Rozdział I – „Szczerość to podstawa”

Dzieje się!

Zgodnie z zamierzeniem, wrzucam Wam pierwszy rozdział opowiadania.
To prawdopodobnie najdłuższy rozdział w historii mojego pisania, pełen historii bohaterów i faktów z ich życia. Mimo, że teraz napisałabym to zupełnie inaczej – nie zmieniałam go!

Nie podzieliłam też rozdziału na dwie części, ponieważ chcę, by każdy rozdział był publikowany w całości.

Jeśli chcecie, bym publikowała kolejne rozdziały częściej, mogę to zrobić. Koniecznie dajcie mi o tym znać w komentarzach!
Chętnie wniosę poprawki w tekst, jeśli gdzieś zauważycie błąd. Nie posiadam bety.

Miłego zmagania się z treścią!

Zuza 😉

P.S.: Przemyślałam sprawę dodawania rozdziałów. Raz w tygodniu, we wtorki – chyba to będzie dobre rozwiązanie? Co o tym sądzicie?


ROZDZIAŁ I

Szczerość to podstawa

 

Wolfgang kroczył dumnie przez zatłoczone ulice Londynu.

Wprowadził się tu niedawno, a mimo to zdobył już liczne grono wielbicielek, zauroczonych jego urodą i wdziękiem. Zdołał się do tego przyzwyczaić. Wszystkie koleżanki od zawsze podkochiwały się w nim, a dojrzałe kobiety nazywały go słodziakiem. Przez pewien czas krążyła plotka, iż podobno zaistniała idea, by założyć Fan club urody Wolfganga, lecz pomysł ten zaniknął równie szybko, jak szlachcic wyjechał z kraju.

Teraz – mierzący nieco ponad metr osiemdziesiąt, szczupły mężczyzna, nie mógł odpędzić się od kobiet. Dla zwykłego obserwatora, spacer Wolfganga mógł być porównany do przechadzki słodkiej, dojrzałej nektarynki przez krainę wygłodniałych muszek-owocówek.

Mimo starań pań, wdzięczących się na sam widok przystojnego szlachcica, Wolfgang nie chciał nawet na nie spojrzeć, choć ofert i próśb o spotkania miał więcej niż Książę angielski. Oprócz nich miał także ukrywany przez lata powód, dla którego odmawiał na zaproszenia kobiet…

Jego uroda, nazywana niegdyś przez babcię darem od Boga, była dla niego niesamowicie uciążliwa. Zawsze i wszędzie czuł na sobie spojrzenia pań, czego szczerze nienawidził. Fakty przeradzały się w obsesje. Przez ciągłe bycie obserwowanym, rzadko pokazywał się na mieście i zaszywał się w swoim dużym, pięknym domu, wyrabiając o sobie opinię tajemniczego młodzieńca, rzadko wychodzącego na spacery.

Gdy już nadarzyła się okazja wyjścia z kryjówki, Wolfgang bawił się uczuciami biednych, zauroczonych pań, czarujących go spojrzeniem. Pierwszym sposobem zabawy było nie reagowanie na wzrokowe zaczepki, lecz drugim, najczęściej przez niego używanym, było odwzajemnianie ich non stop.

Mężczyzna wszedł do kipiącego wakacyjnym odcieniem zieleni parku, mijając liczną grupę dzieciaków, bawiących się w berka. Taka – dla większości obserwatorów – zabawna scenka była dla niego jedynie przykrą torturą, przypominającą o własnym dzieciństwie.

Był jedynakiem, znacznie różniącym się od rówieśników. Jego ojciec, szlachcic bardziej ze stanu umysłu niż z pochodzenia, stanowczo zabraniał mu wychodzić na spotkania z kolegami. Z czasem znajomi zapominali o nim, ignorując go przy zapraszaniu gości na imprezy, czy nawet kompletowaniu drużyn piłki nożnej. Mimo wykreślenia ze społeczeństwa rówieśników, ojciec upierał się przy swojej racji, stale powtarzając: „To bandziory, a ty zasługujesz na królewskie towarzystwo, szlachcicu!”. Te słowa wzbudzały w młodym Wolfgangu nienawiść do swojego pochodzenia, później do kraju i jego rodaków, aż wreszcie do samego ojca. Marzył, by uciec z rodzinnego domu i zamieszkać samotnie za granicą. Marzenia stały się rzeczywistością w wieku dziewiętnastu lat, gdy bez słowa i pożegnań wyjechał do Kanady.

Ćwierkanie ptaków, które dobrnęło do jego uszu dopiero po kilku minutach spacerowania w stanie zamyślenia, momentalnie wprawiło go w dobry nastrój. Przechadzając się wokół dużej, kamiennej fontanny, ujrzał wreszcie długo szukaną wzrokiem nastolatkę, siedzącą na drewnianej ławce.

– Jesteś! – Liliana krzyknęła na powitanie, widząc zbliżającego się Wolfganga.

– Witaj, Lilu – odparł, siadając obok ślicznej dziewczyny. Zieleń jej oczu wpasowała się w wiosenny odcień liści, a czerń włosów tworzyła kontrast z białą koszulą, którą ubrała.

Sophie, babcia nastolatki mówiła często, że Liliana zdecydowanie mogłaby przytyć kilka kilogramów, dokarmiając ją ukochanym przez nią budyniem waniliowym. Dziewczyna złościła się na te słowa. Na komentarze dotyczące jej wyglądu zawsze odpowiadała tak samo: W genach mam zapisane metr pięćdziesiąt osiem wzrostu, nie zasłynę jako wielkolud. Muszę więc zapisać się ludziom w pamięci, jako szczupły krasnolud.

– Znowu ten garniak? – Dokuczanie było jednym z jej ulubionych zajęć.

– No cóż, moja droga. Klasa też ma swoją cenę. – Wolfgang uśmiechnął się, ukazując światu dołeczki w policzkach, zdobiące przystojną twarz.

– Czy chociaż raz mógłbyś zapomnieć o swoim szlacheckim pochodzeniu?

– Nie i nie mam takiego zamiaru – odparł bez wahania. – Takie zachowanie wpoił mi mój ojciec i najprawdopodobniej nie zdołam się go już pozbyć. Walka z wiatrakami nie leży w zakresie moich obowiązków.

– Och, te twoje oczy wprawiają mnie w zakłopotanie, mój drogi panie… – wyśpiewała nastolatka, chichocząc.

– To chyba oczywiste – parsknął z ironią.

– Czy ty się nie przeceniasz? – zmarszczyła brwi, niedowierzając.

– Czy to pytanie retoryczne?

– Zawsze odpowiadasz pytaniem… – westchnęła lekko.

– Najmocniej przepraszam, ujawnia się kolejny z moich nawyków. O czym chciałaś dzisiaj porozmawiać?

– Myślałam o tobie, o twojej przeszłości. Jeśli mogę być szczera… chciałabym zapytać o twoje wybryki, jakie…

– To może ja od razu zadzwonię po Borisa? – przerwał dziewczynie, pytając poważnie. Ta rozmowa staczała się na nieciekawy dla niego tor. – Oszczędź moich nerwów, proszę.

– Jak na razie, to ty denerwujesz mnie. Wiesz o mnie prawie wszystko, a swoją przeszłość chowasz gdzieś głęboko, bym tylko się o niej nie dowiedziała. Opowiedz cokolwiek. Ważne, byś gadał.

– Więc patrz… – zakomenderował mężczyzna. Złapał spojrzenie przechodzącej obok kobiety i nie spuszczał z niej wzroku. Młoda blondynka z okrągłymi policzkami spłoniła się uroczo, posyłając szlachcicowi prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych jej uśmiechów, na jaki było ją stać.

Liliana otworzyła szeroko oczy, z niedowierzaniem rozchyliła usta. Popatrzyła na przyjaciela, który – bardzo dumny z siebie, roześmiał się szczerze.

– I co to miało być? – wydusiła.

– Każda reaguje tak samo. Można je podzielić na dwie grupy…

– Dzielisz kobiety na grupy? – Coraz bardziej niedowierzający wzrok nastolatki nie robił na nim najmniejszego wrażenia.

-… Grupa pierwsza to te, które rumienią się i przesyłają mi ciepły uśmiech. Do grupy drugiej należą te, które udają niedostępne, lecz później i tak się za mną oglądają. – Szlachcic zaprezentował ponownie swój wyuczony „trick”. Kolejna zarumieniona ofiara – tym razem znacznie starsza od niego, elegancko ubrana pani w okularach, potknęła się o własne nogi, wpatrzona w oczy mężczyzny jak w najwspanialsze dzieło sztuki. Wolfgang nie zareagował.- Fascynujące jest to, że ja tylko patrzę. Nie uśmiecham się, nie zaczepiam. Siedzę i patrzę.

– Ten twój urok osobisty… Kurczę, chłopie, masz branie! – Liliana parsknęła, starając się uczynić ten dźwięk daniem głównym w swoim menu sarkazmu. Przyjaciel popatrzył na nią, jakby znudzony.

– To tylko zabawa, Lilu. Interesujące, co te panie wyprawiają, czując na sobie mój wzrok. Poza tym, każda reaguje tak samo… – Wolfgang zamilkł na moment, po czym uniósł wysoko brwi – Ty tak nie zareagowałaś, pamiętasz?

– Postaw się na moim miejscu! W niewytłumaczalny sposób, facet ze snów pił kawę w moim domu. To przecież podejrzane! – spojrzała badawczym wzrokiem na spokojnie siedzącego mężczyznę – Swoją drogą: to, że nie zareagowałam w pożądany przez ciebie sposób świadczy o tym, że…

– Starzeję się! – pisnął Wolfgang i wybuchnął niewymuszonym, zadziwiającym nastolatkę śmiechem. Van Helfen przez dwa miesiące ich znajomości przeszedł niewiarygodną przemianę i przede wszystkim nabrał dystansu do swojej osoby.

– Przykro mi, masz już dwadzieścia dziewięć lat.

– Ten czas szybko leci. Już dziesięć lat nie byłem w Holandii… – westchnął szlachcic.

– A rodzina? Przyjaciele? Nie szkoda ci?

– Niby czego? Pewnie wszyscy już o mnie zapomnieli i szczerze – nie chcę im o sobie przypominać. Poza tym, wstydziłbym się swojego tchórzostwa, którym pochwaliłem się, wyjeżdżając z kraju. Przyjaciół nigdy nie miałem i nie mam zamiaru mieć. – Stanowczym stwierdzeniem zakończył szlachcic i gdy dotarł do niego sens wypowiedzianego przed chwilą zdania, otworzył szeroko oczy.

Bez najmniejszego ruchu, parsknięcia, odpowiedzi, z rękami skrzyżowanymi na piersiach nastolatka siedziała wygodnie, plecami opierając się o drewniane belki ławki.

– Masz rację, Wolfi. Szczerość to podstawa.

– Nie to miałem na myśli… – westchnął, przecierając dłonią twarz. Nie przyszłoby mu do głowy, że jest dla dziewczyny kimś więcej, niż tylko sąsiadem.

Liliana trzymała wszystkich na dystans. Wiedział, że nie przyjaźni się ze swoimi rówieśnikami. Nie wątpił w to, że młoda dama ma jakiekolwiek uczucia – po prostu nie był świadom jej delikatności.

Och, zresztą: zawsze wszystko psuł, zawsze! Nie potrafił rozmawiać z ludźmi w normalny sposób. Sam alienował się przez długi czas i uciekał od otoczenia. Czego Lilka się spodziewała?

W każdym razie musiał naprawić sytuację.

– Spoko. Cenię sobie szczerość, przecież o tym wiesz. Poza tym, dobrze jest znać prawdę – powiedziała, zawiedziona. Nawet, jeśli Wolfgang nie miał na myśli tego, co od niego usłyszała, zabolało ją to. Nie było to dla niej przyjemne wyznanie.

– Chodziło mi o to, że nigdy ich nie miałem i… – no i jak tu wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji? Cholera! – Przecież wiesz, że jesteście moimi przyjaciółmi – van Helfen patrzył na nastolatkę błagalnym wzrokiem, mając nadzieję, że wybaczy mu jego paplanie bez sensu i niewyparzony język.

– Jesteśmy?

– Ty i Boris.

– Masz rację. Nastolatka i szofer to wymarzeni kandydaci na przyjaciół dla kogoś takiego, jak ty – podkreśliła sarkastycznie podświadomie czując, że nie był to najlepszy ruch.

Wolfgang nie wytrzymał.

– Wiesz, dlaczego uważam was za przyjaciół? Nie wiesz, nie możesz wiedzieć. Co ty wiesz? – krzyknął szlachcic. Energicznie wstał z ławki, zrobił kilka kroków i odwrócił się w stronę siedzącej, zaskoczonej jego wybuchem nastolatki – Dzięki mojemu ojczulkowi, który na każdym kroku przypominał mi o tym, że mam przodków-szlachciców, znienawidziłem swoje życie, rozpoczynając od rodziny. Później przyszedł czas na kraj, język, wszystko, co kojarzy się ludziom, gdy usłyszą nazwisko van Helfen.

– Nie znam Borisa… – wyszeptała Liliana, spuszczając głowę. Wstydziła się tego, że swoimi głupimi docinkami wprowadziła szlachcica w – lekko mówiąc – zły nastrój. Przez dwa miesiące ich znajomości spotykali się w każdej wolnej chwili, rozmawiając o sprawach z ich przeszłości, omawiając ważne problemy, czy nawet paplając tak bez sensu, że obydwoje tracili dech w piersiach ze śmiechu. Wolfgang był jej jedynym rozmówcą i słuchaczem. Żadne z nich nie podnosiło na siebie głosu. Nawet poważny temat przekształcali w żart, dzięki czemu ich rozmowom akompaniował cichy chichot mężczyzny, szczególnie wyczulonego na żarty szesnastolatki. Teraz jego krzyk wymiótł z głowy czarnowłosej wszystkie konstruktywne wypowiedzi.

– Nie wiesz, kto to Boris? – podejrzliwy Wolfgang zmrużył oczy i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, nadal stojąc przed uciszoną dziewczyną.

– Wiem, ale jeszcze go nie poznałam. – Nie wiedziała, co powiedzieć, by ponownie nie zdenerwować rozmówcy. Znalazła się w takiej sytuacji pierwszy raz, co dodatkowo odbierało jej resztki nadszarpniętej odwagi.

– To zaraz poznasz. – Van Helfen wyjął z kieszeni telefon, nazywany przez Lilianę superwypasistym. Odwrócił się do niej plecami, wzywając szofera i wydając mu kilka dodatkowych poleceń.

Liliana odeszła w stronę fontanny, umiejscowionej w centrum królestwa wiosennej zieleni. W głowie odbijały jej się głośnym echem krzyki Wolfganga. Miała w zamiarze ucieczkę do domu, lecz chęć poznania przyjaciela jej przyjaciela była mocniejsza. Widząc, że szlachcic zbliża się do niej, oddaliła się o kilka kroków. Nie wiedziała, o czym teraz z nim rozmawiać, chciała więc odwlec ten moment. Mężczyzna mówił dzisiaj otwarcie o swoim ojcu, a był to dla niego cichy temat. Jak na złość, musiało jej zabraknąć odwagi akurat w tej chwili.

– Boisz się mnie? – spytał wprost brązowowłosy, zawieszając na jej osobie badawczy wzrok. Nie chciał się denerwować. Na litość Boską, nie miał zamiaru krzyczeć, lecz słowne zaczepki nawiązujące do jego pochodzenia zawsze go denerwowały. Jeżeli Liliana mu nie wybaczy – będzie wściekły na samego siebie.

– Trochę. – Cholera! Nie miał się co dziwić. Nikt normalny nie wybucha złością z byle powodu.

– Nie ma czego – powiedział, starając się jak najskuteczniej pozbyć wahania z głosu. Sam nie był pewien swej prawdomówności.

– Wiem – przyznała nastolatka, patrząc mu w oczy, Wolfgang poczuł znaczną ulgę.

– Masz idealnie, prawie nienaturalnie zielone oczy – rzekł z uśmiechem. Kochał ten odcień zieleni tęczówki sprawiający, że Liliana zdawała się być osobą nieufną i niedostępną. Pozory jednak mylą!

– Na komplemenciki mnie nie wyrwiesz. – Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. Atmosfera zdawała się rozluźniać. – Ani na chatę, kasę, furę i ładne oczka.

– Nie śmiałbym. Nie lubię kobiet – wyznał, siadając na skraju fontanny. Rozejrzał się po parku w poszukiwaniu jego koła ratunkowego – Borisa, lecz nie widząc go na horyzoncie, zmierzył wzrokiem nastolatkę. Nie chciał, lecz musiał w końcu poruszyć ten temat. Osobiście – nie miał z tym żadnych problemów. Za stary był, by nie akceptować prawdy o sobie.

Lila wybuchnęła śmiechem, myśląc, że to żart. Jednak gdy zrozumiała sens słów przyjaciela i zobaczyła jego zabójczo poważny wyraz twarzy, śmiech powoli zaczął ucichać, nagle zmieniając się w kaszel.

– Jak to? – wykaszlała, spoglądając na niego z niedowierzaniem i siadając obok. – W jakim sensie?

– W sensie, że jestem homoseksualistą. – Uśmiech na twarzy Wolfganga sprawiał, że Liliana sama nie wiedziała, czy to wszystko jest prawdą, czy może kolejnym snem ze szlachcicem w roli głównej.

– Że co? – Mimo swoich podejrzeń co do homoseksualizmu Wolfganga, dziewczyna pierwszy raz słyszała takie wyznanie.

Nie mogła powiedzieć, że Wolfgang jej się nie podobał. Stwierdzenie, że Liliana jest odporna na jego urok byłoby ogromnym niedopatrzeniem. Nie było to dla niej naturalne – prawie trzydziestoletni facet do tej pory kradł jej serce stojąc za ekranem telewizora. Nie spodziewała się, że zauroczenie o wiele starszym od siebie mężczyzną mogłoby przytrafić się jej w prawdziwym życiu.

Nie spodobało jej się to uczucie. Choć czuła, że Wolfie woli mężczyzn, z każdym dniem upewniała się w przekonaniu, że jest to ktoś stworzony dla niej.

Z homoseksualizmem nie miała wiele do czynienia w swoim krótkim życiu. Geje… trochę ją obrzydzali, ale nie ośmieliłaby się walczyć z naturą ludzką.

– Jestem HO-MO-SEK-SU-A-LI-STĄ. Jestem gejem, pedałem… – Szlachcic rozejrzał się dookoła ciekaw, czy ktokolwiek patrzy na niego w tej chwili. Ucieszył się stwierdzając, że ani jedna osoba nie zatrzymuje wzroku na jego osobie.

– Wolfie, ale ty…

– Ja jestem ze szlacheckiego rodu, niszczę swym zboczeniem dobre imię przodków. Jam jest Wolfgang Trzeci van Helfen, ja muszę mieć żonę – dokończył za nastolatkę, przypominając sobie słowa ojca.

– Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że ty… – urwała, zastanawiając się, czy pytania na ten temat nie będą kolejnym źródłem krzyków. – Ty nie masz partnera. Bo nie masz, prawda? – Dziewczyna zamyśliła się, przywołując do głowy postać Borisa. Nie, nie-e…

– Teraz już nie.

– A ta zabawa w patrzenie?

– Zabawa to zabawa. Gdyby nie obserwacje, które prowadzę, nawet nie spojrzałbym na te kobiety. Ani palcem bym ich nie tknął, nawet tym małym u nogi. A poza tym wiesz… – urwał, z grobową miną czekając na reakcję dziewczyny. Miał nadzieję, że ta domyśliła się, o co chodzi. Chciał, by dokończyła za niego. Wstydził się o tym mówić, historie swojego życia zatrzymywał dla siebie. Jedyną osobą, która słyszała każdą opowieść, był Boris.

– Nadal szukasz? – zawahała się, mówiąc cicho. Wolfgang skinął głową.

– Dokładnie. Czekam na czarodziejski moment, w którym poznam kobietę swego życia. Taką, od której nie będę mógł oderwać wzroku, nie będę mógł przestać słuchać i nie będę mógł bez niej żyć. Każda chwila spędzona razem będzie przyjemnością, nie męczarnią.

– Powiało romantyzmem. Mocne.

– Chcę wrócić do domu i powiedzieć: Ojcze, oto moja narzeczona. – Teatralnie uniósł rękę w górę.

– A twój tata wie o tym… – urwała, zastanawiając się, czy w ogóle powinna drążyć ten temat.

– O mojej orientacji? – Dziewczyna w odpowiedzi skinęła głową twierdząco. Wolfgang uśmiechnął się. – Wie.

– Jak na to zareagował?

– Było ciężko. Rodzice zauważyli, że ciągnie mnie do chłopców w ten inny sposób. Ojciec widział, że nie biegam za dziewczętami jak rówieśnicy. Jednak gdy postanowiłem wziąć się w garść i wyznać prawdę o moich… – przerwał na moment, szukając w głowie odpowiedniego, neutralnego, słowa – … zapędach, zdawał się być zaskoczony. Później wpadł w szał. Zresztą, nie dziwię mu się. Jestem niszczycielem rodu, jak sam mnie nazwał.

– Przykro mi… – szepnęła Liliana, nie wiedząc, co w tej chwili lepiej jest zrobić: powiedzieć cokolwiek, czy milczeć. Widok smutnego wyrazu twarzy Wolfganga przeważył szalę na rzecz rozmowy. – Ja cię kocham takiego, jakim jesteś, przyjacielu – powiedziała, kładąc mu dłoń na ramieniu w geście wsparcia. Zdawała sobie sprawę, że szlachcic musiał podjąć wielki trud. Chciała dać mu do zrozumienia, że zaakceptowała go oraz, że ma w niej wsparcie. Nie potrafiła sama siebie przekonać, czy takie proste gesty w pełni zobrazują jej chęć pomocy.

– Liluś, czy gdzieś w twym serduszku nie tkwi zalążek młodego homofoba?- spytał z rozbawieniem mężczyzna. Dziewczyna uśmiechnęła się zadziornie, nie przerywając mu. – W twych żyłach nie płynie eliksir nienawiści?

– Owszem, może i płynie. Miałam pewne podejrzenia przez ten cały czas, ale ty nie dałeś się sprowokować. – Nie powiedziała całej prawdy i tylko prawdy. Nie mogła wyznać mu swego zauroczenia – wiedziała, że przyjaciel się nie domyśli.

– Jak to? – krzyknął zaskoczony szlachcic. Tego się nie spodziewał. Starał się ukryć wszystkie możliwe oznaki i zachowywać się jak najnormalniej. Długo pracował nad tym, by ludzie nie wiedzieli o jego orientacji i myślał, że ciężka harówa przynosi wyczekiwane skutki. Cholera, Liliana, mimo młodego wieku, była lepszym detektywem niż Holmes.– Co mnie zdradziło?

– Szczegóły i stereotypy, dużą rolę odegrało moje przeczucie. – Uniosła bezwiednie ramiona, szukając dobrej odpowiedzi na pytanie. – I ten wszechobecny Giorgio Armani!

– Na golfa nie chodzę w Armanim! – Niemal pisnął, chcąc pozostawić dla siebie przynajmniej cień szansy na to, że nie wygląda jak stuprocentowy gej w oczach wszystkich sąsiadów. Próbował chronić się mentalnie od oskarżeń, rzucanych jego idealnemu nie-gejostwie. Cóż, najwyraźniej cała praca poszła jednak na marne.

– Spokojnie, normalni ludzie nie widzą niczego złego.

-Alee… – Mężczyzna nie miał pojęcia, co ma robić, co mówić, by nie wyglądać jak gej. Nie, żeby źle się z tym czuł, ale nie chciał, by wszyscy wiedzieli, kim jest i co robił w przeszłości. Swojej natury się nie pozbędzie, ale musi stwarzać wokół siebie jakieś pozory normalności – tak, jak chciał jego ojciec.

– Alee co? Nie masz napisane GEJ na czole. Jest dobrze, baby na ciebie lecą. Nawet stereotypów w twojej postawie nie sposób dostrzec! – Nastolatka starała się pocieszyć przyjaciela. Żywiła nadzieję na zachowanie ich dobrej relacji, choć wiedziała, że ciężko będzie uporać się z jej pierwszym poważnym i jednocześnie nieudanym zauroczeniem.

– Nie lubię stereotypów, moja odmienność zapewne z tego wynika – odparł z bezradnością wymalowaną na twarzy. Widząc zbliżającego się w ich kierunku mężczyznę pomachał mu, czując coraz większe podekscytowanie spotkaniem jego i Liliany.

Wolfgang był ciekaw, czy jego przyjaciel otworzy się przed nią równie szybko, jak on. Gdzieś głęboko w środku skrywał nadzieję, że tak.

– Daję mu trzydzieści – szepnęła nastolatka, obstawiając wiek szofera. Van Helfen zaśmiał się cicho.

– Intuicja zawodzi! – Wstał i wyciągnął rękę w geście powitania. Przyjaciele uśmiechnęli się do siebie szczerze, ściskając mocno swe dłonie. – Liliano, to jest Boris. Boris, to jest właśnie mój Liluś.

– Witaj, Liluś – rzekł uśmiechnięty mężczyzna, podając jej dłoń. Dziewczyna była wyraźnie zaskoczona wyglądem Borisa i nawet nie starała się tego ukryć. Stojący przed nią nowy znajomy zdecydowanie nie wyglądał na szofera.

Mężczyzna – krótkowłosy blondyn o jasnej karnacji i postawnej budowie ciała, stał się centrum uwagi dziewczyny, która już zdążyła pozazdrościć mu niebieskiego koloru oczu. Proste, białe zęby ukazały się w przyjaznym, jakby krzepiącym uśmiechu. Dodatkiem do całości był prosty, zwykły nos i lekko odstające uszy. Ogólnie rzecz biorąc, Boris wyglądał najnormalniej na świecie.

– Witaj, Boris.

– Muszę was na sekundkę przeprosić – powiedział van Helfen, wystawiając palec na wysokość wzroku Liliany i pokazując superwypasisty, trzymany w drugiej dłoni. Musiał poudawać, że ma ważny telefon. Chciał sprawdzić, jak z jego osobistym Holmesem w skórze nastolatki poradzi sobie nowopoznany przez nią mężczyzna.

– Znasz Wolfiego od dwóch miesięcy… – szofer chciał w prosty sposób rozpocząć rozmowę.

– Krótko, ale znam. A pan, ile go zna?

– Będzie trochę ponad dziewięć lat. Ale nie mów do mnie „pan Boris”. Jestem tylko Boris.

– Dobrze, tylko Boris – odparła z uśmiechem. Miała utworzony w głowie plan rozmowy, choć już teraz, po wymianie zaledwie kilku słów, wiedziała o nim zbyt wiele, jak na zwyczajną szesnastolatkę.

– Wolfgang opowiadał mi wiele o tobie.

– Mi o tobie też i przyznam szczerze, że inaczej sobie ciebie wyobrażałam. – Odpowiedni dobór słów, ton głosu.

Boris uśmiechnął się, jakby wcale nie zdziwiły go te słowa.

– Gdyby ktoś kiedyś postawił przede mną lustro i powiedział, że jestem szoferem, sam  nie mógłbym w to uwierzyć  – zażartował, powodując niecodzienny i niekontrolowany wybuch śmiechu młodej rozmówczyni. I cały plan diabli wzięli… – Ze względu na przyjaźń mam pewne udogodnienia, na przykład strój – tłumaczył, obracając się na pięcie dookoła własnej osi. – To nie jest typowe wdzianko szofera bogatego człowieka.

Liliana obejrzała go od stóp do głów. Na pierwszy rzut oka trudno było stwierdzić, czym naprawdę zajmuje się stojący przed nią mężczyzna.

Ubrany w granatowy podkoszulek z naszywkami znanej sportowej marki, który opinając się na ramionach i klatce piersiowej, uwydatniał wypracowane mięśnie. Jeansowe spodenki za kolano, odsłaniały łydkę, wyglądającą niczym z przeszczepu od biegacza.

– Byłeś sportowcem? – Pytanie Liliany było zbędne. Wypracowane mięśnie nóg i rąk dawały oczywiste skojarzenie, że ten człowiek zajmował się sportem. Mimo wszystko dziewczyna postanowiła upewnić się w swoich domysłach.

– Zajmowałem się sportami zimowymi – przyznał z podziwem. Wolfgang mówił mu o zdolnościach nastolatki. Słyszał, że jest nad wyraz inteligentna oraz, że potrafi wyciągnąć przeróżne wnioski z sytuacji – najczęściej trafne. Nie spodziewał się jednak, że młoda jest na tyle odważna, by po niecałych pięciu minutach odważyć się na pytania o jego ciężką przeszłość. – Skąd to wiesz?

– Siła inteligencji – odparła z uśmiechem. Chciała udowodnić mężczyźnie, że sama się tego domyśliła. Jego niedowierzanie wyczułaby z odległości kilometra. – Skończyłeś karierę, bo miałeś problemy z kolanem, prawda?

– C-co? – zająknął się zaskoczony.

Oczom Liliany nie umknie nawet najmniejszy szczegół. Na prawym kolanie Borisa widniała nie rzucająca się w oczy blizna, ponadto nieco różniło się ono od lewego kolana. Nastolatka, usatysfakcjonowana i zaskoczona szybkością pojawienia się swoich domysłów w głowie, chciała znać przyczynę.

– Masz problemy z kolanem. Nie znam się na tym, ale wnosząc po wyglądzie twojej prawej nogi, mogła to być mocna kontuzja, mam rację?– spytała i dopiero podczas chwili ciszy spojrzała w załzawione oczy mężczyzny.  Zagalopowała się? Niewątpliwie. Nie spodziewała się tej reakcji. Nie chciała płaczu.

Boris dostał wyraźne polecenie od Wolfganga:  To przebiegła bestia. Nie daj jej się dowiedzieć o tobie wszystkiego. Na pewno nie na pierwszym spotkaniu. Walcz, Boris!  Obiecał mu, że powalczy, jak przystało na sportowca.

Zimne spojrzenie Lilki nie dało mu stać bez głosu, choć miał nadzieję, że albo nagle zaniemówi, albo dziewczyna ogłuchnie.

– Byłem w tym naprawdę dobry – szepnął smutno. – Urodził mi się synek, Louis. Szczęście, trwające dwa tygodnie, choć wszystko było w porządku. Zmarł w niewytłumaczalny dla mnie sposób, z dnia na dzień zniknął, nie było go z nami. Nic tego nie zapowiadało, Lou po prostu się udusił. Gdy zmarł, moja żona Claire wpadła w depresję, a ja wtedy wziąłem się w garść. Nie myślałem jednak o skutkach. Jakby w amoku zapomniałem o jednym, najważniejszym fakcie. Od dziecka miałem problemy z prawym kolanem. W moim przypadku nie można ciężko ćwiczyć. Treningi były specjalistycznie dopasowane, niektóre z ćwiczeń surowo zabronione…

– Załatwiłeś się – Liliana przerwała pełen smutku i szczerości monolog. Kątem oka widziała uśmiechniętego Wolfganga, stojącego z rękami założonymi na piersiach. Pewnie sądził, że Boris wytrwa dłużej i zarazem cieszył się, że nie jest jedynym przegranym w walce z urokiem nastolatki, który działał tak samo na wszystkich Zauważył, że czarnowłosa jak zwykle nie drąży tematu. Możliwe, że wyczuła, że zbyt daleko posunęły się żale wylewnego Borisa lub już teraz wiedziała o nim wystarczająco wiele. Szlachcic z góry obstawił drugą możliwość.

– Hej, gołąbeczki! – przerwał wreszcie rozmowę dwójki jego przyjaciół. Z nieskrywaną radością poklepał szofera po ramieniu. – Boris, jesteś mi winny dychę.

– Och, racja – westchnął blondyn. – Jestem zbyt uległym draniem – wyciągnął banknot z tylnej kieszeni spodni i wręczył go w szlachecką dłoń van Helfena. Widząc pytający wzrok towarzyszącej im nastolatki, chciał ukryć się za plecami przyjaciela, lecz ten nie pozwalał mu na to i oddalał się od niego maleńkimi kroczkami.

– Założyliście się o to, czy ulegnie? – spojrzała na mężczyzn i zaśmiała się w duchu, jednak nie chciała tego pokazać. – Wy kłamcy, oszuści! – ciągle krzycząc pomaszerowała w kierunku bramy parku.

– Skąd ona to wszystko wie? – Boris skierował pytanie do szlachcica. Zaskoczona mina zdawała się zagościć już na wieki na jego twarzy.

– Siła inteligencji, kochany. Siła inteligencji – odparł, razem z przyjacielem podążając wolnym krokiem za oburzoną nastolatką.

Advertisements

6 thoughts on “Rozdział I – „Szczerość to podstawa”

    1. Moja opinia: Zupełnie nie widzę w tym rozdziale niczego złego. Nie czuję przeskoku pomiędzy stylem pisania ówczesnym a aktualnym, nie wiem jak to będzie po zapoznaniu treści najnowszych rozdziałów 🙂
      Jak na tak młody wiek, napisałaś to naprawdę dobrze Zuza. Ładnie scharakteryzowałaś Wolfganga, dorzuciłaś historię z jego dzieciństwa. Dramat Borisa jest zasmucający. Lubię Borisa 😀
      I lubię Wolfganga. Lilianie nie ufam, za poprzednim razem też jej nie udałem 🙂
      Jeśli to jest jeden ze starych i słabych rozdziałów, nie chcę wiedzieć jak dobre są nowe.
      Czytało się lekko i przyjemnie. W końcu to twój tekst.
      A wtorki będą ok 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  1. O kurczę, brat mi powiedział o opowiadaniu na blogu i dopiero teraz wpadłam. Przeczytałam, pamiętam to z poprzedniego bloga! Zuziałku piszesz bardzo dobrze! Lekko mi się to czytało. Rozdział nie jest za długi, ja czuję niedosyt 🙂 Nie mogę się doczekać do kolejnego rozdziału. Jestem ciekawa, co dalej będzie się działo, aż tak dobrze nie pamiętam fabuły a i z tego co pamiętam, nie wstawiłaś całości wtedy.
    Pisz tak dalej! Całuski :*

    Polubione przez 1 osoba

  2. Wolfgang i jego niewyparzony jęzor! „Ani palcem bym ich nie tknął, nawet tym małym u nogi.” – to ukradło moje serce ❤
    Bardzo szybko się to czyta. Widziałam jeden błąd (mała litera zamiast dużej) ale nie mogę tego teraz znaleźć (jak znajdziesz to możesz poprawić xD).
    Liluś jest inteligentna. To na pewno. Nie uwielbiam jej, jest ponura i sztywna. Ale nic do niej nie mam.
    Boris miał ciężką przeszłość… szkoda mi go. Strata dziecka musiała być dla niego ciosem, chciał zapomnieć o bólu i aż przeciążył staw… Jest taki sympatyczny, polubiłam go! "Gdyby ktoś kiedyś postawił przede mną lustro i powiedział, że jestem szoferem, sam nie mógłbym w to uwierzyć" – no kochany 🙂
    Za to Wolfgang… Wolfgang, jego styl bycia, pewność siebie, to skrada moje serce. I jest gejem. Zawsze najcudowniejsi mężczyźni w opowiadaniach są gejami! Jak mogłaś mi to zrobić 😥 Nie pamiętałam, że on jest gejem! Zupełnie mi to wypadło z głowy.
    No nic, czytam dalej :))

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję za komentarz! Postaram się znaleźć tę małą literkę 😉
      Każdy bohater ma swój charakter, więc każdy czytelnik powinien znaleźć swojego ulubieńca – ale Wolfganga lubi jak na razie większość!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s