Rozdział II – „Słów nie rzuca się na wiatr”

Przed Wami drugi rozdział mojego opowiadania.

Wiecie, że pisanie go zajęło mi aż sześć lat? Obliczeń dokonałam, dzieląc siły z siostrą Katarzyną (serdecznie pozdrawiam, zapewne to czyta!).
Macie liczbowy pogląd na to, jak bardzo w przeciągu lat zmieniał się mój język i styl pisania.

To opowiadanie jest starsze od moich pierwszych rysunków i szkiców! Przeżyło trzy komputery! Czadowo!

Zapraszam Was do lektury, ochoczo zachęcam do zostawiania komentarzy. Nie wahajcie się wytykać mi błędy! Wszystkie chętnie poprawię.

Zuza 😉


 

     ROZDZIAŁ II

Słów nie rzuca się na wiatr

 

Ciemność. Dookoła trwa mrok.

Postanowiłem zrobić kilka kroków w przód i z przerażającej czerni powoli wyłaniały się różne typy drzew.

Las?

Tak, zdecydowanie jestem w lesie. Znalazłem się tu w nieco pokrętny, paranormalny sposób…

Po spacerze z Lilką i Borisem postanowiliśmy odpocząć na werandzie mojego domu. Siedzieliśmy aż do zachodu słońca. Dobrze pamiętam nasze śmiechy, rozbrzmiewające po ogrodzie i całej ulicy. Gdy przyjaciele zdecydowali, że na nich już pora, ja zakończyłem pełen przygód dzień toastem, który przerodził się w alkoholowy wieczorek. Później wziąłem szybki prysznic , po którym skierowałem się do salonu, by opróżnić buteleczkę i…

I chyba film mi się urwał.

Teraz zaskakujący, paraliżujący strachem horror pojawił się w moim życiu.

Nie wygląda to na whisky-doprawianą, poalkoholową wycieczkę do wyimaginowanego świata stworów i upiorów. Ciemność wygląda jak najbardziej realistycznie.

– Wolfgang! – Usłyszałem zza pleców, a serce niemalże wyskoczyło z mojej piersi. Zrobiłem kilka niepewnych kroków przed siebie nie wiedząc, czy w tej sytuacji w ogóle powinienem się poruszyć.

– Wolfgang, stój! – Ktoś ponownie krzyknął. Głos niezwykły. Ciepły. Pełen stanowczości i zarazem mający w sobie nutkę niepewności. Zdecydowany i jednocześnie nieśmiały oraz… męski. Oddychając ciężko, jakby po biegu, zbliżał się do mojej osoby bardzo szybko.

Przystanąłem, lecz bałem się odwrócić. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać.

Chwila ciszy.

Nic nie słyszałem, w zamian widziałem coraz lepiej. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do ciemni. Wstrzymałem oddech, by nie zagłuszyć idealnej pauzy, trwającej dookoła.

– Pauza w muzyce jest ważna – szepnął głos, stojący tuż za moimi plecami.

Głos? Niechaj i nazywa się Głos. Tylko po cholerę mówi coś o muzyce? Czyta mi w myślach? Słyszy je, widzi? Rumieńce wykwitły na moich gładkich policzkach. – Pauza to też melodia. Czasami piękniejsza od dźwięków – dokończył łagodnie.

Ciarki i gęsia skórka zalały moje ciało. Głos stoi kilka centymetrów za mną, traktując mój kark ciepłym oddechem. Bałem się. Chyba pierwszy raz w życiu, obawy i wyobraźnia były silniejsze od pewności siebie. Przed oczami stanęły mi najciemniejsze obrazy, najstraszniejsze postacie, istniejące jedynie w wymyślonych historiach filmowych i  książkowych. Demony, wampiry, duchy a nawet wiedźmy – to wszystko jest niczym w porównaniu do horrorów, które jak na złość teraz powstawały w mojej głowie.

– Hej, boisz się? – Drżący głos mężczyzny stojącego za mną zdawał się być zaskoczony. Skąd on tyle o mnie wie? Czyżby to Lilka w męskim wydaniu?

– A ty co byś zrobił? – spytałem z wyrzutem, niestety nieskładnie. Zawsze tracę zdolność myślenia w stresujących sytuacjach.

– Ja odwróciłbym się… na twoim miejscu. – PHI! Takiemu to łatwo powiedzieć. Widzi mnie i najprawdopodobniej, jakimś niewiarygodnym cudem zna.
Przecież to może być najzwyklejszy na świecie upiór. Duch, demon, wiedźma – po niej i tak nie widać płci.

– Boję się. – szepnąłem.

– Spokojnie, nic ci nie zrobię. Może fakt, że spotkaliśmy się w lesie, na dodatek w nocy, jest przerażający, ale ja się nie boję.

– Ty mnie widzisz… – parsknąłem mimowolnie. Nie wiedzieć czemu, chciałem dodać debilu, lecz na szczęście się  powstrzymałem.  Obraźliwe określenia niekorzystnie wpływają na obraz szlachcica, który powinien dbać o swoje słownictwo, jak to mówił ojciec.

– Masz rację. Jednak wiem, że nie masz się czego obawiać… Mamy czas, nie pospieszam cię.

– Daj jakiś znak – powiedziałem stanowczo, sam nie wiedząc, czemu. Nie rozumiem siebie. Być może to ten księżyc, jego niezwykle błękitne światło padające na ziemię tak na mnie działa…

– Nie wiem, na co…

– Jakikolwiek znak! – przerwałem, żądając durnych znaków. Po cholerę mi znaki? Jestem głupcem. Ta sytuacja jest irracjonalna. Dlaczego mówię coś wbrew swej woli?

Poczułem ciepło na plecach. Oddech Głosu przyspieszył nerwowo i zatrzymywał się na moim karku coraz częściej, rzadko pozwalając zimnemu, nocnemu powietrzu go dotknąć. Jego dłonie powędrowały na moje ramiona, trzymając mnie stanowczo. O cholera! Tego się nie spodziewałem. Dłonie Głosu wydawały się być całkiem ludzkie. Chciałem, by mnie puścił i zarazem miałem nadzieję, że tego nie zrobi. Ciepło bijące z ciała tego mężczyzny sprawiało, że czułem się spokojniej.

– J-jesteś człowiekiem? – palnąłem z głupim wyrazem twarzy. Dobrze, że stałem tyłem do Głosu, inaczej zapewne odszedłby rozczarowany, a tego teraz nie chciałem.

– Nie, jestem szympansem – warknął sarkastycznie. – Oczywiście, że jestem człowiekiem. Myślałeś inaczej? – Człowiek. Mężczyzna, intrygujący. A gdzie czarownice, demony, wampiry? Gdzie moja śmierć na miejscu?! – Myślałeś inaczej… – Westchnienie mocno mną wstrząsnęło. Dlaczego on był zawiedziony? Czego się spodziewał?

Zimno nagle atakujące mój kark było złym znakiem, zdecydowanie. Nie chciałem, by odchodził i niestety nie wiedziałem, jak go zatrzymać. Dłonie rozluźniające uścisk na moich ramionach przeważyły szalę.

– Bo się bałem i jestem głupi. Poza tym… – zatrzymałem ciepłe, delikatne dłonie swoimi. Ot, jaki stanowczy potrafię być! – Poza tym ten las płata figle mojej wyobraźni. Wiele horrorów rozkręcało się w lesie, a moje życie to istny horror.

– O tym opowiesz mi później – powiedział Głos. Co to ma znaczyć? Chwila ciszy zmusiła mnie do tego, bym się odwrócił.

Niech pauza trwa dłużej.

Głos okazał się być przystojnym młodzieńcem. Patrzenie na niego o dziwo nie sprawiało mi bólu.
W tej szaleńczej partyturze trzeba wprowadzić zmiany – fermata nad każdą z pauz, podpisaną wpatrywanie się na siebie nawzajem.
Niemal jęknąłem ubolewając nad tym, że błękitny mrok pozwalał mi tylko częściowo oglądać stojące przede mną istne dzieło natury.

Oczy w jasnym kolorze – może niebieski? – wpatrywały się w moją twarz intensywnie i z podziwem. Przydługawe kosmki blond włosów opadały mu na czoło. Pełne usta i prosty nos idealnie pasowały do reszty. Nieco wyższy ode mnie, chodzący ideał!

– Ty… Ty się chłopie chyba musisz odganiać od kobiet… nie?

– Od mężczyzn też, ale bez przesady – uśmiechnął się szczerze. Wsunął na nos srebrne, okrągłe oprawki z grubymi szkłami, które od razu zaczęły zsuwać się na sam jego czubek.

– Troszeczkę skromności i będziesz idealny, wiesz?

– Och, nie praw mi morałów, Wolfgang  – jęknął niezadowolony. Właściwie jak to jest, że on zna moje imię? – Musisz już iść – zatrzymał wzrok na mojej klatce piersiowej, przybierając smutny wyraz twarzy. Zabawnie ruszał ustami, lecz nie wydobył z siebie żadnego dźwięku przez dłuższą chwilę. Z trudem powstrzymałem wybuch śmiechu. – Obiecaj mi coś. Jesteś w stanie…

– Oczywiście! – odkrzyknąłem momentalnie, przerywając. Głos podniósł wzrok i spojrzał prosto w moje oczy.

– Obiecaj, że nie przejdziesz obojętnie. Że zrobisz wszystko, byśmy rozmawiali – odczekał chwilę, jakby zbierając myśli. – Wszystko zrozumiesz jutro. Rób to, co zaplanowałeś. Ja sam się odnajdę. Mimo trudów rób to, co uważasz za stosowne w stosunku do mnie. To będzie naprawdę trudne zadanie… Musisz dać sobie radę, obiecujesz?

– O-obiecuję… – odparłem po chwili. Z mojej głowy kipiały obawy i brak odwagi. Nowość.

– Więc teraz leż. Do zobaczenia – powiedział i… zniknął.

O cholera…

Zerwałem się z łóżka i podszedłem do okna. Przeczesałem dłonią włosy, zamyśliłem się na moment.

 „Rób to, co zaplanowałeś…”.

Chwyciłem za mój superwypasisty telefon. Nawet, jeśli to wszystko nie ma sensu, zaplanowałem dzień już wczorajszego wieczoru…

– Dzień dobry, mówi Wolfgang van Helfen. Zastałem Lilusię?

***

Boris zerwał się z łóżka, słysząc zamieszanie na parterze domu.

Dźwięk tłuczonego szkła i krótki, wstrzymany krzyk.

W pośpiechu ubrał granatowy szlafrok i zbiegł po schodach, ledwo chroniąc się od przewrotki na najniższym stopniu. Na szczęście jego kondycja i refleks utrzymywały się ciągle na wysokim poziomie i zapanował nad chwilową utratą równowagi.

Wbiegł do kuchni i gdy zobaczył swoją żonę, poczuł ukłucie w sercu.

– Claire… – wyszeptał i podszedł do niej powolnym krokiem, starając się ominąć kawałki stłuczonej porcelany.

Kobieta wyglądała przerażająco. Klęczała na zimnych płytkach kuchennych, ubrudzona krwią z pokaleczonych dłoni. Oczy miała zapuchnięte i podkrążone, jakby płakała całą noc. Do tej chwili po delikatnych, szczupłych policzkach spływały łzy.

– Osiem lat – szepnęła, pozwalając mężowi otrzeć czystą ściereczką policzki i ręce. Wiedziała, że ten nie uwierzy jej, że to był wypadek. Nie starała się nawet kłamać.

– Mnóstwo czasu, nie myśl o tym – Boris odparł z odegranym uśmiechem, jak to miał w zwyczaju w powtarzających się coraz częściej, podobnych sytuacjach. W ciszy wycierał skaleczone dłonie Claire, starając się powstrzymać zbędne pytania i komentarze, cisnące mu się na usta. Najwyraźniej skaleczyła się, chcąc pozbierać resztki porcelanowej zastawy, wmawiał sobie. – Teraz pozbieramy szkło i już wszystko będzie dobrze, prawda? – Uśmiech nie zniknął z jego twarzy mimo, że w duszy wył z rozpaczy nad stanem ukochanej.

– Prawda  – odparła, starając się zapanować nad płaczem, lecz łzy same napływały jej pod powieki w zatrważająco szybkim tempie. Spuściła głowę na dół, tym samym zasłaniając twarz długimi, pofalowanymi włosami w kolorze ciemnego blondu.

W pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka telefonu. Szofer wstał leniwie i skierował się do źródła dźwięku, uparcie grającego ciągle tę samą melodyjkę.

– Boris, masz fuchę na dziś – pasujący do nastroju panującego w domu, przerażający głos Wolfganga zabrzmiał po drugiej stronie słuchawki.

– Gdzie i o której? – spytał, krzywiąc się na widok Claire, bawiącej się kawałkami stłuczonego szkła.

– Za jakąś godzinę u mnie. Weź plażowe przebranie.

– Wolfie? – Boris odczekał chwilę i bez namysłu stwierdził, że lepszego wyjścia z zaistniałej sytuacji nie ma. Nie wie, jak to zniesie, lecz nie miał wyboru.

– Tak, kochanie? – wyśpiewał radosny szlachcic.

– Jedzie z nami Claire.

***

Liliana nie spała. Po prostu leżała i udawała, że nie słyszy nawoływań babci ani rozlegającego się od dłuższego czasu stukania kamyków w jej szybę, które nasilało swoją moc i częstotliwość uderzeń z każdym rzuconym pociskiem.

– Lilka, obudź się! – wrzasnęła Sophie, wkładając za drzwi tylko głowę. Wolała nie ryzykować i nie wchodzić do środka całym ciałem. Liliana była nieobliczalna i mogła próbować ustrzelić babcię z procy albo rzucić na nią wszystkie brudne ubrania, leżące w kącie za drzwiami.

– Świat jest zły. Nie budzę się – odburknęła nastolatka, przykrywając głowę kołdrą. Nie była typem rannego ptaszka, ósma rano była dla niej środkiem nocy.

– Pan Wolfgang dzwonił. Zabiera cię gdzieś nad jakieś wody, więc bądź miła. Niech ci się zdarzy raz na pół roku. – Babcia zajrzała za drzwi pokoju i skrzywiła się na widok brudnych, zużytych ubrań. – Może upierz jednak te majciory, bo jak nie będziesz miała w czym chodzić, to ja ci moich nie pożyczę.

– Babciu? – zawołała.

– Tak, kochanie?

– Wyjdź i nie wracaj więcej – znów mruknęła dziewczyna, odkrywając głowę i uśmiechając się miło. Dźwięk kamyków uderzających w szybę irytował ją niezmiernie i wiedziała, że ani krzykiem, ani prośbami o zakończenie strzelaniny nic nie zdziała.

Po kolejnej chwili pełnej uderzeń kamieni uznała, że więcej tego nie zniesie.

Wydała z siebie ryk, przepełniony zdenerwowaniem i żalem, po czym wstała i skierowała się do łazienki, omijając przeszkody stworzone z jej własnych ubrań, porozkładanych na miękkim dywanie.

***

Wolfgang czekał na werandzie swojego domu, siedząc spokojnie na wygodnym, wyłożonym poduszkami, wiklinowym krześle. Co jakiś czas upijał po łyku zimnej, gorzkiej kawy ze swojej ulubionej szklanki, wywiezionej z rodzinnego domu. Rozglądając się na obydwie strony ulicy za każdym przejeżdżającym samochodem uśmiechnął się, widząc pojazd jego przyjaciela.

Nie był szczęśliwy, że Boris zabiera ze sobą Claire, jednak był w stanie zrozumieć sytuację. Ona była wariatką, tacy nie mogą zostawać długi czas w samotności.

Nie lubił żony swojego szofera, zresztą ona również za nim nie przepadała. Bardzo przeszkadzała jej jego odmienna orientacja seksualna, przez co nigdy nie mogli się dogadać.

Wolfgang zdążył się do tego przyzwyczaić. Nie wszyscy byli otwarci na ludzi, którzy nie mieścili się do ram określonych zachowań. Miał nadzieję, że Liliana zniesie narzekanie i znudzone jęki rozpieszczonej panny Claire, on sam miał zamiar zająć się rozmyślaniem nad dziwnym snem i cierpliwymi oczekiwaniami na obiecane mu spotkanie.

Nawet, jeśli to był tylko zwyczajny sen, on postanowił robić sobie nadzieje. W końcu trzeba mieć jakiś cel w życiu.

Silnik niebieskiego Focusa zamruczał przyjemnie, parkując przed dużym domem szlachcica.

– Kwiatuszków nie przejechałem? – krzyknął uśmiechnięty Boris, wysiadając z samochodu. Pozostawił żonę samą, która najwyraźniej była nie w humorze. Siedziała z rękami założonymi na piersiach i nawet nie spojrzała w stronę van Helfena. Żeby lepiej słyszeć ich rozmowę, otworzyła drzwi.

– Nie skarżą się, więc prawdopodobnie są całe – odparł Wolfgang, podchodząc do przyjaciela i witając się z nim ciepłym uściskiem. Ten gest zmusił wciąż siedzącą w samochodzie kobietę do zmierzenia go wzrokiem. Spojrzała na niego groźnie, za co odwdzięczył się miłym uśmiechem.

Na horyzoncie pojawiła się Liliana. Ubrana w czarne spodnie, białą, prostą koszulkę na ramiączkach i czarne sandały na płaskiej podeszwie, wlokła za sobą niedużą sportową torbę z ekwipunkiem, utykając na krawężniku. Na szyi jak zwykle spoczywał złoty łańcuszek z zawieszką – serduszkiem. Była to jedyna pamiątka po zmarłym ojcu.

Boris jako pierwszy ruszył z pomocą niezdarnej nastolatce, co było powodem wyjścia Claire z samochodu.

– Lilci, jak ty pięknie dziś wyglądasz! – krzyknął szlachcic, otwierając bagażnik Forda.

– Jak zwykle. Jak chcesz, mogę coś z wyglądu oddać tobie… – dziewczyna mówiła znudzonym głosem, przeczesując chudymi palcami gęste, długie włosy. – Bo mnie wszystko tu nie pasuje.

– Jesteś piękna, nie przesadzaj – powiedział zawsze uśmiechnięty Boris, zamykając wszystkie torby  w bagażniku. Stanął obok swojej żony i pociągnął ją za rękę, wyciągając ją siłą z wozu, by Liliana mogła zobaczyć ją w pełnej okazałości. – A to jest moja żona, Claire.

– Miło mi panią poznać – odparła chłodno nastolatka, uważnie obserwując każdy ruch kobiety. – Ja jestem Liliana.

– Zdążyłam się zorientować – Claire z wymuszonym uśmiechem podała młodszej dłoń, po czym od razu schowała się do samochodu, czekając na reakcję swoich wyjazdowych współtowarzyszy.

– To jak, jedziemy? – krzyknął Boris, otwierając drzwi zdębiałej Lilianie. Wolfgang jak opętany wpadł do samochodu, zajmując swoje miejsce i szybko zapinając pasy.

– Och, my darling, Och, my darling

Och, my darling Clementine.

You are lost and gone forever

Dreadful sorry, Clementine  – wyśpiewał szlachcic z rozbawioną miną, usatysfakcjonowany wzdychaniem żony Borisa.

Ta wycieczka będzie najprawdopodobniej jedną z najzabawniejszych wycieczek w jego życiu.

Postanowienia noworoczne + blogowe plany na 2017 rok

Mówiąc na temat postanowień noworocznych, spokojnie mogę dać sobie na imię Tomasz.
Niewierny Tomasz. Nie uwierzę, póki nie zobaczę, że udało Ci się dotrzymać danego samemu sobie słowa.
Nie potrafię powiedzieć, jakie były moje postanowienia noworoczne na 2016 rok! Czuję się, jakby znana wielu z Was kwestia celów do osiągnięcia w ciągu roku w ogóle mnie nie dotyczyła, omijała szerokim łukiem tak, jakby i ona sądziła, że wyglądam na niemiłą.

Szał planowania, wpisy i filmy motywacyjne, a także własna ciekawość sprawiły, że już od początku grudnia wymyśliłam pierwsze noworoczne postanowienie (właściwie: wyzwanie!), które chcę odhaczyć wraz z końcem 2017 roku.
Naczytałam się porad, włączyłam myślenie i doszłam do pewnych wniosków, którymi postanowiłam się z Wami podzielić właśnie w ostatnim wpisie miesiąca planowania. Przy okazji wspomnę także o moich planach blogowych, przewidywanych przerwach w blogowaniu oraz tematach, jakie postaram się poruszać jak najczęściej w tym roku.

1.jpg
PLANUJ.
Ha! Zuzka, niezły żart. Kolejny wpis poświęcasz planowaniu. Zapętlasz się we własnym szale, ale daruj nam już to planowanie.
Zanim podzielicie się ze mną niepochlebnymi uwagami na temat planowania, przypomnę Wam słowa, które na pewno już nie raz mieliście okazję usłyszeć; łatwiej jest wytrwać w postanowieniu, jeśli jego treść zapiszemy na kartce, czy jakoś tak. Mniejsza z tym, ważne jest planowanie.
Wyobraźcie sobie, że długą listę zakupów trzymacie zawsze w głowie. Naturalnym zjawiskiem będzie nagła amnezja. W trakcie załatwiania sprawunków kwestia włożenia selera do koszyka może być sporna – i zastanawiaj się potem, czy seler został zakupiony, czy może wypadł z reklamówki i osamotniony płacze na rogu marketu, czekając na nabywcę.
Dzięki liście zakupów nie można wątpić w swoją pamięć. Seler jak byk figuruje wśród zapisków i zadowolony obserwuje cię, leżąc pomiędzy pomidorem a zbożową kawą w torbie na zakupy.
Rozumiecie, o co mi chodzi?

Nasze postanowienia stają się konkretem, jak seler i jak byk figurują wśród zapisków.
Podobnie do planu dnia – cele zanotowane na ostatniej stronie kalendarza są naszym obowiązkiem! Musimy je odhaczyć. Nie ma odwrotu.

Widzicie tę tabelkę na (celowo) nieostrym zdjęciu powyżej? To jest tabelka moich postanowień. Za każdym razem, gdy tylko sięgam po notes, widzę wypisane cele na ten rok.
Już teraz czuję się, jakbym je osiągnęła. To już siedzi w mojej głowie, w styczniu czuję się jak w grudniu. Nie umiem gotować, ale myślę, że umiem – bo napisałam, że chcę nauczyć się gotować. Jestem już w połowie drogi do finału, j u ż p r a w i e ż e wygrałam.

Zaplanowane = osiągnięte. Pamiętajcie o tej zasadzie! (I o selerach, żeby żaden porzucony seler nie wył wniebogłosy przy wejściu do spożywczaka.)

POSTANOWIENIA = CELE?
Choć używam tych słów zamiennie, mam na ten temat inne zdanie.
Nie. To nie to samo. Przynajmniej nie dla mnie.
Niektórzy mówią, że postanowienie warto jest sprowadzić właśnie do poziomu celów. Musisz dokładnie wiedzieć, czego chcesz. Wizualizować sobie Twój Mały Światek po osiągnięciu tego.
Dla mnie to zabawny mit – pokroju techniki małych kroczków i porad dietetyka. Coś w rodzaju: koleżance-kuzyna-ciotki z Gdańska się sprawdziło, to i ty możesz. Bo sąsiadka-znajomej-szwagierki-pani z kiosku przeczytała o tym w gazecie, wydanej sześć lat temu.

Moja tabelka dzieli się na trzy części; postanowienia, cele i marzenia.

Postanowienia to rubryka, w której mieszczą się wszystkie cele nie do końca określone; zapuścić włosy, nauczyć się historii, nauczyć się gotować. Do tej części tabeli wpadło to, co chcę robić w trakcie całego roku – i prawdopodobnie kilku kolejnych lat.
Dzięki tej rubryce nie poddam się mocy impulsu i nie, tym razem nie zrobię sobie grzywki samodzielnie. Nie, nie obetnę się już tak, jak Tyler Young. Zapuszczam włosy.

Cele zawierają konkretne informacje, które muszą wydarzyć się na przestrzeni roku 2017.
Muszę zrobić dokładnie to, co jest napisane. Określona czynność do odhaczenia dopiero po jej wykonaniu.

Marzenia – w tej rubryce umieściłam wszystko to, co chciałabym, by wydarzyło się w tym roku. Dostać się na studia, jechać na koncert, rozwinąć bloga. Wypisane w niej zachcianki nie zawsze wiążą się z moimi działaniami i nie muszą zostać odhaczone. Niech się dzieje wola nieba!

Podsumowując: postanowienia i cele, choć są słowami używanymi przeze mnie na zmianę, nie zawsze mogą oznaczać to samo i nie są sobie równoważne. Cele są skonkretyzowane, postanowienia nie do końca.
Lepiej Wam tego nie wytłumaczę 🙂

2.jpg


WYZWANIE NA TEN ROK.
Podjęłam poważne wyzwanie, które postaram się w tym roku wypełnić – i dzielić się z Wami na bieżąco postępami! Jest to wyzwanie przeczytania pięćdziesięciu książek.

Dla każdego mola książkowego zapewne nie jest to imponujący cel – również dla mnie nie do końca jest.
Postanowiłam, że 50 książek to dobry start. Przez ostatnie trzy lata czytałam głównie lektury szkolne!

Jeśli chcecie dołączyć do mnie – lub towarzyszyć mi ze swoją listą (pokaźniejszą lub nie), zachęcam: zaglądajcie do zakładki 50 książek. W tej zakładce będę umieszczać tytuły przeczytanych książek, daty rozpoczęcia i zakończenia czytania oraz często kilka słów na temat owej lektury.

BLOGOWE PLANY.
W minionym roku za cel przybrałam sobie uświadomić Wam, że dekorować każdy może. Jak będzie w tym roku – zdecydujmy razem!

Na pewno w roku 2017 chciałabym pokazać siebie – to, co mnie się podoba, co lubię, co robię. Możecie spodziewać się postów z poradami i inspiracjami.
Zdecydowanie pojawi się kilka postów kulinarnych. Poruszę między innymi kwestie zdrowego odżywiania się, oszczędnego gotowania. Bez wątpienia na blogu pojawią się dekoracje oraz projekty kreatywne.

Każdy miesiąc dostanie ode mnie myśl przewodnią.
Styczeń dostał miano miesiąca organizacji –  pojawiały się posty dotyczące planowania, podsumowań i celów. Powielając styczniowy tok, w każdym miesiącu pojawią się wpisy tematycznie odpowiadające tytułowi.

Dokładny plan wpisów na rok 2017 możecie zobaczyć TU!

Jaki możecie mieć wkład w tę stronę?
Jeśli chcecie zobaczyć post na dany temat, przeczytać moje zdanie lub poznać, jakie mam doświadczenie w danej kwestii, zachęcam do dzielenia się pomysłami!
W rozpisce planów na rok 2017 wypisałam Wam wszystkie tytuły, jakie nadałam miesiącom. Choć mam już dokładne plany co do postów, które wówczas się pojawią, bez problemu mogę dopisać kolejny post lub zmienić koncepcję.
Wszelkie propozycje na temat postów, które mogłabym zamieścić, możecie składać w komentarzach tutaj lub w zakładce PLAN WPISÓW.

 

Mam nadzieję, że w miesiącu organizacji wyjaśniłam wszystkie ważne kwestie. 
Serdecznie zachęcam do wyrażania swojej opinii – zarówno w temacie postanowień noworocznych, jak i na tematy organizacyjne na blogu.

Zuza 😉

Rozdział I – „Szczerość to podstawa”

Dzieje się!

Zgodnie z zamierzeniem, wrzucam Wam pierwszy rozdział opowiadania.
To prawdopodobnie najdłuższy rozdział w historii mojego pisania, pełen historii bohaterów i faktów z ich życia. Mimo, że teraz napisałabym to zupełnie inaczej – nie zmieniałam go!

Nie podzieliłam też rozdziału na dwie części, ponieważ chcę, by każdy rozdział był publikowany w całości.

Jeśli chcecie, bym publikowała kolejne rozdziały częściej, mogę to zrobić. Koniecznie dajcie mi o tym znać w komentarzach!
Chętnie wniosę poprawki w tekst, jeśli gdzieś zauważycie błąd. Nie posiadam bety.

Miłego zmagania się z treścią!

Zuza 😉

P.S.: Przemyślałam sprawę dodawania rozdziałów. Raz w tygodniu, we wtorki – chyba to będzie dobre rozwiązanie? Co o tym sądzicie?


ROZDZIAŁ I

Szczerość to podstawa

 

Wolfgang kroczył dumnie przez zatłoczone ulice Londynu.

Wprowadził się tu niedawno, a mimo to zdobył już liczne grono wielbicielek, zauroczonych jego urodą i wdziękiem. Zdołał się do tego przyzwyczaić. Wszystkie koleżanki od zawsze podkochiwały się w nim, a dojrzałe kobiety nazywały go słodziakiem. Przez pewien czas krążyła plotka, iż podobno zaistniała idea, by założyć Fan club urody Wolfganga, lecz pomysł ten zaniknął równie szybko, jak szlachcic wyjechał z kraju.

Teraz – mierzący nieco ponad metr osiemdziesiąt, szczupły mężczyzna, nie mógł odpędzić się od kobiet. Dla zwykłego obserwatora, spacer Wolfganga mógł być porównany do przechadzki słodkiej, dojrzałej nektarynki przez krainę wygłodniałych muszek-owocówek.

Mimo starań pań, wdzięczących się na sam widok przystojnego szlachcica, Wolfgang nie chciał nawet na nie spojrzeć, choć ofert i próśb o spotkania miał więcej niż Książę angielski. Oprócz nich miał także ukrywany przez lata powód, dla którego odmawiał na zaproszenia kobiet…

Jego uroda, nazywana niegdyś przez babcię darem od Boga, była dla niego niesamowicie uciążliwa. Zawsze i wszędzie czuł na sobie spojrzenia pań, czego szczerze nienawidził. Fakty przeradzały się w obsesje. Przez ciągłe bycie obserwowanym, rzadko pokazywał się na mieście i zaszywał się w swoim dużym, pięknym domu, wyrabiając o sobie opinię tajemniczego młodzieńca, rzadko wychodzącego na spacery.

Gdy już nadarzyła się okazja wyjścia z kryjówki, Wolfgang bawił się uczuciami biednych, zauroczonych pań, czarujących go spojrzeniem. Pierwszym sposobem zabawy było nie reagowanie na wzrokowe zaczepki, lecz drugim, najczęściej przez niego używanym, było odwzajemnianie ich non stop.

Mężczyzna wszedł do kipiącego wakacyjnym odcieniem zieleni parku, mijając liczną grupę dzieciaków, bawiących się w berka. Taka – dla większości obserwatorów – zabawna scenka była dla niego jedynie przykrą torturą, przypominającą o własnym dzieciństwie.

Był jedynakiem, znacznie różniącym się od rówieśników. Jego ojciec, szlachcic bardziej ze stanu umysłu niż z pochodzenia, stanowczo zabraniał mu wychodzić na spotkania z kolegami. Z czasem znajomi zapominali o nim, ignorując go przy zapraszaniu gości na imprezy, czy nawet kompletowaniu drużyn piłki nożnej. Mimo wykreślenia ze społeczeństwa rówieśników, ojciec upierał się przy swojej racji, stale powtarzając: „To bandziory, a ty zasługujesz na królewskie towarzystwo, szlachcicu!”. Te słowa wzbudzały w młodym Wolfgangu nienawiść do swojego pochodzenia, później do kraju i jego rodaków, aż wreszcie do samego ojca. Marzył, by uciec z rodzinnego domu i zamieszkać samotnie za granicą. Marzenia stały się rzeczywistością w wieku dziewiętnastu lat, gdy bez słowa i pożegnań wyjechał do Kanady.

Ćwierkanie ptaków, które dobrnęło do jego uszu dopiero po kilku minutach spacerowania w stanie zamyślenia, momentalnie wprawiło go w dobry nastrój. Przechadzając się wokół dużej, kamiennej fontanny, ujrzał wreszcie długo szukaną wzrokiem nastolatkę, siedzącą na drewnianej ławce.

– Jesteś! – Liliana krzyknęła na powitanie, widząc zbliżającego się Wolfganga.

– Witaj, Lilu – odparł, siadając obok ślicznej dziewczyny. Zieleń jej oczu wpasowała się w wiosenny odcień liści, a czerń włosów tworzyła kontrast z białą koszulą, którą ubrała.

Sophie, babcia nastolatki mówiła często, że Liliana zdecydowanie mogłaby przytyć kilka kilogramów, dokarmiając ją ukochanym przez nią budyniem waniliowym. Dziewczyna złościła się na te słowa. Na komentarze dotyczące jej wyglądu zawsze odpowiadała tak samo: W genach mam zapisane metr pięćdziesiąt osiem wzrostu, nie zasłynę jako wielkolud. Muszę więc zapisać się ludziom w pamięci, jako szczupły krasnolud.

– Znowu ten garniak? – Dokuczanie było jednym z jej ulubionych zajęć.

– No cóż, moja droga. Klasa też ma swoją cenę. – Wolfgang uśmiechnął się, ukazując światu dołeczki w policzkach, zdobiące przystojną twarz.

– Czy chociaż raz mógłbyś zapomnieć o swoim szlacheckim pochodzeniu?

– Nie i nie mam takiego zamiaru – odparł bez wahania. – Takie zachowanie wpoił mi mój ojciec i najprawdopodobniej nie zdołam się go już pozbyć. Walka z wiatrakami nie leży w zakresie moich obowiązków.

– Och, te twoje oczy wprawiają mnie w zakłopotanie, mój drogi panie… – wyśpiewała nastolatka, chichocząc.

– To chyba oczywiste – parsknął z ironią.

– Czy ty się nie przeceniasz? – zmarszczyła brwi, niedowierzając.

– Czy to pytanie retoryczne?

– Zawsze odpowiadasz pytaniem… – westchnęła lekko.

– Najmocniej przepraszam, ujawnia się kolejny z moich nawyków. O czym chciałaś dzisiaj porozmawiać?

– Myślałam o tobie, o twojej przeszłości. Jeśli mogę być szczera… chciałabym zapytać o twoje wybryki, jakie…

– To może ja od razu zadzwonię po Borisa? – przerwał dziewczynie, pytając poważnie. Ta rozmowa staczała się na nieciekawy dla niego tor. – Oszczędź moich nerwów, proszę.

– Jak na razie, to ty denerwujesz mnie. Wiesz o mnie prawie wszystko, a swoją przeszłość chowasz gdzieś głęboko, bym tylko się o niej nie dowiedziała. Opowiedz cokolwiek. Ważne, byś gadał.

– Więc patrz… – zakomenderował mężczyzna. Złapał spojrzenie przechodzącej obok kobiety i nie spuszczał z niej wzroku. Młoda blondynka z okrągłymi policzkami spłoniła się uroczo, posyłając szlachcicowi prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych jej uśmiechów, na jaki było ją stać.

Liliana otworzyła szeroko oczy, z niedowierzaniem rozchyliła usta. Popatrzyła na przyjaciela, który – bardzo dumny z siebie, roześmiał się szczerze.

– I co to miało być? – wydusiła.

– Każda reaguje tak samo. Można je podzielić na dwie grupy…

– Dzielisz kobiety na grupy? – Coraz bardziej niedowierzający wzrok nastolatki nie robił na nim najmniejszego wrażenia.

-… Grupa pierwsza to te, które rumienią się i przesyłają mi ciepły uśmiech. Do grupy drugiej należą te, które udają niedostępne, lecz później i tak się za mną oglądają. – Szlachcic zaprezentował ponownie swój wyuczony „trick”. Kolejna zarumieniona ofiara – tym razem znacznie starsza od niego, elegancko ubrana pani w okularach, potknęła się o własne nogi, wpatrzona w oczy mężczyzny jak w najwspanialsze dzieło sztuki. Wolfgang nie zareagował.- Fascynujące jest to, że ja tylko patrzę. Nie uśmiecham się, nie zaczepiam. Siedzę i patrzę.

– Ten twój urok osobisty… Kurczę, chłopie, masz branie! – Liliana parsknęła, starając się uczynić ten dźwięk daniem głównym w swoim menu sarkazmu. Przyjaciel popatrzył na nią, jakby znudzony.

– To tylko zabawa, Lilu. Interesujące, co te panie wyprawiają, czując na sobie mój wzrok. Poza tym, każda reaguje tak samo… – Wolfgang zamilkł na moment, po czym uniósł wysoko brwi – Ty tak nie zareagowałaś, pamiętasz?

– Postaw się na moim miejscu! W niewytłumaczalny sposób, facet ze snów pił kawę w moim domu. To przecież podejrzane! – spojrzała badawczym wzrokiem na spokojnie siedzącego mężczyznę – Swoją drogą: to, że nie zareagowałam w pożądany przez ciebie sposób świadczy o tym, że…

– Starzeję się! – pisnął Wolfgang i wybuchnął niewymuszonym, zadziwiającym nastolatkę śmiechem. Van Helfen przez dwa miesiące ich znajomości przeszedł niewiarygodną przemianę i przede wszystkim nabrał dystansu do swojej osoby.

– Przykro mi, masz już dwadzieścia dziewięć lat.

– Ten czas szybko leci. Już dziesięć lat nie byłem w Holandii… – westchnął szlachcic.

– A rodzina? Przyjaciele? Nie szkoda ci?

– Niby czego? Pewnie wszyscy już o mnie zapomnieli i szczerze – nie chcę im o sobie przypominać. Poza tym, wstydziłbym się swojego tchórzostwa, którym pochwaliłem się, wyjeżdżając z kraju. Przyjaciół nigdy nie miałem i nie mam zamiaru mieć. – Stanowczym stwierdzeniem zakończył szlachcic i gdy dotarł do niego sens wypowiedzianego przed chwilą zdania, otworzył szeroko oczy.

Bez najmniejszego ruchu, parsknięcia, odpowiedzi, z rękami skrzyżowanymi na piersiach nastolatka siedziała wygodnie, plecami opierając się o drewniane belki ławki.

– Masz rację, Wolfi. Szczerość to podstawa.

– Nie to miałem na myśli… – westchnął, przecierając dłonią twarz. Nie przyszłoby mu do głowy, że jest dla dziewczyny kimś więcej, niż tylko sąsiadem.

Liliana trzymała wszystkich na dystans. Wiedział, że nie przyjaźni się ze swoimi rówieśnikami. Nie wątpił w to, że młoda dama ma jakiekolwiek uczucia – po prostu nie był świadom jej delikatności.

Och, zresztą: zawsze wszystko psuł, zawsze! Nie potrafił rozmawiać z ludźmi w normalny sposób. Sam alienował się przez długi czas i uciekał od otoczenia. Czego Lilka się spodziewała?

W każdym razie musiał naprawić sytuację.

– Spoko. Cenię sobie szczerość, przecież o tym wiesz. Poza tym, dobrze jest znać prawdę – powiedziała, zawiedziona. Nawet, jeśli Wolfgang nie miał na myśli tego, co od niego usłyszała, zabolało ją to. Nie było to dla niej przyjemne wyznanie.

– Chodziło mi o to, że nigdy ich nie miałem i… – no i jak tu wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji? Cholera! – Przecież wiesz, że jesteście moimi przyjaciółmi – van Helfen patrzył na nastolatkę błagalnym wzrokiem, mając nadzieję, że wybaczy mu jego paplanie bez sensu i niewyparzony język.

– Jesteśmy?

– Ty i Boris.

– Masz rację. Nastolatka i szofer to wymarzeni kandydaci na przyjaciół dla kogoś takiego, jak ty – podkreśliła sarkastycznie podświadomie czując, że nie był to najlepszy ruch.

Wolfgang nie wytrzymał.

– Wiesz, dlaczego uważam was za przyjaciół? Nie wiesz, nie możesz wiedzieć. Co ty wiesz? – krzyknął szlachcic. Energicznie wstał z ławki, zrobił kilka kroków i odwrócił się w stronę siedzącej, zaskoczonej jego wybuchem nastolatki – Dzięki mojemu ojczulkowi, który na każdym kroku przypominał mi o tym, że mam przodków-szlachciców, znienawidziłem swoje życie, rozpoczynając od rodziny. Później przyszedł czas na kraj, język, wszystko, co kojarzy się ludziom, gdy usłyszą nazwisko van Helfen.

– Nie znam Borisa… – wyszeptała Liliana, spuszczając głowę. Wstydziła się tego, że swoimi głupimi docinkami wprowadziła szlachcica w – lekko mówiąc – zły nastrój. Przez dwa miesiące ich znajomości spotykali się w każdej wolnej chwili, rozmawiając o sprawach z ich przeszłości, omawiając ważne problemy, czy nawet paplając tak bez sensu, że obydwoje tracili dech w piersiach ze śmiechu. Wolfgang był jej jedynym rozmówcą i słuchaczem. Żadne z nich nie podnosiło na siebie głosu. Nawet poważny temat przekształcali w żart, dzięki czemu ich rozmowom akompaniował cichy chichot mężczyzny, szczególnie wyczulonego na żarty szesnastolatki. Teraz jego krzyk wymiótł z głowy czarnowłosej wszystkie konstruktywne wypowiedzi.

– Nie wiesz, kto to Boris? – podejrzliwy Wolfgang zmrużył oczy i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, nadal stojąc przed uciszoną dziewczyną.

– Wiem, ale jeszcze go nie poznałam. – Nie wiedziała, co powiedzieć, by ponownie nie zdenerwować rozmówcy. Znalazła się w takiej sytuacji pierwszy raz, co dodatkowo odbierało jej resztki nadszarpniętej odwagi.

– To zaraz poznasz. – Van Helfen wyjął z kieszeni telefon, nazywany przez Lilianę superwypasistym. Odwrócił się do niej plecami, wzywając szofera i wydając mu kilka dodatkowych poleceń.

Liliana odeszła w stronę fontanny, umiejscowionej w centrum królestwa wiosennej zieleni. W głowie odbijały jej się głośnym echem krzyki Wolfganga. Miała w zamiarze ucieczkę do domu, lecz chęć poznania przyjaciela jej przyjaciela była mocniejsza. Widząc, że szlachcic zbliża się do niej, oddaliła się o kilka kroków. Nie wiedziała, o czym teraz z nim rozmawiać, chciała więc odwlec ten moment. Mężczyzna mówił dzisiaj otwarcie o swoim ojcu, a był to dla niego cichy temat. Jak na złość, musiało jej zabraknąć odwagi akurat w tej chwili.

– Boisz się mnie? – spytał wprost brązowowłosy, zawieszając na jej osobie badawczy wzrok. Nie chciał się denerwować. Na litość Boską, nie miał zamiaru krzyczeć, lecz słowne zaczepki nawiązujące do jego pochodzenia zawsze go denerwowały. Jeżeli Liliana mu nie wybaczy – będzie wściekły na samego siebie.

– Trochę. – Cholera! Nie miał się co dziwić. Nikt normalny nie wybucha złością z byle powodu.

– Nie ma czego – powiedział, starając się jak najskuteczniej pozbyć wahania z głosu. Sam nie był pewien swej prawdomówności.

– Wiem – przyznała nastolatka, patrząc mu w oczy, Wolfgang poczuł znaczną ulgę.

– Masz idealnie, prawie nienaturalnie zielone oczy – rzekł z uśmiechem. Kochał ten odcień zieleni tęczówki sprawiający, że Liliana zdawała się być osobą nieufną i niedostępną. Pozory jednak mylą!

– Na komplemenciki mnie nie wyrwiesz. – Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. Atmosfera zdawała się rozluźniać. – Ani na chatę, kasę, furę i ładne oczka.

– Nie śmiałbym. Nie lubię kobiet – wyznał, siadając na skraju fontanny. Rozejrzał się po parku w poszukiwaniu jego koła ratunkowego – Borisa, lecz nie widząc go na horyzoncie, zmierzył wzrokiem nastolatkę. Nie chciał, lecz musiał w końcu poruszyć ten temat. Osobiście – nie miał z tym żadnych problemów. Za stary był, by nie akceptować prawdy o sobie.

Lila wybuchnęła śmiechem, myśląc, że to żart. Jednak gdy zrozumiała sens słów przyjaciela i zobaczyła jego zabójczo poważny wyraz twarzy, śmiech powoli zaczął ucichać, nagle zmieniając się w kaszel.

– Jak to? – wykaszlała, spoglądając na niego z niedowierzaniem i siadając obok. – W jakim sensie?

– W sensie, że jestem homoseksualistą. – Uśmiech na twarzy Wolfganga sprawiał, że Liliana sama nie wiedziała, czy to wszystko jest prawdą, czy może kolejnym snem ze szlachcicem w roli głównej.

– Że co? – Mimo swoich podejrzeń co do homoseksualizmu Wolfganga, dziewczyna pierwszy raz słyszała takie wyznanie.

Nie mogła powiedzieć, że Wolfgang jej się nie podobał. Stwierdzenie, że Liliana jest odporna na jego urok byłoby ogromnym niedopatrzeniem. Nie było to dla niej naturalne – prawie trzydziestoletni facet do tej pory kradł jej serce stojąc za ekranem telewizora. Nie spodziewała się, że zauroczenie o wiele starszym od siebie mężczyzną mogłoby przytrafić się jej w prawdziwym życiu.

Nie spodobało jej się to uczucie. Choć czuła, że Wolfie woli mężczyzn, z każdym dniem upewniała się w przekonaniu, że jest to ktoś stworzony dla niej.

Z homoseksualizmem nie miała wiele do czynienia w swoim krótkim życiu. Geje… trochę ją obrzydzali, ale nie ośmieliłaby się walczyć z naturą ludzką.

– Jestem HO-MO-SEK-SU-A-LI-STĄ. Jestem gejem, pedałem… – Szlachcic rozejrzał się dookoła ciekaw, czy ktokolwiek patrzy na niego w tej chwili. Ucieszył się stwierdzając, że ani jedna osoba nie zatrzymuje wzroku na jego osobie.

– Wolfie, ale ty…

– Ja jestem ze szlacheckiego rodu, niszczę swym zboczeniem dobre imię przodków. Jam jest Wolfgang Trzeci van Helfen, ja muszę mieć żonę – dokończył za nastolatkę, przypominając sobie słowa ojca.

– Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że ty… – urwała, zastanawiając się, czy pytania na ten temat nie będą kolejnym źródłem krzyków. – Ty nie masz partnera. Bo nie masz, prawda? – Dziewczyna zamyśliła się, przywołując do głowy postać Borisa. Nie, nie-e…

– Teraz już nie.

– A ta zabawa w patrzenie?

– Zabawa to zabawa. Gdyby nie obserwacje, które prowadzę, nawet nie spojrzałbym na te kobiety. Ani palcem bym ich nie tknął, nawet tym małym u nogi. A poza tym wiesz… – urwał, z grobową miną czekając na reakcję dziewczyny. Miał nadzieję, że ta domyśliła się, o co chodzi. Chciał, by dokończyła za niego. Wstydził się o tym mówić, historie swojego życia zatrzymywał dla siebie. Jedyną osobą, która słyszała każdą opowieść, był Boris.

– Nadal szukasz? – zawahała się, mówiąc cicho. Wolfgang skinął głową.

– Dokładnie. Czekam na czarodziejski moment, w którym poznam kobietę swego życia. Taką, od której nie będę mógł oderwać wzroku, nie będę mógł przestać słuchać i nie będę mógł bez niej żyć. Każda chwila spędzona razem będzie przyjemnością, nie męczarnią.

– Powiało romantyzmem. Mocne.

– Chcę wrócić do domu i powiedzieć: Ojcze, oto moja narzeczona. – Teatralnie uniósł rękę w górę.

– A twój tata wie o tym… – urwała, zastanawiając się, czy w ogóle powinna drążyć ten temat.

– O mojej orientacji? – Dziewczyna w odpowiedzi skinęła głową twierdząco. Wolfgang uśmiechnął się. – Wie.

– Jak na to zareagował?

– Było ciężko. Rodzice zauważyli, że ciągnie mnie do chłopców w ten inny sposób. Ojciec widział, że nie biegam za dziewczętami jak rówieśnicy. Jednak gdy postanowiłem wziąć się w garść i wyznać prawdę o moich… – przerwał na moment, szukając w głowie odpowiedniego, neutralnego, słowa – … zapędach, zdawał się być zaskoczony. Później wpadł w szał. Zresztą, nie dziwię mu się. Jestem niszczycielem rodu, jak sam mnie nazwał.

– Przykro mi… – szepnęła Liliana, nie wiedząc, co w tej chwili lepiej jest zrobić: powiedzieć cokolwiek, czy milczeć. Widok smutnego wyrazu twarzy Wolfganga przeważył szalę na rzecz rozmowy. – Ja cię kocham takiego, jakim jesteś, przyjacielu – powiedziała, kładąc mu dłoń na ramieniu w geście wsparcia. Zdawała sobie sprawę, że szlachcic musiał podjąć wielki trud. Chciała dać mu do zrozumienia, że zaakceptowała go oraz, że ma w niej wsparcie. Nie potrafiła sama siebie przekonać, czy takie proste gesty w pełni zobrazują jej chęć pomocy.

– Liluś, czy gdzieś w twym serduszku nie tkwi zalążek młodego homofoba?- spytał z rozbawieniem mężczyzna. Dziewczyna uśmiechnęła się zadziornie, nie przerywając mu. – W twych żyłach nie płynie eliksir nienawiści?

– Owszem, może i płynie. Miałam pewne podejrzenia przez ten cały czas, ale ty nie dałeś się sprowokować. – Nie powiedziała całej prawdy i tylko prawdy. Nie mogła wyznać mu swego zauroczenia – wiedziała, że przyjaciel się nie domyśli.

– Jak to? – krzyknął zaskoczony szlachcic. Tego się nie spodziewał. Starał się ukryć wszystkie możliwe oznaki i zachowywać się jak najnormalniej. Długo pracował nad tym, by ludzie nie wiedzieli o jego orientacji i myślał, że ciężka harówa przynosi wyczekiwane skutki. Cholera, Liliana, mimo młodego wieku, była lepszym detektywem niż Holmes.– Co mnie zdradziło?

– Szczegóły i stereotypy, dużą rolę odegrało moje przeczucie. – Uniosła bezwiednie ramiona, szukając dobrej odpowiedzi na pytanie. – I ten wszechobecny Giorgio Armani!

– Na golfa nie chodzę w Armanim! – Niemal pisnął, chcąc pozostawić dla siebie przynajmniej cień szansy na to, że nie wygląda jak stuprocentowy gej w oczach wszystkich sąsiadów. Próbował chronić się mentalnie od oskarżeń, rzucanych jego idealnemu nie-gejostwie. Cóż, najwyraźniej cała praca poszła jednak na marne.

– Spokojnie, normalni ludzie nie widzą niczego złego.

-Alee… – Mężczyzna nie miał pojęcia, co ma robić, co mówić, by nie wyglądać jak gej. Nie, żeby źle się z tym czuł, ale nie chciał, by wszyscy wiedzieli, kim jest i co robił w przeszłości. Swojej natury się nie pozbędzie, ale musi stwarzać wokół siebie jakieś pozory normalności – tak, jak chciał jego ojciec.

– Alee co? Nie masz napisane GEJ na czole. Jest dobrze, baby na ciebie lecą. Nawet stereotypów w twojej postawie nie sposób dostrzec! – Nastolatka starała się pocieszyć przyjaciela. Żywiła nadzieję na zachowanie ich dobrej relacji, choć wiedziała, że ciężko będzie uporać się z jej pierwszym poważnym i jednocześnie nieudanym zauroczeniem.

– Nie lubię stereotypów, moja odmienność zapewne z tego wynika – odparł z bezradnością wymalowaną na twarzy. Widząc zbliżającego się w ich kierunku mężczyznę pomachał mu, czując coraz większe podekscytowanie spotkaniem jego i Liliany.

Wolfgang był ciekaw, czy jego przyjaciel otworzy się przed nią równie szybko, jak on. Gdzieś głęboko w środku skrywał nadzieję, że tak.

– Daję mu trzydzieści – szepnęła nastolatka, obstawiając wiek szofera. Van Helfen zaśmiał się cicho.

– Intuicja zawodzi! – Wstał i wyciągnął rękę w geście powitania. Przyjaciele uśmiechnęli się do siebie szczerze, ściskając mocno swe dłonie. – Liliano, to jest Boris. Boris, to jest właśnie mój Liluś.

– Witaj, Liluś – rzekł uśmiechnięty mężczyzna, podając jej dłoń. Dziewczyna była wyraźnie zaskoczona wyglądem Borisa i nawet nie starała się tego ukryć. Stojący przed nią nowy znajomy zdecydowanie nie wyglądał na szofera.

Mężczyzna – krótkowłosy blondyn o jasnej karnacji i postawnej budowie ciała, stał się centrum uwagi dziewczyny, która już zdążyła pozazdrościć mu niebieskiego koloru oczu. Proste, białe zęby ukazały się w przyjaznym, jakby krzepiącym uśmiechu. Dodatkiem do całości był prosty, zwykły nos i lekko odstające uszy. Ogólnie rzecz biorąc, Boris wyglądał najnormalniej na świecie.

– Witaj, Boris.

– Muszę was na sekundkę przeprosić – powiedział van Helfen, wystawiając palec na wysokość wzroku Liliany i pokazując superwypasisty, trzymany w drugiej dłoni. Musiał poudawać, że ma ważny telefon. Chciał sprawdzić, jak z jego osobistym Holmesem w skórze nastolatki poradzi sobie nowopoznany przez nią mężczyzna.

– Znasz Wolfiego od dwóch miesięcy… – szofer chciał w prosty sposób rozpocząć rozmowę.

– Krótko, ale znam. A pan, ile go zna?

– Będzie trochę ponad dziewięć lat. Ale nie mów do mnie „pan Boris”. Jestem tylko Boris.

– Dobrze, tylko Boris – odparła z uśmiechem. Miała utworzony w głowie plan rozmowy, choć już teraz, po wymianie zaledwie kilku słów, wiedziała o nim zbyt wiele, jak na zwyczajną szesnastolatkę.

– Wolfgang opowiadał mi wiele o tobie.

– Mi o tobie też i przyznam szczerze, że inaczej sobie ciebie wyobrażałam. – Odpowiedni dobór słów, ton głosu.

Boris uśmiechnął się, jakby wcale nie zdziwiły go te słowa.

– Gdyby ktoś kiedyś postawił przede mną lustro i powiedział, że jestem szoferem, sam  nie mógłbym w to uwierzyć  – zażartował, powodując niecodzienny i niekontrolowany wybuch śmiechu młodej rozmówczyni. I cały plan diabli wzięli… – Ze względu na przyjaźń mam pewne udogodnienia, na przykład strój – tłumaczył, obracając się na pięcie dookoła własnej osi. – To nie jest typowe wdzianko szofera bogatego człowieka.

Liliana obejrzała go od stóp do głów. Na pierwszy rzut oka trudno było stwierdzić, czym naprawdę zajmuje się stojący przed nią mężczyzna.

Ubrany w granatowy podkoszulek z naszywkami znanej sportowej marki, który opinając się na ramionach i klatce piersiowej, uwydatniał wypracowane mięśnie. Jeansowe spodenki za kolano, odsłaniały łydkę, wyglądającą niczym z przeszczepu od biegacza.

– Byłeś sportowcem? – Pytanie Liliany było zbędne. Wypracowane mięśnie nóg i rąk dawały oczywiste skojarzenie, że ten człowiek zajmował się sportem. Mimo wszystko dziewczyna postanowiła upewnić się w swoich domysłach.

– Zajmowałem się sportami zimowymi – przyznał z podziwem. Wolfgang mówił mu o zdolnościach nastolatki. Słyszał, że jest nad wyraz inteligentna oraz, że potrafi wyciągnąć przeróżne wnioski z sytuacji – najczęściej trafne. Nie spodziewał się jednak, że młoda jest na tyle odważna, by po niecałych pięciu minutach odważyć się na pytania o jego ciężką przeszłość. – Skąd to wiesz?

– Siła inteligencji – odparła z uśmiechem. Chciała udowodnić mężczyźnie, że sama się tego domyśliła. Jego niedowierzanie wyczułaby z odległości kilometra. – Skończyłeś karierę, bo miałeś problemy z kolanem, prawda?

– C-co? – zająknął się zaskoczony.

Oczom Liliany nie umknie nawet najmniejszy szczegół. Na prawym kolanie Borisa widniała nie rzucająca się w oczy blizna, ponadto nieco różniło się ono od lewego kolana. Nastolatka, usatysfakcjonowana i zaskoczona szybkością pojawienia się swoich domysłów w głowie, chciała znać przyczynę.

– Masz problemy z kolanem. Nie znam się na tym, ale wnosząc po wyglądzie twojej prawej nogi, mogła to być mocna kontuzja, mam rację?– spytała i dopiero podczas chwili ciszy spojrzała w załzawione oczy mężczyzny.  Zagalopowała się? Niewątpliwie. Nie spodziewała się tej reakcji. Nie chciała płaczu.

Boris dostał wyraźne polecenie od Wolfganga:  To przebiegła bestia. Nie daj jej się dowiedzieć o tobie wszystkiego. Na pewno nie na pierwszym spotkaniu. Walcz, Boris!  Obiecał mu, że powalczy, jak przystało na sportowca.

Zimne spojrzenie Lilki nie dało mu stać bez głosu, choć miał nadzieję, że albo nagle zaniemówi, albo dziewczyna ogłuchnie.

– Byłem w tym naprawdę dobry – szepnął smutno. – Urodził mi się synek, Louis. Szczęście, trwające dwa tygodnie, choć wszystko było w porządku. Zmarł w niewytłumaczalny dla mnie sposób, z dnia na dzień zniknął, nie było go z nami. Nic tego nie zapowiadało, Lou po prostu się udusił. Gdy zmarł, moja żona Claire wpadła w depresję, a ja wtedy wziąłem się w garść. Nie myślałem jednak o skutkach. Jakby w amoku zapomniałem o jednym, najważniejszym fakcie. Od dziecka miałem problemy z prawym kolanem. W moim przypadku nie można ciężko ćwiczyć. Treningi były specjalistycznie dopasowane, niektóre z ćwiczeń surowo zabronione…

– Załatwiłeś się – Liliana przerwała pełen smutku i szczerości monolog. Kątem oka widziała uśmiechniętego Wolfganga, stojącego z rękami założonymi na piersiach. Pewnie sądził, że Boris wytrwa dłużej i zarazem cieszył się, że nie jest jedynym przegranym w walce z urokiem nastolatki, który działał tak samo na wszystkich Zauważył, że czarnowłosa jak zwykle nie drąży tematu. Możliwe, że wyczuła, że zbyt daleko posunęły się żale wylewnego Borisa lub już teraz wiedziała o nim wystarczająco wiele. Szlachcic z góry obstawił drugą możliwość.

– Hej, gołąbeczki! – przerwał wreszcie rozmowę dwójki jego przyjaciół. Z nieskrywaną radością poklepał szofera po ramieniu. – Boris, jesteś mi winny dychę.

– Och, racja – westchnął blondyn. – Jestem zbyt uległym draniem – wyciągnął banknot z tylnej kieszeni spodni i wręczył go w szlachecką dłoń van Helfena. Widząc pytający wzrok towarzyszącej im nastolatki, chciał ukryć się za plecami przyjaciela, lecz ten nie pozwalał mu na to i oddalał się od niego maleńkimi kroczkami.

– Założyliście się o to, czy ulegnie? – spojrzała na mężczyzn i zaśmiała się w duchu, jednak nie chciała tego pokazać. – Wy kłamcy, oszuści! – ciągle krzycząc pomaszerowała w kierunku bramy parku.

– Skąd ona to wszystko wie? – Boris skierował pytanie do szlachcica. Zaskoczona mina zdawała się zagościć już na wieki na jego twarzy.

– Siła inteligencji, kochany. Siła inteligencji – odparł, razem z przyjacielem podążając wolnym krokiem za oburzoną nastolatką.

Prolog – „To tylko sen…”

Po długiej przerwie od opowiadania, postanowiłam w końcu do niego powrócić.

Jest to pierwsza część tworzonego na przestrzeni wielu lat opowiadania, na które pomysł zrodził się w mojej głowie jeszcze w okresie gimnazjalnym. Proszę o wyrozumiałość – szczególnie w pierwszych rozdziałach, a już zdecydowanie w sprawie prologu, który od początku istnienia historii o Wolfgangu van Helfenie pozostał niezmieniony.
Pisałam go za dzieciaka. Poważnie weźcie do serduszek moją prośbę 🙂

 

UWAGA!
Opowiadanie będzie powoli edytowane. Zmiany w rozdziałach będą się pojawiać stopniowo od dnia dzisiejszego, do ukazania się kolejnej części opowiadania.
Fabuła pozostanie niezmienna, szczegóły zmienią się nieznacznie.

Wpisy z opowiadaniem będą pojawiać się nieregularnie. Rozdziałów pierwszej części mam 10 (+ prolog i krótki epilog), jeden rozdział przypada na jeden miesiąc blogowania – jednak jeśli będziecie uparcie prosić o dodawanie, postaram się wrzucać rozdziały częściej. Opowiadanie jest skończone, mogę więc wrzucić je w każdej chwili (chcę Wam dawkować szok, doceńcie to!).

U góry stworzyłam zakładkę „opowiadania”, jeśli cokolwiek jeszcze stworzę, na pewno informację na ten temat będzie można w łatwy sposób odnaleźć w tym miejscu.

Miłego czytania! Nie zabijcie mnie za wybór nazwiska Wolfiego, imion i w ogóle – kunsztu pisarskiego mych młodzieńczych lat.


PROLOG

To tylko sen…

 

– Dobranoc, Liliano!

– Dobranoc! – odparłam grzecznie, odprowadzając mamę wzrokiem do drzwi.  Gdy tylko przekroczyła próg pokoju, ciężko westchnęłam.

Nienawidzę swojego imienia! Liliana, Liliana… Rodzice nigdy go nie zdrabniali, zresztą, nie tylko oni. Cały świat, wręcz wszechświat używa formy Liliana. Zrozumiałabym, gdyby mówiono do mnie tak ze względu na starszy wiek, ale do cholery, mam dopiero szesnaście lat! Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu przedmiotu, którym mogłabym rzucić, ale nic takiego nie leżało w zasięgu mej ręki. Klnąc pod nosem na nerwy, których nie mogłam rozładować, przykryłam się ciepłą, puchową kołdrą. Nie wiedząc kiedy, zasnęłam.

Obudziłam się w środku nocy, czując chłód na całym ciele. Otwierając szybko oczy z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie leżę w moim łóżku. Siedzę na drewnianym, lakierowanym krześle. Rozejrzałam się dookoła, by ocenić sytuację, a gdy zrozumiałam, gdzie jestem, ogarnął mnie strach. Krzesło stoi na odkrytej przyczepie dużej, szybko jadącej ciężarówki.

– Nie panikuj… Nie panikuj… – dodawałam sobie otuchy, szepcząc. Chcąc wstać poczułam, że mam związane ręce i nogi. Szarpnęłam się mocno, w celu uwolnienia się z grubych sznurów i w tym czasie z nieba zaczęły spadać krople deszczu, mocząc moje długie, kruczoczarne włosy.

– Wypuśćcie mnie stąd! – krzyknęłam najgłośniej, jak tylko potrafiłam. Łzy złości i strachu napłynęły mi do oczu. Zacisnęłam mocno powieki, spod których wypłynęły słone krople, jakby chciały pomóc niebu zmoczyć mnie aż do suchej nitki. Byłam wściekła, przestraszona i bezsilna. Nie mogłam nawet otrzeć skrępowanymi dłońmi mokrych policzków.

Nagle usłyszałam śmiech.

Głośny, przeraźliwy śmiech.

Wstrzymałam oddech i powoli otwierając powieki, ujrzałam przerażającą, uśmiechniętą twarz, oddaloną od mojej o zaledwie kilka centymetrów.

Przede mną stał mężczyzna, na oko trzydziestolatek. Miał ciemnobrązowe, krótkie, pokręcone włosy. Patrzył na mnie niebieskimi, rozbawionymi ślepiami, jakby poprzez wgapianie się we mnie chciał wyczytać wszystkie informacje na mój temat. Był ubrany w gustowny, czarny garnitur i koszulę w kolorze swoich oczu.

– Gdzie ja jestem? – drżącym głosem przerwałam ciszę.

– A nie widać? – nadal rozbawiony mężczyzna odpowiedział pytaniem na moje pytanie. Z jego twarzy nadal nie zniknął sztuczny uśmiech, co mnie zirytowało.

Rozejrzałam się i nie zobaczyłam dosłownie nic. Nie znajdowaliśmy się na przyczepie, a w ciemnym pokoju. Dookoła nas trwał mrok, dusząc jedyne źródło księżycowego światła, którym było okienko umieszczone w suficie. Blada jasność padająca z góry oblewała moją osobę na tyle dostatecznie, by obserwator stojący naprzeciwko mógł ujrzeć widniejący na mojej twarzy niepokój.

– Zimno ci? – spytał po chwili. Jego głos nie brzmiał groźnie. Był… po prostu zwyczajny. Może nawet przyjazny?

– Nie, wcale – skłamałam. Było mi zimno. Cholernie zimno. W końcu miałam na sobie jedynie przemoczoną koszulę nocną, a z włosów kapały chłodne krople.

– Drżysz, jest ci zimno – stwierdził jakże spostrzegawczy brązowowłosy, odchodząc gdzieś w głąb ciemności. Po chwili wyłonił się z ciemni i rzucił mi czerwony koc.

– Mam związane ręce. Nie mogę się przykryć.

– Ach, najmocniej przepraszam! – odparł, wyraźnie zakłopotany swoim nietaktownym zachowaniem. Szczupłymi palcami złapał koc, otulając mnie miłym w dotyku, miękkim materiałem.

Zacisnęłam zęby, klnąc w myślach. Miałam nadzieję, że mnie rozwiąże…

– Powie mi pan, gdzie jesteśmy?

– W podziemiach – powiedział, jakby to było co najmniej oczywiste.

– W podziemiach czego?

– W podziemiach mojego domu. To taka… Gustownie urządzona piwnica – cofnął się o krok i skrzyżował ręce na piersi. – Chcesz coś jeszcze wiedzieć?

– To Armani? – wskazałam głową na garnitur. Chciałam sprawdzić reakcję rozmówcy. Mężczyzna wybuchnął szczerym śmiechem, co wcale mnie nie zdziwiło. Tego się spodziewałam.

– Tak, Armani. Jesteś spostrzegawcza – odpowiedział, gdy się uspokoił.

– Jak się pan nazywa?

– Wolfgang van Helfen – odpowiedział, nie odrywając ode mnie czujnych, niebieskich oczu.

– Jest pan Holendrem? – zareagowałam od razu. Wolfgang zawahał się.

– Jestem z Kanady, ale mam holenderskie korzenie. Imię dostałem po dziadku.

– Ile ma pan lat?

– Po co ci to wiedzieć?

– Z ciekawości. – Jego nagła czujność mnie przestraszyła. Spięłam się. Zapomniałam, że to nieznajoma osoba. Powinnam czuć się zagrożona…

– Dwadzieścia dziewięć.

– Moja intuicja po raz pierwszy mnie zawiodła – powiedziałam. W reakcji na zaskoczenie rozmówcy, wytłumaczyłam: – Dawałam panu trzydzieści.

Mężczyzna ponownie się roześmiał i obdarzył mnie ciepłym, radosnym spojrzeniem.

– Najwyraźniej wyglądam poważnie. Czy coś jeszcze cię interesuje?

– Owszem. Dlaczego jestem w piwnicy jakiegoś domu, przywiązana do niezbyt wygodnego krzesła, w mokrej i brudnej koszuli nocnej? – Po moim pytaniu jego wyraz twarzy gwałtownie się zmieniał. Z rozbawienia przeszedł w złość, zaskoczenie, finalnie zastygając w grymasie znudzonego dziecka. Przybliżył się do mnie, nachylając się lekko. Nasze twarze znów znajdowały się bardzo blisko siebie. Z obawą patrzyłam mu prosto w oczy. Cholera…

– Twoja koszula jest mokra, bo padał deszcz, a brudna, bo biel łatwo jest poplamić. Krzesło jak krzesło, nie sądzę, by było przesadnie niewygodne. Przywiązałem cię dla własnego dobra, ponoć jesteś nieobliczalna – van Helfen wyprostował się, poprawił marynarkę i ponownie skrzyżował ręce na piersiach.

– A dlaczego się tu znalazłam? – po tym pytaniu Wolfgang ponownie zniknął w ciemności. Wrócił ze szklanką whisky w ręku i upijając łyk, uśmiechnął się do mnie.

– Z własnej, nieprzymuszonej woli.

– Że co?

– Nic nie dzieje się bez przyczyny, Lilu – mężczyzna uniósł jeden kącik ust w imitacji uśmiechu. Patrzył na mnie pewnym wzrokiem, czekając na moją reakcję.

Siedziałam z rozchylonymi ustami, patrząc z niedowierzaniem na rozmówcę.

   „Lilu…”

Nie zdziwiło mnie to, że znał moje imię, a to, że je zdrobnił. Wolfgang jako pierwszy zwrócił się do mnie „Lilu”.

– Nie mam na imię Lila – powiedziałam, sama nie wiedząc, dlaczego.

– A jak?

– Sophie – być może dla poczucia bezpieczeństwa podałam imię swojej babci. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie potrafiłam do końca kontrolować swoich reakcji.

Wolfgang wyraźnie się zdenerwował, co wywołało u mnie powrót uczucia strachu.

– A tak dobrze ci szło… Polubiłem cię – mówił, obchodząc mnie wokoło. – Jesteś niezła. Ciężko cię zadziwić, na wszystko masz odpowiedź. – Upił ostatni łyk alkoholu i potłukł szklankę, rzucając ją za siebie. Jeszcze raz przeszedł dookoła mnie, tym razem zatrzymał się za moimi plecami. Złapał mnie za prawe ramię. – Lecz za kłamstwo się płaci… – szepnął wprost do mojego ucha.

Chciałam wydusić z siebie jakiekolwiek słowo, lecz ze strachu moje struny głosowe zastygły. Prawdopodobnie była to jedyna część ciała, która w tej chwili nie drżała z zimna i ogarniającego mnie przerażenia.

Van Helfen kroczył powoli, kierując się w stronę niezauważonej przeze mnie wcześniej dźwigni. Nie widziałam dokładnie, co robi. Kątem oka obserwowałam jedynie zarys jego postaci. Położył na niej dłoń i pociągnął, mówiąc:

– Do zobaczenia, Lilci…

Zerwałam się ze snu z uczuciem strachu.

***

– Cześć wam! – krzyknęłam na powitanie, wchodząc do kuchni.

Sięgając po słoik stojący na blacie i wsypując dwie łyżeczki zmielonej kawy, usłyszałam odchrząknięcie mamy, siedzącej przy stole.

– Liliano, zachowuj się – upomniała mnie. – Mamy gościa.

Spojrzałam przez ramię w ich stronę, po czym odwróciłam się gwałtownie.  Nie, to nie może być prawda .Z niedowierzaniem wytrzeszczyłam oczy.

– To nasz nowy sąsiad – dodała mama, uśmiechając się znacząco do siedzącej obok babci.

Mężczyzna wstał od stołu i podszedł do mnie. Wyciągnęłam dłoń w geście powitania, a on odpowiedział bardzo dobrze mi znanym uśmiechem i jak gdyby nigdy nic powiedział:

– Jestem Wolfgang van Helfen i doskonale rozumiem twoje zdumienie.

– L-Liliana.. – wydukałam, zdziwiona faktem, że facet z koszmaru właśnie stoi przede mną. Mama i babcia zaskoczone były tym, że po raz pierwszy w historii swojego życia zaniemówiłam.


P.S.: Zupełnie nie wiem, jak zrobić, by ten tekst wyglądał tak, jak powinien – czyli przede wszystkim z akapitami. Mam nadzieję, że ich brak Wam nie przeszkadza.

Zuza 😉

Przybory przydatne w planowaniu

Dzisiaj pomówię o tym, jakie przybory wykorzystuję w prowadzeniu mojego planneru.
Co najczęściej mam w łapkach, kiedy chcę wprowadzić zmiany w życiowym notesie? Co sprawdza się (według mnie!) najlepiej?

Planowanie towarzyszy mi nie od dziś!
Zapewne jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie, że to właśnie od plannerów zaczął się mój blog. Choć nie jest to prawdą, jednak właśnie od plannerowego wpisu na poprzednim blogu zauważyłam wzrost popularności mojej poprzedniej strony.

W dzisiejszych czasach trzeba planować. Choćbyście chcieli żyć bez planu i funkcjonować bez zapisu obowiązków – no nie da się, uwierzcie mi. To nieefektywne. Próbowałam!
Spośród wszystkich możliwości ja zawsze wybieram jak najbardziej podstawowe. Zamiast korzystać z kalendarzy i reminderów w telefonie czy na tablecie, od początku postawiłam na papierową wersję organizera życia. To mój sposób. Zaklepany.

Jako, że nie wystarczy stukać palcami w papier, by pojawiły się na nim zapiski – a żeby zaznaczyć daną informację nie wystarczy zmienić koloru czcionki – warto mieć przy sobie podstawowe przybory. Dzisiaj wybrałam propozycje, bez których mój planner nie do końca byłby mój.
Przy okazji zobaczycie, jak spersonalizowałam swój organizer!

1
UKOCHANE PRZYBORY
MANIACZKI PLANOWANIA
personalizacja; porządek i bałagan

DŁUGOPIS.
Wiem, jak banalnie to brzmi! Jednak myślę, że każdy, kto ma na swoim koncie przygodę z plannerami, kalendarzami i dziennikami podzieli moje zdanie.
Narzędzie piśmiennicze musi spełniać wiele wymagań!
Pisałam o tym już w poście o wskazówkach i poradach (TU!). Pisadło (i jego jakość) jest ważne!

długo — kopia.jpg

Przede wszystkim warto zaopatrzyć się w swój ulubiony długopis. Niektórzy potrafią precyzyjnie określić wszelkie wymagane przez siebie parametry i poszukiwać pisadła długi czas – ja nadal testuję i szukam!

W tym roku na pewno mogę polecić Wam wszelkie długopisy, których tusz można wymazać. Zupełnie nieświadomie stałam się posiadaczką długopisu z gumką i jestem bardzo zadowolona! Dzięki temu, że mogę wymazać z kartki to, co napisałam, w plannerze nie panuje bałagan. Jest to świetna opcja dla tych, których plany są niepewne, mogą szybko się zmieniać.

KOLOROWE CIENKOPISY.
Warto wybrać co najmniej trzy kolory cienkopisów, które będą Wam towarzyszyły przez cały okres planowania. Moje główne kolory na ten rok to zieleń, czerwień i fiolet (żeby przynajmniej kolor ich tuszu pasował do okładki!).

Jeśli preferujecie zakreślacze, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ich używać. Też je lubię!
Kolorowe zapiski na pewno szybciej rzucają się w oczy, szczególnie, jeśli wcześniej stworzymy klucz oznaczeń.

cienk.jpg

ZAKŁADKI INDEKSUJĄCE, KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE.
Od czasów liceum jestem ich wierną fanką.
Jeśli w Waszych plannerach brakuje wstążek i zakładek, zakładki indeksujące będą dobrym wyborem.
Karteczki samoprzylepne są dobrym uzupełnieniem; można je przeklejać w dowolne miejsca i zawsze mieć przed oczami najważniejsze obowiązki, informacje.
Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju ozdobne sticky notes i małe zakładki!

5

KLEJ.
Tego zawsze mi brakuje!
Klej w sztyfcie jest bardzo ważnym elementem porządkowania plannera.
Osobiście uwielbiam rozszerzać strony kalendarza o własne notatki, wklejone i złożone na jednej z jego kartek. Lubię też przyklejać kolorowe sticky notes w miejscu, gdzie na pewno zostaną na stałe.

Klej to zdecydowane must have mojego trybu plannowania.

ZAKŁADKI WŁASNEJ ROBOTY.
Mnie zakładek zawsze jest mało! W plannerze dobrze sprawdzają się zakładki na spinaczach, które wykonywałam w TYM WPISIE.

Przyznajcie sami; personalizacja plannera nie mogłaby być zakończona bez zakładek, które wykonaliśmy sami.

zakl.jpg

KOPERTY.
Do plannerów własnej produkcji zawsze przyklejałam kopertę z tyłu. To świetny schowek na przeróżne papierki, naklejki – wszystkie nieduże elementy, których nie chcemy zgubić.
Nie trzeba ich przyklejać – wystarczy mieć ją zawsze pomiędzy kartkami.

To nie wszystkie przybory, które wykorzystuję podczas uzupełniania kalendarzyka!
Wybrałam tylko te, które zdecydowanie pomagają mi w tworzeniu własnego dziennika obowiązków.

A Wy, macie swoje ulubione przybory do planowania?
Zróbmy wspólną listę przyborów! Może napiszecie w komentarzach, co u Was sprawdza się najlepiej?

Zuza 😉

 

Planner 2017: pierwsze wrażenie

Nie przewidzieliście się. Testuję zakupiony planner.
Nie jest to forma clickbaitani reklamy. Kieruje mną czysta ciekawość.

Podczas uporządkowywania mojego zeszłorocznego notesu, nagle do głowy wpadła mi owa myśl:
A co, gdybym w tym roku… nie zrobiła plannera? Co, jeśli papierowy organizer życia zamówiłabym przez internet?
Tak, Zuzanno. Zdradziłaś swoje zwyczaje. Nie, Zuzanno. Nie zaśniesz już spokojnie.

Zapytałam Askowiczów*, co o tym sądzą. Większość była zadowolona z pomysłu.
Test plannera w 2017 roku? Super sprawa. W końcu coś nowego. Szkoda, że nie kreatywnie. Połowiczne gratulacje, Kreaty…ekhem… Zuzku.

Negatywnie nastawiona do gotowców zdecydowałam się na projekt Magdaleny Tekieli. Eko-super-ultra-hiper planner. Na to wydałam swoje oszczędności.

Oto, co zobaczyłam, kiedy swe podwoje uchyliła skrytka paczkomatowa:

1.jpg

– O nie, Zuzanno – myślałam skrycie. – Nie zachwyci Cię gotowiec. Nie namęczyłaś się przy tworzeniu. Tylko kiwnęłaś paluszkiem nad ekranem telefonu, zatwierdzając przelew bankowy.
Daj spokój sobie. To zasługa sklepu.
Nie mogąc się doczekać do powrotu do domu, otworzyłam pakunek jeszcze w samochodzie. Wówczas… zachwyciłam się.

2.jpg

– Dlaczego, ach dlaczego oceniasz produkt przed wyciągnięciem go z papieru? Dlaczego tak pochopnie wyceniasz jego wartość? Toć nie wiesz, czy to szlachetny kruszec, czy podróba jego marna.
Rzeczy Same, moi Drodzy, pakują zamówione produkty jak mistrzowie. Musiałam Wam pokazać, w jak prosty i skradający serce sposób sprawili, że już teraz poczułam, jakby gwiazdka zalśniła nad mą łepetyną o caluteńki rok wcześniej.

Spodziewam się, że ku Waszej uciesze – kończę rozważania na temat paczkomatów i sposobu zapakowania przesyłki. Tym samym przechodzę do sedna, istoty, samej kwintesencji wpisu. Planner.

3.jpg

Jego wygląd mnie nie zdziwił, bo to ja wybrałam projekt okładki. Zdziwiło mnie porządne wykonanie.
Trzymając planner w ręku czuję, że posiadam konkretny produkt (wiecie: k o n k r e t n y).
Okładka wykonana jest z naprawdę grubej tektury. Mimo, że sam notatnik wydaje się być po brzegi wypełniony arkuszami nie byle jakiego papieru, zeszyt nie należy do ciężkich. Ba – jest naprawdę lekki. Naprawdę. Jak Boga kocham. Poważnie.**

pl od boku.jpg

W środku znajdują się kolejno:

kalendarz całoroczny,
kalendarz stały na cały tydzień,
planner na każdy dzień tygodnia,
kartki ze szkicownika (puste),
kartki do rysowania w perspektywie,
instrukcja: jak pozaginać kartkę z wiadomością,
miejsce na pozostawienie swojej wiadomości (zapewne po to, by pozaginać kartki),
kartki dzielące się na bileciki korespondencyjne (dzięki perforacjom).

4

6.jpg

Wnętrze tego plannera zdecydowanie nie jest przepakowane zbędnymi kartkami. Wydaje mi się, że w środku znajduje się tylko to, co powinno, a mianowicie; dużo miejsca na zapiski, szkice, plany.

Bardzo cieszę się z dwóch bajerów: gumki na zewnątrz okładki, dzięki której nie będzie się ona otwierać oraz wstążki wewnątrz, pełniącej rolę zakładki.
To dwa elementy, które wykorzystałam w swoim poprzednim plannerze.

5.jpg

Kalendarz szyty jest czarnymi nićmi, zewnętrzną część zszycia chroni gładki, dosyć śliski materiał nieznanego mi pochodzenia. Żywię głęboką nadzieję na to, że nie jest on pochodzenia naturalnego.

Ciekawym dodatkiem jest również linijka, która została nadrukowana na wewnętrzne strony okładki. To przydatny gadżet, dzięki któremu nie będę zła na siebie, kiedy zapomnę o linijce, a będę jej potrzebować (bywa tak naprawdę często!).

pl lmiarka.jpg

Podsumowując: Planner z kolekcji Magdaleny Tekieli wywarł na mnie dobre pierwsze wrażenie. Nie mogę przyczepić się do niczego, prócz materiału, którego pochodzeniem powinnam zainteresować się wcześniej.
Notes wydaje się być starannie wykonany. Nie brakuje w nim niczego.
Dzięki temu, że daty nie zostały dokładnie określone, planowanie można zacząć w dowolnie wybranym momencie.

Test zakupionego plannera będę przeprowadzać przez cały rok 2017.
W razie niespodziewanego wypadku zastrzegam sobie możliwość przerwania testu i kontynuowania go na innym produkcie.

TUTAJ zobaczycie mój poprzedni planner – wykonany własnoręcznie.
Możecie być pewni, że ten rok zaplanuję dokładnie – jak nigdy dotąd!

Co sądzicie o wybranym przeze mnie kalendarzu na niedawno rozpoczęty rok?
Czy odpowiada Wam ta nietypowa forma wpisu? 🙂

Zuza 😉

*Ask jest tymczasowo zawieszony. Nie wiem, kiedy się odwiesi.
**Wybaczcie, zainspirowałam się książką „Wybacz mi, Leonardzie”. Ja – w przeciwieństwie do głównego bohatera, rzeczywiście mówię teraz prawdę. Planner jest bardzo lekki jak na swoje gabaryty.

Artystyczne podsumowanie 2016 roku

Uwaga, czytelnicy! Styczeń mianuję miesiącem organizacji.

Czy i Wy wraz z rozpoczęciem nowego roku rozmyślacie nad tym, co wydarzyło się na przestrzeni minionych dwunastu miesięcy? We mnie drzemie poukładana, organizacyjna dusza, która coraz to mocniej i z coraz głośniejszym hukiem wyrywa się z nieuporządkowanego ciała – zawsze spadając bezpiecznie na wszystkie swe kończyny. To właśnie przez nią co roku słyszę zew, nawołujący do spędzenia chwili na myśleniu o niedalekiej przeszłości.

To pierwszy mój post w 2017 roku. Warto zacząć od początku – czyli właśnie od artystycznie-kreatywnego podsumowania.

Słowem wstępu zaznaczę, że artystycznie nie działo się u mnie dużo.
Dlaczego? – na to pytanie spieszę Wam odpowiedzieć.

 

ROK 2016
pół ołówka, dziesięć rozdziałów, blokada twórcza.

Wytrwali czytelnicy na pewno pamiętają, iż to właśnie w roku szkolnym 2015/2016 zrobiłam sobie przerwę od publikowania swych wypocinek w blogosferze. Dla niezorientowanych w temacie mam informację, która powinna rozjaśnić Wasze spochmurniałe twarze: w roku 2016 dumnie podchodziłam do matury. Jako, że nie lubię odczuwać tego specyficznego bólu serduszka; bo przecież mogłam zrobić więcej, niż robiłam, postanowiłam wówczas przyłożyć się do nauki języka polskiego i matematyki – mojego ukochanego oraz znienawidzonego przedmiotu (określenia do ich nazw możecie dobrać sami!).

RYSUNKI.
Przez wzgląd na przerwę w blogowaniu oraz przeznaczanie czasu na czytanie książek i rozwiązywanie matematycznych arkuszy maturalnych, ołówki (przez które, de facto, założyłam bloga) odłożyłam w kąt.

W trakcie 2016 roku tylko cztery prace zdołałam narysować do końca. Oprócz nich mam na swoim koncie kilka szkiców; niektóre po dziś dzień tkwią w teczce, inne zaś – już dawno przestały istnieć.

Moi drodzy, przedstawiam Wam cztery rysunki roku 2016 – spod ręki Zuzanny Maj.

11.jpgMehmet Gunsur jako Mustafa. Portret narysowany pod wpływem śmierci księcia w serialu „Wspaniałe stulecie”. Do dziś sądzę, że to moja najlepsza praca, jaką wykonałam do tej pory. Widać na niej wszystko to, co umiem narysować znośnie oraz każdy najmniejszy mankament. Kształcącym doświadczeniem jest patrzenie na ten portret teraz.

22.jpgBen Barnes jako Dorian Gray. Portret narysowałam pod wpływem książki i filmu o Dorianie. Był to niejaki test moich sił w rysowaniu bez rozmazywania twarzy wiszerem (bezpośrednio po narysowaniu Mustafy, którego twarz jest rozmazywana). Rysunek przypomina mi portret z filmu. O teście sił można przeczytać TUTAJ.

333.jpgNadege, czyli Nadzieja – wymyślona przeze mnie postać. Wracam do niej zawsze, kiedy nie wiem, co narysować. Tą pracą chciałam zwalczyć blokadę, która zrodziła się w mojej głowie. Nadzieję przedstawiłam jako sarnę, ponieważ kocham sarny i jelenie. Portret posiada drugie imię: ekstremalne niechlujstwo.

444.jpgNadzieja jako jeleń. Już wiecie, dlaczego. Praca nieudana, ale lubię ją – ponieważ jest inna od reszty. Jak widać, nie udało mi się zwalczyć blokady.

Posiadam również dwie prace, które bliskie były skończeniu – jednak artblock i poczucie, że nie podołam zakończyć „dzieł”, skreśliły moje zamiary. Oto dwa szkicorysunki roku 2016.

szkic 1.jpgXavier Dolan jako Xavier Dolan. Do jego twarzy powraca mi się równie dobrze, jak do postaci Nadziejki. Można odnotować kolejną próbę ucieczki od artblocka. Nieudaną.
Ci, którzy nie mają marzeń, umrą z zimna. Głębokie, co nie?

szkic 2.jpgAlfonso Herrera jako Hernando. Jego postać poznałam w cudownym serialu Sense8, który swoją drogą – szczerze polecam. Hernando ma wiele ciekawych spostrzeżeń na temat świata i uwielbia sztukę. A ja uwielbiam Hernando.

Jestem zadowolona z tego, że udało mi się w minionym roku narysować cokolwiek. Choć nie są to dzieła sztuki, dzięki którym nauczyłam się czegoś nowego w kwestii bazgrolenia – jakikolwiek postęp został odnotowany.
Za portretotwórstwo dałabym sobie czwórę z minusem.

ARTBLOCK.
Bardzo długo walczyłam z blokadą twórczą.
Nie jestem dumna ze strachu przed pustą kartką, którego nabawiłam się podczas roku nieobfitującego w rysunki.
W trakcie blokady, która trwa już ponad pół roku, zdołałam jedynie pobawić się w kolorowanie, próbować rysowania – i wyrzucać szkice oraz wykonać wiele projektów (z których jestem zadowolona!).
Za artblock, który jest wynikiem własnego wyboru, zdecydowanie należy mi się nagana ze wzmianką „sama tego chciałaś!”.

DO IT YOURSELF.
W tej kwestii mogę być z siebie dumna, prawda?
Na blogu pojawiło się o wiele więcej postów, przedstawiających moje (i nie tylko moje!) prace ręczne.

151.jpg

1pl.jpg

Starałam się pokazać Wam, że nie mając pomysłów, wielu przyborów ani predyspozycji, można bez problemu wykonać coś własnoręcznie. Podrzucałam Wam najprostsze propozycje, przy których wykonywaniu często śmiałam się bardzo głośno! Tak łatwych porad kreatywnych nie spodziewałam się udzielać 🙂
Mam nadzieję, że moje starania obfitowały w Wasze chęci i żywy zapał do tworzenia.
Za ręczne robótki i tutoriale do nich, które swą ilością wygrały z rysunkami, bez wahania daję sobie cztery plus. Mogło ich być nieco więcej!

OPOWIADANIE.
Ponownie wszyscy czytelnicy, którzy przybyli tutaj, pamiętając mój poprzedni blog – a właściwie jego początki, zdecydowanie będą wiedzieli, o co chodzi.
Rzucę Wam, gwoli przypomnienia, kilka słów:
Wolfgang, klarnet, Ford, koszmar, miłość, Liluś, drzewa.
Tak, moje Borsuczki. Skończyłam.

Czy wrzucę Wam moje pierwsze opowiadanie? Kto wie, być może! Niewykluczone, że zdecyduję się ponownie pokazać Wam, co siedziało mi w głowie; co takiego nawyczyniał Wolfie i skąd w garści słów wziął się klarnet.
Za to opowiadanie zdecydowanie należy mi się szóstka. Ja chętnie bym to przeczytała.

PODSUMOWUJĄC:
Patrząc na artystyczne oraz kreatywne dokonania, rok 2016 nie należał do najlepszych.
Moje myśli pochłaniała nauka i książki – na dekorowanie, rysowanie (a nawet wykończenie remontu pokoju!) nie miałam czasu. Późniejszy artblock zniszczył moje plany podniesienia się z artystycznej gleby i skierowania na rysowniczy piedestalik. 

Mam nadzieję na znacznie szerszy dorobek artystyczny w roku 2017, choć na chwilę obecną nie dostrzegam na niego żadnych perspektyw.
Kto wie, być może moje przeczucia co do nowego roku będą zupełnie inne i w podsumowaniu, które sklecę za rok wszyscy będziemy pokładać się ze śmiechu z owych wróżb?
Co będzie – zobaczymy!

Jak Wam minął świeżo zakończony rok 2016?
Jak postrzegacie wschodzący 2017 rok?

Zuza 😉

P.S.: Pamiętajcie, że nie posiadam już skanera i drukarki. Nie mogłam pokazać Wam prac w dobrej jakości, proszę o wybaczenie!