Prolog – „To tylko sen…”

Po długiej przerwie od opowiadania, postanowiłam w końcu do niego powrócić.

Jest to pierwsza część tworzonego na przestrzeni wielu lat opowiadania, na które pomysł zrodził się w mojej głowie jeszcze w okresie gimnazjalnym. Proszę o wyrozumiałość – szczególnie w pierwszych rozdziałach, a już zdecydowanie w sprawie prologu, który od początku istnienia historii o Wolfgangu van Helfenie pozostał niezmieniony.
Pisałam go za dzieciaka. Poważnie weźcie do serduszek moją prośbę 🙂

 

UWAGA!
Opowiadanie będzie powoli edytowane. Zmiany w rozdziałach będą się pojawiać stopniowo od dnia dzisiejszego, do ukazania się kolejnej części opowiadania.
Fabuła pozostanie niezmienna, szczegóły zmienią się nieznacznie.

Wpisy z opowiadaniem będą pojawiać się nieregularnie. Rozdziałów pierwszej części mam 10 (+ prolog i krótki epilog), jeden rozdział przypada na jeden miesiąc blogowania – jednak jeśli będziecie uparcie prosić o dodawanie, postaram się wrzucać rozdziały częściej. Opowiadanie jest skończone, mogę więc wrzucić je w każdej chwili (chcę Wam dawkować szok, doceńcie to!).

U góry stworzyłam zakładkę „opowiadania”, jeśli cokolwiek jeszcze stworzę, na pewno informację na ten temat będzie można w łatwy sposób odnaleźć w tym miejscu.

Miłego czytania! Nie zabijcie mnie za wybór nazwiska Wolfiego, imion i w ogóle – kunsztu pisarskiego mych młodzieńczych lat.


PROLOG

To tylko sen…

 

– Dobranoc, Liliano!

– Dobranoc! – odparłam grzecznie, odprowadzając mamę wzrokiem do drzwi.  Gdy tylko przekroczyła próg pokoju, ciężko westchnęłam.

Nienawidzę swojego imienia! Liliana, Liliana… Rodzice nigdy go nie zdrabniali, zresztą, nie tylko oni. Cały świat, wręcz wszechświat używa formy Liliana. Zrozumiałabym, gdyby mówiono do mnie tak ze względu na starszy wiek, ale do cholery, mam dopiero szesnaście lat! Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu przedmiotu, którym mogłabym rzucić, ale nic takiego nie leżało w zasięgu mej ręki. Klnąc pod nosem na nerwy, których nie mogłam rozładować, przykryłam się ciepłą, puchową kołdrą. Nie wiedząc kiedy, zasnęłam.

Obudziłam się w środku nocy, czując chłód na całym ciele. Otwierając szybko oczy z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie leżę w moim łóżku. Siedzę na drewnianym, lakierowanym krześle. Rozejrzałam się dookoła, by ocenić sytuację, a gdy zrozumiałam, gdzie jestem, ogarnął mnie strach. Krzesło stoi na odkrytej przyczepie dużej, szybko jadącej ciężarówki.

– Nie panikuj… Nie panikuj… – dodawałam sobie otuchy, szepcząc. Chcąc wstać poczułam, że mam związane ręce i nogi. Szarpnęłam się mocno, w celu uwolnienia się z grubych sznurów i w tym czasie z nieba zaczęły spadać krople deszczu, mocząc moje długie, kruczoczarne włosy.

– Wypuśćcie mnie stąd! – krzyknęłam najgłośniej, jak tylko potrafiłam. Łzy złości i strachu napłynęły mi do oczu. Zacisnęłam mocno powieki, spod których wypłynęły słone krople, jakby chciały pomóc niebu zmoczyć mnie aż do suchej nitki. Byłam wściekła, przestraszona i bezsilna. Nie mogłam nawet otrzeć skrępowanymi dłońmi mokrych policzków.

Nagle usłyszałam śmiech.

Głośny, przeraźliwy śmiech.

Wstrzymałam oddech i powoli otwierając powieki, ujrzałam przerażającą, uśmiechniętą twarz, oddaloną od mojej o zaledwie kilka centymetrów.

Przede mną stał mężczyzna, na oko trzydziestolatek. Miał ciemnobrązowe, krótkie, pokręcone włosy. Patrzył na mnie niebieskimi, rozbawionymi ślepiami, jakby poprzez wgapianie się we mnie chciał wyczytać wszystkie informacje na mój temat. Był ubrany w gustowny, czarny garnitur i koszulę w kolorze swoich oczu.

– Gdzie ja jestem? – drżącym głosem przerwałam ciszę.

– A nie widać? – nadal rozbawiony mężczyzna odpowiedział pytaniem na moje pytanie. Z jego twarzy nadal nie zniknął sztuczny uśmiech, co mnie zirytowało.

Rozejrzałam się i nie zobaczyłam dosłownie nic. Nie znajdowaliśmy się na przyczepie, a w ciemnym pokoju. Dookoła nas trwał mrok, dusząc jedyne źródło księżycowego światła, którym było okienko umieszczone w suficie. Blada jasność padająca z góry oblewała moją osobę na tyle dostatecznie, by obserwator stojący naprzeciwko mógł ujrzeć widniejący na mojej twarzy niepokój.

– Zimno ci? – spytał po chwili. Jego głos nie brzmiał groźnie. Był… po prostu zwyczajny. Może nawet przyjazny?

– Nie, wcale – skłamałam. Było mi zimno. Cholernie zimno. W końcu miałam na sobie jedynie przemoczoną koszulę nocną, a z włosów kapały chłodne krople.

– Drżysz, jest ci zimno – stwierdził jakże spostrzegawczy brązowowłosy, odchodząc gdzieś w głąb ciemności. Po chwili wyłonił się z ciemni i rzucił mi czerwony koc.

– Mam związane ręce. Nie mogę się przykryć.

– Ach, najmocniej przepraszam! – odparł, wyraźnie zakłopotany swoim nietaktownym zachowaniem. Szczupłymi palcami złapał koc, otulając mnie miłym w dotyku, miękkim materiałem.

Zacisnęłam zęby, klnąc w myślach. Miałam nadzieję, że mnie rozwiąże…

– Powie mi pan, gdzie jesteśmy?

– W podziemiach – powiedział, jakby to było co najmniej oczywiste.

– W podziemiach czego?

– W podziemiach mojego domu. To taka… Gustownie urządzona piwnica – cofnął się o krok i skrzyżował ręce na piersi. – Chcesz coś jeszcze wiedzieć?

– To Armani? – wskazałam głową na garnitur. Chciałam sprawdzić reakcję rozmówcy. Mężczyzna wybuchnął szczerym śmiechem, co wcale mnie nie zdziwiło. Tego się spodziewałam.

– Tak, Armani. Jesteś spostrzegawcza – odpowiedział, gdy się uspokoił.

– Jak się pan nazywa?

– Wolfgang van Helfen – odpowiedział, nie odrywając ode mnie czujnych, niebieskich oczu.

– Jest pan Holendrem? – zareagowałam od razu. Wolfgang zawahał się.

– Jestem z Kanady, ale mam holenderskie korzenie. Imię dostałem po dziadku.

– Ile ma pan lat?

– Po co ci to wiedzieć?

– Z ciekawości. – Jego nagła czujność mnie przestraszyła. Spięłam się. Zapomniałam, że to nieznajoma osoba. Powinnam czuć się zagrożona…

– Dwadzieścia dziewięć.

– Moja intuicja po raz pierwszy mnie zawiodła – powiedziałam. W reakcji na zaskoczenie rozmówcy, wytłumaczyłam: – Dawałam panu trzydzieści.

Mężczyzna ponownie się roześmiał i obdarzył mnie ciepłym, radosnym spojrzeniem.

– Najwyraźniej wyglądam poważnie. Czy coś jeszcze cię interesuje?

– Owszem. Dlaczego jestem w piwnicy jakiegoś domu, przywiązana do niezbyt wygodnego krzesła, w mokrej i brudnej koszuli nocnej? – Po moim pytaniu jego wyraz twarzy gwałtownie się zmieniał. Z rozbawienia przeszedł w złość, zaskoczenie, finalnie zastygając w grymasie znudzonego dziecka. Przybliżył się do mnie, nachylając się lekko. Nasze twarze znów znajdowały się bardzo blisko siebie. Z obawą patrzyłam mu prosto w oczy. Cholera…

– Twoja koszula jest mokra, bo padał deszcz, a brudna, bo biel łatwo jest poplamić. Krzesło jak krzesło, nie sądzę, by było przesadnie niewygodne. Przywiązałem cię dla własnego dobra, ponoć jesteś nieobliczalna – van Helfen wyprostował się, poprawił marynarkę i ponownie skrzyżował ręce na piersiach.

– A dlaczego się tu znalazłam? – po tym pytaniu Wolfgang ponownie zniknął w ciemności. Wrócił ze szklanką whisky w ręku i upijając łyk, uśmiechnął się do mnie.

– Z własnej, nieprzymuszonej woli.

– Że co?

– Nic nie dzieje się bez przyczyny, Lilu – mężczyzna uniósł jeden kącik ust w imitacji uśmiechu. Patrzył na mnie pewnym wzrokiem, czekając na moją reakcję.

Siedziałam z rozchylonymi ustami, patrząc z niedowierzaniem na rozmówcę.

   „Lilu…”

Nie zdziwiło mnie to, że znał moje imię, a to, że je zdrobnił. Wolfgang jako pierwszy zwrócił się do mnie „Lilu”.

– Nie mam na imię Lila – powiedziałam, sama nie wiedząc, dlaczego.

– A jak?

– Sophie – być może dla poczucia bezpieczeństwa podałam imię swojej babci. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie potrafiłam do końca kontrolować swoich reakcji.

Wolfgang wyraźnie się zdenerwował, co wywołało u mnie powrót uczucia strachu.

– A tak dobrze ci szło… Polubiłem cię – mówił, obchodząc mnie wokoło. – Jesteś niezła. Ciężko cię zadziwić, na wszystko masz odpowiedź. – Upił ostatni łyk alkoholu i potłukł szklankę, rzucając ją za siebie. Jeszcze raz przeszedł dookoła mnie, tym razem zatrzymał się za moimi plecami. Złapał mnie za prawe ramię. – Lecz za kłamstwo się płaci… – szepnął wprost do mojego ucha.

Chciałam wydusić z siebie jakiekolwiek słowo, lecz ze strachu moje struny głosowe zastygły. Prawdopodobnie była to jedyna część ciała, która w tej chwili nie drżała z zimna i ogarniającego mnie przerażenia.

Van Helfen kroczył powoli, kierując się w stronę niezauważonej przeze mnie wcześniej dźwigni. Nie widziałam dokładnie, co robi. Kątem oka obserwowałam jedynie zarys jego postaci. Położył na niej dłoń i pociągnął, mówiąc:

– Do zobaczenia, Lilci…

Zerwałam się ze snu z uczuciem strachu.

***

– Cześć wam! – krzyknęłam na powitanie, wchodząc do kuchni.

Sięgając po słoik stojący na blacie i wsypując dwie łyżeczki zmielonej kawy, usłyszałam odchrząknięcie mamy, siedzącej przy stole.

– Liliano, zachowuj się – upomniała mnie. – Mamy gościa.

Spojrzałam przez ramię w ich stronę, po czym odwróciłam się gwałtownie.  Nie, to nie może być prawda .Z niedowierzaniem wytrzeszczyłam oczy.

– To nasz nowy sąsiad – dodała mama, uśmiechając się znacząco do siedzącej obok babci.

Mężczyzna wstał od stołu i podszedł do mnie. Wyciągnęłam dłoń w geście powitania, a on odpowiedział bardzo dobrze mi znanym uśmiechem i jak gdyby nigdy nic powiedział:

– Jestem Wolfgang van Helfen i doskonale rozumiem twoje zdumienie.

– L-Liliana.. – wydukałam, zdziwiona faktem, że facet z koszmaru właśnie stoi przede mną. Mama i babcia zaskoczone były tym, że po raz pierwszy w historii swojego życia zaniemówiłam.


P.S.: Zupełnie nie wiem, jak zrobić, by ten tekst wyglądał tak, jak powinien – czyli przede wszystkim z akapitami. Mam nadzieję, że ich brak Wam nie przeszkadza.

Zuza 😉

Advertisements

6 thoughts on “Prolog – „To tylko sen…”

    1. Przeczytałam wcześniej, niż chciałam, nie mogłam się doczekać..:) Strasznie się cieszę, że dodajesz opowiadanie częściej niż planowałaś. Super :))
      Co do prologu: nie jest napisany źle ale trochę to czuć, że nie jest świeży. Ja ci to wybaczam, bo wiem, że będzie lepiej. Razi mnie tylko brak dialogowych myślników, mogłabyś to pozmieniać.
      Przyznam, że nie pamiętam dokładnie o co chodzi. Wiem, kim jest Wolfgang i Liliana i ten jego przyjaciel (nie pamiętam imienia xD) ale nie pamiętam konkretów 😀
      Czytam dalej!

      Polubione przez 1 osoba

      1. No teraz jest już trochę za późno na zmianę. Planuję wydać tę część w całości do ściągnięcia, tam na pewno już będą normalne myślniki i spacje. Tak samo, jak w drugiej części opowiadania 😉

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s