Rozdział II – „Słów nie rzuca się na wiatr”

Przed Wami drugi rozdział mojego opowiadania.

Wiecie, że pisanie go zajęło mi aż sześć lat? Obliczeń dokonałam, dzieląc siły z siostrą Katarzyną (serdecznie pozdrawiam, zapewne to czyta!).
Macie liczbowy pogląd na to, jak bardzo w przeciągu lat zmieniał się mój język i styl pisania.

To opowiadanie jest starsze od moich pierwszych rysunków i szkiców! Przeżyło trzy komputery! Czadowo!

Zapraszam Was do lektury, ochoczo zachęcam do zostawiania komentarzy. Nie wahajcie się wytykać mi błędy! Wszystkie chętnie poprawię.

Zuza 😉


 

     ROZDZIAŁ II

Słów nie rzuca się na wiatr

 

Ciemność. Dookoła trwa mrok.

Postanowiłem zrobić kilka kroków w przód i z przerażającej czerni powoli wyłaniały się różne typy drzew.

Las?

Tak, zdecydowanie jestem w lesie. Znalazłem się tu w nieco pokrętny, paranormalny sposób…

Po spacerze z Lilką i Borisem postanowiliśmy odpocząć na werandzie mojego domu. Siedzieliśmy aż do zachodu słońca. Dobrze pamiętam nasze śmiechy, rozbrzmiewające po ogrodzie i całej ulicy. Gdy przyjaciele zdecydowali, że na nich już pora, ja zakończyłem pełen przygód dzień toastem, który przerodził się w alkoholowy wieczorek. Później wziąłem szybki prysznic , po którym skierowałem się do salonu, by opróżnić buteleczkę i…

I chyba film mi się urwał.

Teraz zaskakujący, paraliżujący strachem horror pojawił się w moim życiu.

Nie wygląda to na whisky-doprawianą, poalkoholową wycieczkę do wyimaginowanego świata stworów i upiorów. Ciemność wygląda jak najbardziej realistycznie.

– Wolfgang! – Usłyszałem zza pleców, a serce niemalże wyskoczyło z mojej piersi. Zrobiłem kilka niepewnych kroków przed siebie nie wiedząc, czy w tej sytuacji w ogóle powinienem się poruszyć.

– Wolfgang, stój! – Ktoś ponownie krzyknął. Głos niezwykły. Ciepły. Pełen stanowczości i zarazem mający w sobie nutkę niepewności. Zdecydowany i jednocześnie nieśmiały oraz… męski. Oddychając ciężko, jakby po biegu, zbliżał się do mojej osoby bardzo szybko.

Przystanąłem, lecz bałem się odwrócić. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać.

Chwila ciszy.

Nic nie słyszałem, w zamian widziałem coraz lepiej. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do ciemni. Wstrzymałem oddech, by nie zagłuszyć idealnej pauzy, trwającej dookoła.

– Pauza w muzyce jest ważna – szepnął głos, stojący tuż za moimi plecami.

Głos? Niechaj i nazywa się Głos. Tylko po cholerę mówi coś o muzyce? Czyta mi w myślach? Słyszy je, widzi? Rumieńce wykwitły na moich gładkich policzkach. – Pauza to też melodia. Czasami piękniejsza od dźwięków – dokończył łagodnie.

Ciarki i gęsia skórka zalały moje ciało. Głos stoi kilka centymetrów za mną, traktując mój kark ciepłym oddechem. Bałem się. Chyba pierwszy raz w życiu, obawy i wyobraźnia były silniejsze od pewności siebie. Przed oczami stanęły mi najciemniejsze obrazy, najstraszniejsze postacie, istniejące jedynie w wymyślonych historiach filmowych i  książkowych. Demony, wampiry, duchy a nawet wiedźmy – to wszystko jest niczym w porównaniu do horrorów, które jak na złość teraz powstawały w mojej głowie.

– Hej, boisz się? – Drżący głos mężczyzny stojącego za mną zdawał się być zaskoczony. Skąd on tyle o mnie wie? Czyżby to Lilka w męskim wydaniu?

– A ty co byś zrobił? – spytałem z wyrzutem, niestety nieskładnie. Zawsze tracę zdolność myślenia w stresujących sytuacjach.

– Ja odwróciłbym się… na twoim miejscu. – PHI! Takiemu to łatwo powiedzieć. Widzi mnie i najprawdopodobniej, jakimś niewiarygodnym cudem zna.
Przecież to może być najzwyklejszy na świecie upiór. Duch, demon, wiedźma – po niej i tak nie widać płci.

– Boję się. – szepnąłem.

– Spokojnie, nic ci nie zrobię. Może fakt, że spotkaliśmy się w lesie, na dodatek w nocy, jest przerażający, ale ja się nie boję.

– Ty mnie widzisz… – parsknąłem mimowolnie. Nie wiedzieć czemu, chciałem dodać debilu, lecz na szczęście się  powstrzymałem.  Obraźliwe określenia niekorzystnie wpływają na obraz szlachcica, który powinien dbać o swoje słownictwo, jak to mówił ojciec.

– Masz rację. Jednak wiem, że nie masz się czego obawiać… Mamy czas, nie pospieszam cię.

– Daj jakiś znak – powiedziałem stanowczo, sam nie wiedząc, czemu. Nie rozumiem siebie. Być może to ten księżyc, jego niezwykle błękitne światło padające na ziemię tak na mnie działa…

– Nie wiem, na co…

– Jakikolwiek znak! – przerwałem, żądając durnych znaków. Po cholerę mi znaki? Jestem głupcem. Ta sytuacja jest irracjonalna. Dlaczego mówię coś wbrew swej woli?

Poczułem ciepło na plecach. Oddech Głosu przyspieszył nerwowo i zatrzymywał się na moim karku coraz częściej, rzadko pozwalając zimnemu, nocnemu powietrzu go dotknąć. Jego dłonie powędrowały na moje ramiona, trzymając mnie stanowczo. O cholera! Tego się nie spodziewałem. Dłonie Głosu wydawały się być całkiem ludzkie. Chciałem, by mnie puścił i zarazem miałem nadzieję, że tego nie zrobi. Ciepło bijące z ciała tego mężczyzny sprawiało, że czułem się spokojniej.

– J-jesteś człowiekiem? – palnąłem z głupim wyrazem twarzy. Dobrze, że stałem tyłem do Głosu, inaczej zapewne odszedłby rozczarowany, a tego teraz nie chciałem.

– Nie, jestem szympansem – warknął sarkastycznie. – Oczywiście, że jestem człowiekiem. Myślałeś inaczej? – Człowiek. Mężczyzna, intrygujący. A gdzie czarownice, demony, wampiry? Gdzie moja śmierć na miejscu?! – Myślałeś inaczej… – Westchnienie mocno mną wstrząsnęło. Dlaczego on był zawiedziony? Czego się spodziewał?

Zimno nagle atakujące mój kark było złym znakiem, zdecydowanie. Nie chciałem, by odchodził i niestety nie wiedziałem, jak go zatrzymać. Dłonie rozluźniające uścisk na moich ramionach przeważyły szalę.

– Bo się bałem i jestem głupi. Poza tym… – zatrzymałem ciepłe, delikatne dłonie swoimi. Ot, jaki stanowczy potrafię być! – Poza tym ten las płata figle mojej wyobraźni. Wiele horrorów rozkręcało się w lesie, a moje życie to istny horror.

– O tym opowiesz mi później – powiedział Głos. Co to ma znaczyć? Chwila ciszy zmusiła mnie do tego, bym się odwrócił.

Niech pauza trwa dłużej.

Głos okazał się być przystojnym młodzieńcem. Patrzenie na niego o dziwo nie sprawiało mi bólu.
W tej szaleńczej partyturze trzeba wprowadzić zmiany – fermata nad każdą z pauz, podpisaną wpatrywanie się na siebie nawzajem.
Niemal jęknąłem ubolewając nad tym, że błękitny mrok pozwalał mi tylko częściowo oglądać stojące przede mną istne dzieło natury.

Oczy w jasnym kolorze – może niebieski? – wpatrywały się w moją twarz intensywnie i z podziwem. Przydługawe kosmki blond włosów opadały mu na czoło. Pełne usta i prosty nos idealnie pasowały do reszty. Nieco wyższy ode mnie, chodzący ideał!

– Ty… Ty się chłopie chyba musisz odganiać od kobiet… nie?

– Od mężczyzn też, ale bez przesady – uśmiechnął się szczerze. Wsunął na nos srebrne, okrągłe oprawki z grubymi szkłami, które od razu zaczęły zsuwać się na sam jego czubek.

– Troszeczkę skromności i będziesz idealny, wiesz?

– Och, nie praw mi morałów, Wolfgang  – jęknął niezadowolony. Właściwie jak to jest, że on zna moje imię? – Musisz już iść – zatrzymał wzrok na mojej klatce piersiowej, przybierając smutny wyraz twarzy. Zabawnie ruszał ustami, lecz nie wydobył z siebie żadnego dźwięku przez dłuższą chwilę. Z trudem powstrzymałem wybuch śmiechu. – Obiecaj mi coś. Jesteś w stanie…

– Oczywiście! – odkrzyknąłem momentalnie, przerywając. Głos podniósł wzrok i spojrzał prosto w moje oczy.

– Obiecaj, że nie przejdziesz obojętnie. Że zrobisz wszystko, byśmy rozmawiali – odczekał chwilę, jakby zbierając myśli. – Wszystko zrozumiesz jutro. Rób to, co zaplanowałeś. Ja sam się odnajdę. Mimo trudów rób to, co uważasz za stosowne w stosunku do mnie. To będzie naprawdę trudne zadanie… Musisz dać sobie radę, obiecujesz?

– O-obiecuję… – odparłem po chwili. Z mojej głowy kipiały obawy i brak odwagi. Nowość.

– Więc teraz leż. Do zobaczenia – powiedział i… zniknął.

O cholera…

Zerwałem się z łóżka i podszedłem do okna. Przeczesałem dłonią włosy, zamyśliłem się na moment.

 „Rób to, co zaplanowałeś…”.

Chwyciłem za mój superwypasisty telefon. Nawet, jeśli to wszystko nie ma sensu, zaplanowałem dzień już wczorajszego wieczoru…

– Dzień dobry, mówi Wolfgang van Helfen. Zastałem Lilusię?

***

Boris zerwał się z łóżka, słysząc zamieszanie na parterze domu.

Dźwięk tłuczonego szkła i krótki, wstrzymany krzyk.

W pośpiechu ubrał granatowy szlafrok i zbiegł po schodach, ledwo chroniąc się od przewrotki na najniższym stopniu. Na szczęście jego kondycja i refleks utrzymywały się ciągle na wysokim poziomie i zapanował nad chwilową utratą równowagi.

Wbiegł do kuchni i gdy zobaczył swoją żonę, poczuł ukłucie w sercu.

– Claire… – wyszeptał i podszedł do niej powolnym krokiem, starając się ominąć kawałki stłuczonej porcelany.

Kobieta wyglądała przerażająco. Klęczała na zimnych płytkach kuchennych, ubrudzona krwią z pokaleczonych dłoni. Oczy miała zapuchnięte i podkrążone, jakby płakała całą noc. Do tej chwili po delikatnych, szczupłych policzkach spływały łzy.

– Osiem lat – szepnęła, pozwalając mężowi otrzeć czystą ściereczką policzki i ręce. Wiedziała, że ten nie uwierzy jej, że to był wypadek. Nie starała się nawet kłamać.

– Mnóstwo czasu, nie myśl o tym – Boris odparł z odegranym uśmiechem, jak to miał w zwyczaju w powtarzających się coraz częściej, podobnych sytuacjach. W ciszy wycierał skaleczone dłonie Claire, starając się powstrzymać zbędne pytania i komentarze, cisnące mu się na usta. Najwyraźniej skaleczyła się, chcąc pozbierać resztki porcelanowej zastawy, wmawiał sobie. – Teraz pozbieramy szkło i już wszystko będzie dobrze, prawda? – Uśmiech nie zniknął z jego twarzy mimo, że w duszy wył z rozpaczy nad stanem ukochanej.

– Prawda  – odparła, starając się zapanować nad płaczem, lecz łzy same napływały jej pod powieki w zatrważająco szybkim tempie. Spuściła głowę na dół, tym samym zasłaniając twarz długimi, pofalowanymi włosami w kolorze ciemnego blondu.

W pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka telefonu. Szofer wstał leniwie i skierował się do źródła dźwięku, uparcie grającego ciągle tę samą melodyjkę.

– Boris, masz fuchę na dziś – pasujący do nastroju panującego w domu, przerażający głos Wolfganga zabrzmiał po drugiej stronie słuchawki.

– Gdzie i o której? – spytał, krzywiąc się na widok Claire, bawiącej się kawałkami stłuczonego szkła.

– Za jakąś godzinę u mnie. Weź plażowe przebranie.

– Wolfie? – Boris odczekał chwilę i bez namysłu stwierdził, że lepszego wyjścia z zaistniałej sytuacji nie ma. Nie wie, jak to zniesie, lecz nie miał wyboru.

– Tak, kochanie? – wyśpiewał radosny szlachcic.

– Jedzie z nami Claire.

***

Liliana nie spała. Po prostu leżała i udawała, że nie słyszy nawoływań babci ani rozlegającego się od dłuższego czasu stukania kamyków w jej szybę, które nasilało swoją moc i częstotliwość uderzeń z każdym rzuconym pociskiem.

– Lilka, obudź się! – wrzasnęła Sophie, wkładając za drzwi tylko głowę. Wolała nie ryzykować i nie wchodzić do środka całym ciałem. Liliana była nieobliczalna i mogła próbować ustrzelić babcię z procy albo rzucić na nią wszystkie brudne ubrania, leżące w kącie za drzwiami.

– Świat jest zły. Nie budzę się – odburknęła nastolatka, przykrywając głowę kołdrą. Nie była typem rannego ptaszka, ósma rano była dla niej środkiem nocy.

– Pan Wolfgang dzwonił. Zabiera cię gdzieś nad jakieś wody, więc bądź miła. Niech ci się zdarzy raz na pół roku. – Babcia zajrzała za drzwi pokoju i skrzywiła się na widok brudnych, zużytych ubrań. – Może upierz jednak te majciory, bo jak nie będziesz miała w czym chodzić, to ja ci moich nie pożyczę.

– Babciu? – zawołała.

– Tak, kochanie?

– Wyjdź i nie wracaj więcej – znów mruknęła dziewczyna, odkrywając głowę i uśmiechając się miło. Dźwięk kamyków uderzających w szybę irytował ją niezmiernie i wiedziała, że ani krzykiem, ani prośbami o zakończenie strzelaniny nic nie zdziała.

Po kolejnej chwili pełnej uderzeń kamieni uznała, że więcej tego nie zniesie.

Wydała z siebie ryk, przepełniony zdenerwowaniem i żalem, po czym wstała i skierowała się do łazienki, omijając przeszkody stworzone z jej własnych ubrań, porozkładanych na miękkim dywanie.

***

Wolfgang czekał na werandzie swojego domu, siedząc spokojnie na wygodnym, wyłożonym poduszkami, wiklinowym krześle. Co jakiś czas upijał po łyku zimnej, gorzkiej kawy ze swojej ulubionej szklanki, wywiezionej z rodzinnego domu. Rozglądając się na obydwie strony ulicy za każdym przejeżdżającym samochodem uśmiechnął się, widząc pojazd jego przyjaciela.

Nie był szczęśliwy, że Boris zabiera ze sobą Claire, jednak był w stanie zrozumieć sytuację. Ona była wariatką, tacy nie mogą zostawać długi czas w samotności.

Nie lubił żony swojego szofera, zresztą ona również za nim nie przepadała. Bardzo przeszkadzała jej jego odmienna orientacja seksualna, przez co nigdy nie mogli się dogadać.

Wolfgang zdążył się do tego przyzwyczaić. Nie wszyscy byli otwarci na ludzi, którzy nie mieścili się do ram określonych zachowań. Miał nadzieję, że Liliana zniesie narzekanie i znudzone jęki rozpieszczonej panny Claire, on sam miał zamiar zająć się rozmyślaniem nad dziwnym snem i cierpliwymi oczekiwaniami na obiecane mu spotkanie.

Nawet, jeśli to był tylko zwyczajny sen, on postanowił robić sobie nadzieje. W końcu trzeba mieć jakiś cel w życiu.

Silnik niebieskiego Focusa zamruczał przyjemnie, parkując przed dużym domem szlachcica.

– Kwiatuszków nie przejechałem? – krzyknął uśmiechnięty Boris, wysiadając z samochodu. Pozostawił żonę samą, która najwyraźniej była nie w humorze. Siedziała z rękami założonymi na piersiach i nawet nie spojrzała w stronę van Helfena. Żeby lepiej słyszeć ich rozmowę, otworzyła drzwi.

– Nie skarżą się, więc prawdopodobnie są całe – odparł Wolfgang, podchodząc do przyjaciela i witając się z nim ciepłym uściskiem. Ten gest zmusił wciąż siedzącą w samochodzie kobietę do zmierzenia go wzrokiem. Spojrzała na niego groźnie, za co odwdzięczył się miłym uśmiechem.

Na horyzoncie pojawiła się Liliana. Ubrana w czarne spodnie, białą, prostą koszulkę na ramiączkach i czarne sandały na płaskiej podeszwie, wlokła za sobą niedużą sportową torbę z ekwipunkiem, utykając na krawężniku. Na szyi jak zwykle spoczywał złoty łańcuszek z zawieszką – serduszkiem. Była to jedyna pamiątka po zmarłym ojcu.

Boris jako pierwszy ruszył z pomocą niezdarnej nastolatce, co było powodem wyjścia Claire z samochodu.

– Lilci, jak ty pięknie dziś wyglądasz! – krzyknął szlachcic, otwierając bagażnik Forda.

– Jak zwykle. Jak chcesz, mogę coś z wyglądu oddać tobie… – dziewczyna mówiła znudzonym głosem, przeczesując chudymi palcami gęste, długie włosy. – Bo mnie wszystko tu nie pasuje.

– Jesteś piękna, nie przesadzaj – powiedział zawsze uśmiechnięty Boris, zamykając wszystkie torby  w bagażniku. Stanął obok swojej żony i pociągnął ją za rękę, wyciągając ją siłą z wozu, by Liliana mogła zobaczyć ją w pełnej okazałości. – A to jest moja żona, Claire.

– Miło mi panią poznać – odparła chłodno nastolatka, uważnie obserwując każdy ruch kobiety. – Ja jestem Liliana.

– Zdążyłam się zorientować – Claire z wymuszonym uśmiechem podała młodszej dłoń, po czym od razu schowała się do samochodu, czekając na reakcję swoich wyjazdowych współtowarzyszy.

– To jak, jedziemy? – krzyknął Boris, otwierając drzwi zdębiałej Lilianie. Wolfgang jak opętany wpadł do samochodu, zajmując swoje miejsce i szybko zapinając pasy.

– Och, my darling, Och, my darling

Och, my darling Clementine.

You are lost and gone forever

Dreadful sorry, Clementine  – wyśpiewał szlachcic z rozbawioną miną, usatysfakcjonowany wzdychaniem żony Borisa.

Ta wycieczka będzie najprawdopodobniej jedną z najzabawniejszych wycieczek w jego życiu.

Advertisements

5 thoughts on “Rozdział II – „Słów nie rzuca się na wiatr”

    1. Trochę to pamiętam, ale nie wszystko. Od razu czuć porozumienie i iskry pomiędzy Wolfgangiem i Głosem. Romantyk Wolfie napalił się na romanse jak z filmu, aww 😀 Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć postaci Głosu, szkoda, że opowiadanie pojawia się raz w tygodniu 😀 Kolejne pytanie: dlaczego Clementine?

      Polubione przez 1 osoba

  1. Znowu jestem zaskoczona. Sen Wolfganga – łał, nie wiedziałam, że on jest tak delikatnym mężczyzną. Od razu czuć, że nie radzi sobie ze stresem xD
    Głos. Zupełnie go nie pamiętam. Pewnie zapowiada się nowa postać? 🙂 Wydaje się być ciekawy i zabawny, ten szympans mi to podpowiada 😀
    Biedny Boris, dlaczego wybrał taką wariatkę! Ma problemy, powinna się z tego leczyć chyba. Samookaleczenie + dziwne zachowanie przy jego przyjaciółce. Nie lubię jej, jest dziwaczna. Rozumiem, strata dziecka… ale to jej nie usprawiedliwia. Pora się podnieść Claire i żyć jak normalny człowiek.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s