzo długo walczyłam z blokadą twórczą.
Nie jestem dumna ze strachu przed pustą kartką, którego nabawiłam się podczas roku nieobfitującego w rysunki.
W trakcie blokady, która trwa już ponad pół roku, zdołałam jedynie pobawić się w kolorowanie, próbować rysowania – i wyrzucać szkice oraz wykonać wiele projektów (z których jestem zadowolona!).
Za artblock, który jest wynikiem własnego wyboru, zdecydowanie należy mi się nagana ze wzmianką „sama tego chciałaś!”.

DO IT YOURSELF.
W tej kwestii mogę być z siebie dumna, prawda?
Na blogu pojawiło się o wiele więcej postów, przedstawiających moje (i nie tylko moje!) prace ręczne.

151.jpg

1pl.jpg

Starałam się pokazać Wam, że nie mając pomysłów, wielu przyborów ani predyspozycji, można bez problemu wykonać coś własnoręcznie. Podrzucałam Wam najprostsze propozycje, przy których wykonywaniu często śmiałam się bardzo głośno! Tak łatwych porad kreatywnych nie spodziewałam się udzielać 🙂
Mam nadzieję, że moje starania obfitowały w Wasze chęci i żywy zapał do tworzenia.
Za ręczne robótki i tutoriale do nich, które swą ilością wygrały z rysunkami, bez wahania daję sobie cztery plus. Mogło ich być nieco więcej!

OPOWIADANIE.
Ponownie wszyscy czytelnicy, którzy przybyli tutaj, pamiętając mój poprzedni blog – a właściwie jego początki, zdecydowanie będą wiedzieli, o co chodzi.
Rzucę Wam, gwoli przypomnienia, kilka słów:
Wolfgang, klarnet, Ford, koszmar, miłość, Liluś, drzewa.
Tak, moje Borsuczki. Skończyłam.

Czy wrzucę Wam moje pierwsze opowiadanie? Kto wie, być może! Niewykluczone, że zdecyduję się ponownie pokazać Wam, co siedziało mi w głowie; co takiego nawyczyniał Wolfie i skąd w garści słów wziął się klarnet.
Za to opowiadanie zdecydowanie należy mi się szóstka. Ja chętnie bym to przeczytała.

PODSUMOWUJĄC:
Patrząc na artystyczne oraz kreatywne dokonania, rok 2016 nie należał do najlepszych.
Moje myśli pochłaniała nauka i książki – na dekorowanie, rysowanie (a nawet wykończenie remontu pokoju!) nie miałam czasu. Późniejszy artblock zniszczył moje plany podniesienia się z artystycznej gleby i skierowania na rysowniczy piedestalik. 

Mam nadzieję na znacznie szerszy dorobek artystyczny w roku 2017, choć na chwilę obecną nie dostrzegam na niego żadnych perspektyw.
Kto wie, być może moje przeczucia co do nowego roku będą zupełnie inne i w podsumowaniu, które sklecę za rok wszyscy będziemy pokładać się ze śmiechu z owych wróżb?
Co będzie – zobaczymy!

Jak Wam minął świeżo zakończony rok 2016?
Jak postrzegacie wschodzący 2017 rok?

Zuza 😉

P.S.: Pamiętajcie, że nie posiadam już skanera i drukarki. Nie mogłam pokazać Wam prac w dobrej jakości, proszę o wybaczenie!