Rozdział VI – „Prawda nie ukoi bólu”

Jesteśmy już w drugiej połowie opowiadania!

Na początku wspominałam, że ma ono tylko 10 rozdziałów. Moim zamierzeniem jest stworzenie kolejnej dziesięciorozdziałowej części. Być może następna część również ujrzy światło dzienne, stay tuned 😉

Zapraszam do lektury!

Zuza 😉

 


ROZDZIAŁ VI

Prawda nie ukoi bólu

 

Pomysłem szalonego Daniela było, by wszyscy usiedli razem na trawniku.

Sam dziwił się sobie, że się na to zgodził. Dookoła było dużo miejsc siedzących; wolne ławki, murek fontanny, okoliczne kawiarenki i lokale, cieszące się dobrą opinią mieszkańców. Mimo wszystko nie mógł się oprzeć i musiał sprawić mu przyjemność tym drobnym gestem.

Daniel powiedział: „Usiądźmy na trawie! Razem, w kółeczku, tak będzie najlepiej!”

Dziewczęta skrzywiły się na jego pomysł. On zaś uśmiechnął się szeroko, powiedział: „Dobra myśl, usiądźmy na trawie!”, choć sam nie rozumiał, dlaczego wybrali akurat zielone połacie parku.

Gdy długie palce chłopaka przeczesały równo ścięty, żywy dywan, jego twarz rozpromieniła się i mężczyzna nie miał sumienia, by zmieniać zdanie.

– Poukładajmy wszystkie fakty! – podjął głos jako pierwszy, stanowczo patrząc w stronę  siedzącego na przeciwko szlachcica, Liliany i Judy – dokładnie w tej kolejności. Gdy mówił, mocno gestykulował, jak gdyby tańczył lub dyrygował. W jego ruchach tkwiła moc ekspresji i finezji.

– Wolfgang wcale nie jest jedynakiem, ma starszą siostrę, którą przed nim ukryto – głos Liliany wyrwał go z zamyślenia i nagle poczuł się jak stary, nieokrzesany, zakochany kundel. Spojrzał na nią, chcąc skupić się na rozmowie, choć przychodziło mu to z dużym trudem. Czuł ogromną potrzebę, by obserwować chłopaka. – Tyle wiemy o Claire.

– Pisała do mnie dzisiaj jakaś kobieta… – powiedział.

– To byłam ja – wytumaczyła Judy.

– Judy jest ode mnie, nie ma nic wspólnego z twoją rodziną.

– Skąd macie mój adres mailowy?

– Z Facebooka. Masz wyłączoną opcję wiadomości, nie mogłam do ciebie napisać tam.

– Twoje nazwisko, numer telefonu i dokładny adres zdobyłem od wuja. Jest komendantem. – Melodyjny głos Daniela uspokajał go. Gdy poruszał ustami, ich kąciki unosiły się delikatnie. Przy nawet najmniejszym skinięciu głową, włosy opadały mu na wysokie czoło – szybkim ruchem odgarniał je na bok, przeczesując kosmki szczuplutkimi palcami. Miał zadbane ręce i równiutko przycięte paznokcie. Blada, aksamitna skóra przykrywała widoczne kostki, ścięgna i żyłki.

– Po co wam Wolfie? Byłeś na niego wściekły w Vinceville. – Nagle głos Liliany wydawał mu się być zbyt ostry, głośny i męczący dla jego uszu. Aż skrzywił się, gdy na nią spojrzał.

Długie, nieuczesane włosy nieudolnie zakrywały lekko odstające uszy. Nie zauważył wcześniej, że nastolatka ma suchą skórę. Był świadom tego, że nie dbała o wygląd, jednak w zestawieniu z Aniołem, piękna do tej pory Lili okazała się być zdecydowanie nieidealna.

Wszystko go w niej drażniło. Od nieistotnego wyglądu, po sposób, w jaki wymawiała jego imię.

– Wolfgang przyśnił mi się w nocy. – Och, Daniel mówił zupełnie inaczej; był jednocześnie męski i subtelny. – Śniło mi się, że zabił Judy. Utopił ją w jeziorze Vince, a ja chciałem być na niego zły. Nie mogłem, bo zawrócił mi w głowie… we śnie.

– Niesamowite… – wyszeptał rozmarzony Wolfgang, wpatrzony w chłopaka. Ten rzucił mu zalotne spojrzenie spod długich rzęs.

– Wolfie, ogarnij się. – Liliana kolejny raz wybudziła go z transu. Musiała go ocucić. – Mogę cię prosić na moment? – Uśmiechając się do nowopoznanych rozmówców, nie czekała na jego reakcję. Mocno pociągnęła go za rękę i popchnęła w stronę fontanny.

– Co ty wyprawiasz? – spytała groźnym głosem. Patrzyła na niego z wściekłością.

– To mój ideał… – westchnął.

– Właśnie widzę! – zdenerwowana odwróciła go tyłem do chłopaka. – Gapisz się na niego maślanym wzrokiem, a on tylko chce nam pomóc.

– I po to mnie szukał? Nie wydaje mi się.

– Nie! Może i nie po to, ale twoje zachowanie krępuje nas wszystkich. Nawet on jest zmieszany! – skinęła głową na Daniela. Nic nie zostało z ich wspólnego flirtu.

Na jego policzkach wykwitły delikatne rumieńce. Głowa spuszczona w dół, nerwowe, nieokrzesane ruchy rąk, gdy chciał poprawić nieustannie wpadające do oczu włosy. Szlachcic myślał, że ten złamie sobie chude palce, kiedy zdejmował i na nowo zakładał stylowe okulary. Zmarszczył czoło.

– Przed chwilą wydawało mi się, że ze mną flirtował.

– Świetne spostrzeżenie Wolfie. Wydawało ci się – powiedziała, po czym szybko wróciła do chłopaka i Judy.

Szlachcic ponownie poczuł się tak, jakby coś wyssało z niego całe pokłady energii. Stał tak jeszcze chwilę – zmieszany, smutny i zły na samego siebie. Przypomniał sobie słowa ojca; „Powinieneś mieć siłę, by zawsze móc zmierzyć się z prawdą, Szlachcicu” i również powrócił na swoje miejsce na trawie. Musieli podzielić się faktami i ustalić wspólną wersję wydarzeń. Sam nie wiedział, kto jaką rolę odgrywa w jego życiu.

Żadne z nich nie miało pojęcia, co postanowił zrobić Boris.

***

Klucze do domu Wolfganga dostał wcześniej, niż posadę szofera.

Szofer – to za dużo powiedziane. Nie był jego szoferem, był przyjacielem. Mógł zawozić go, gdzie tylko szlachcic sobie zażyczył, robić mu zakupy, płacić rachunki i mimo to nigdy nie potrafił nazwać się jego służącym. Żartobliwie często mówili do siebie tak, jakby był podwładnym, jednakże łączyła ich silna więź. Przyjaźń silniejsza, niż niejeden związek… niż związek jego i Claire.

Poznali się niedługo po przyjeździe Wolfganga do Kanady. Młody szlachcic uciekł z domu, bo było mu źle w rodzinnym środowisku. Wyzwolony i szczęśliwy, bogaty, chciał podbić świat swoją pewnością siebie i urokiem osobistym.

To był najlepszy wieczór w jego życiu. Skoczył 232 metry, tym samym pobijając rekord skoczni i po dziś dzień fani pamiętają go jako mistrza i legendę. Stał na podium, gdy nagle podbiegł do niego młody mężczyzna z aparatem.

– Można prosić o zdjęcie? Byłeś niesamowity! – wykrzyczał, walcząc z ochroną. Odpychał ich z całych sił, o dziwo dając sobie radę. Nie mógł nie zareagować, miał świetny humor i uwielbiał kontakt z wielbicielami.

– Proszę go zostawić – zwrócił się do mężczyzn. – Zapraszam, chodź bliżej!

Uśmiechnął się szeroko, pozując do zdjęć. Jedno z chłopakiem, kolejne z medalem. Pełen energii, elegancko ubrany facet chyba szalał na jego punkcie.

– Jak się nazywasz?

– Wolfgang – wypowiedział, obserwując reakcję sportowca. Ten zdębiał.

– Wolfgang? Jak to… nie rozumiem. – Przyjrzał mu się uważnie, przypominając sobie swój wczorajszy sen. Młody chłopak, który zaczepił go na ulicy informując, że będzie w tarapatach i jego jedynym ratunkiem będzie właśnie on.

– Tak, wiem. To dziwne. Wszystkim najpierw się śnię.

– Musimy poznać się bliżej – stwierdził, uśmiechając się szeroko. Podał mu rękę. – Jestem Boris.

Uśmiechnął się na to wspomnienie. Od tego momentu stali się nierozłączni. Początkowo chciał wykorzystać jego propozycję pomocy ze snu. Przywiązali się do siebie zbyt mocno, by się rozstać.

Dobrze wiedział, gdzie Wolfgang ukrywa wszystkie skarby. Szybkim krokiem wspiął się po schodach, pokonując po trzy stopnie na raz. Skręcił w lewo. Kroczył szerokim korytarzem w stronę sypialni mężczyzny.

Naparł na ciężkie, ciemne, drewniane drzwi, nie zamykając ich za sobą. Rozejrzał się dookoła.

Duże łóżko, na którym leżała biała, delikatna narzuta, zajmowało większą część pokoju. Nad łóżkiem okno, przyozdobione drogimi zasłonkami dobrej jakości. Kremowe ściany zdobiły nieduże obrazy, utrzymane w chłodnych, ciemnych barwach. Na stoliku przed łóżkiem stała szklanka i dwie napoczęte butelki whisky. Cały Wolfie – pomyślał Boris, uśmiechając się. Od zawsze miał słabość do tego trunku.

Po lewej stronie stała duża szafa. Nie było to dla niego wyzwaniem, codziennie ćwiczył, podnosząc ciężary. Trenował sztuki walki i tańczył. Sport miał we krwi. Kiedyś był skoczkiem narciarskim.

Bez problemu odsunął mebel wahając się, czy na pewno znajdzie to, czego potrzebuje. Jedno spojrzenie na ścianę upewniło go i uradowało.

W ścianę wbudowany był sejf.

Nie znał szyfru, lecz mógł go odgadnąć. Dziewięć lat przyjaźni, dziesięć lat bez domu. Data urodzenia. Miał wiele możliwości i wahał się. Dla zabezpieczenia sejfu, szlachcic był gotów zmieniać szyfr częściej, niż skarpety. On wiedział, że zmienia go każdego roku.

09 – 10 – 21 – 09, skucha.

21 – 09 – 10 – 09, znowu źle. Jeśli teraz się pomyli, być może nie będzie miał już szans.

Uporządkował liczby rosnąco. To w stylu Wolfganga.

09 – 09 – 10 – 21. Bingo! Rozradowany otworzył drzwiczki, wyciągnął szkatułkę i w zamian za nią włożył kopertę.

Kiedyś Wolfgang będzie musiał tu zajrzeć.

Zamknął sejf, ustawił szafę w jej pierwotnym położeniu. Mocno wciągnął powietrze nosem, upajając się zapachem perfum przyjaciela po raz ostatni.

Wychodząc z jego domu, zauważył Claire, siedzącą na werandzie.

– Co ty tutaj robisz? – spytała go, jednak nie odpowiedział. Zamknął drzwi i szybko pobiegł w stronę samochodu.

Długo patrzyła za znikającą sylwetką sportowca. Zrozumiała, że dowiedział się o wszystkim, ale nie zrobiło to na niej wrażenia.

Nauczyła się żyć w kłamstwie, ale on zasługiwał na prawdę. Był naprawdę dobrym człowiekiem.

***

– Nie uważacie, że to szaleństwo? – wysapał, zmęczony.

– Nie! – Usłyszał trzy zgodne głosy.

– To nie ma sensu. Przecież niczego się nie dowiemy, oni mnie nie znoszą – wyjęczał. Naprawdę nie sądził, by było to jedyne i słuszne rozwiązanie.

– Ale mnie kochają. To moi ludzie, Wolf. – Daniel spojrzał na niego przez ramię. Szlachcic wyglądał na… strudzonego.

– Wolf, niezłe. Jeszcze nikt na to nie wpadł. – Idąca obok niego Liliana uśmiechnęła się przyjaźnie. Polubiła chłopaka. Była pewna, że szlachcic miał rację – Daniel szukał ich ze względu na niego. Muzyk sprawiał wrażenie przyjaznego, otwartego i niezdarnego. Wpatrzony w van Helfena jak w cud świata, wodził wzrokiem za jego sylwetką, jakby zahipnotyzowany. Słuchał, co mówi Wolfie. Starał się nawiązać kontakt z mężczyzną.

– To jak imię dla psa – wtrąciła się Judy. O dziwo nie miała dzisiaj wiele do powiedzenia.

– Miałem kiedyś psa. Nazwałem go Joseph. – Na słowa Wolfganga towarzysze parsknęli śmiechem.

– Joseph? Nie mówiłeś o nim wcześniej – powiedziała roześmiana nastolatka.

– To był labrador. Nie żył długo, miał jakąś wadę genetyczną. Razem z Borisem płakaliśmy długo, gdy weterynarz zdecydował się go uśpić. – Daniel spochmurniał.

– Boris? Kim jest Boris? – spytał, marszcząc brwi.

– To mój przyjaciel i ktoś w rodzaju szofera. Polubicie się.

– Uhm.

– Przynieś, podaj, pozamiataj, wieź mnie gdzie zechcę, bo nie masz kasy. Opłacę ci rachunki i dam forsę na życie, bo jesteś super i masz fajne ciało. – Z żartu Liliany głośno zaśmiał się szlachcic, jednak nie rozśmieszyło to chłopaka.

Nie miał powodów, by być zazdrosnym. Z Wolfgangiem nic go nie łączyło. To jego wieczne oczekiwanie na życiowy sukces zwodzi go na tory smutku i melancholii.

Przebrnęli przez leśną ścieżkę, rozmawiając, śmiejąc się. Czuli się ze sobą świetnie, jak gdyby to właśnie Daniel był brakującym ogniwem ich grupy przyjaciół.

Tylko Judy nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś w tym wszystkim nie gra tak, jak powinno.

Moje owocowe śniadania

Kto nie chciałby każdego ranka raczyć się wspaniałym deserem, jednocześnie dbając o swoje zdrowie i nie szkodząc figurze?

Na pewno każdy wielbiciel słodkości od razu podniósłby obydwie ręce. Zacięty wojownik uniósłby nawet nogi. Wielu z Was od razu dałoby głos.
A wiecie, kto ma takie szczęście?

Weganie. Tak, kochani! To właśnie nam nadprzyrodzona siła, czuwająca nad światem zesłała cud.
To my, weganie – codziennie możemy jeść dużo słodkości, które cudownie wpływają na nasze ciała. Dają mnóstwo energii, nie powodują problemów trawiennych, odżywiają ciało – i umysł.

Owoce – to na ich temat przez długi czas krążyły rozmaite, zazwyczaj nieprzychylne plotki.
Biedni producenci przetworzonych słodyczy oraz media stworzyły mit, który nadal powtarza wiele osób.
Liczenie kalorii, odmawianie sobie wielu pyszności. Ciągłe diety, na które działają tylko i wyłącznie kapsułki-cud. Powtarzanie bzdur o dietach wysokowęglowodanowych, niedożywieniu i braku zdrowia u wegan.

Ci wegetarianie to jeszcze są znośni – jedzą ser, jaja, mleko. Nie pochwalam, ale nie potępiam. Za to weganie?
Choroba psychiczna. Umrą na tych swoich trawkach i warzywkach, bo im szkoda zwierzątka.
Prawdziwy mężczyzna je mięso. Prawdziwa kobieta słucha mężczyzny, który każe jej jeść mięso – i też je mięso.
Chłopakdziewczynanormalnarodzina.
 – hihi! Nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie.

Drogi dobry człowieku, który zgadza się tylko na humanitarne zabijanie zwierząt (!! tak, takie określenia można znaleźć w internecie!). Wiele tracisz, uwierz!

Weganie nie tylko oszczędzają życie zwierząt – przyczyniamy się do mniejszego użycia wody i dwutlenku węgla. Dzięki nam zmniejsza się wycinka lasów oraz wykorzystywanie ziem i zbóż.

Osoby o otwartych umysłach wiele zyskują. Oszczędzają na jedzeniu (tak, weganizm naprawdę nie jest drogi! Naprawdę! Jak Boga kocham. Mówię serio!), odzyskują harmonię ze swoim ciałem i całą ziemią. Jedzenie roślin świetnie wpływa na nasze zzieleniałe cielska. Nie poczujesz, póki nie wypróbujesz – jeśli chcesz wiedzieć, o czym mówię, musisz spróbować!

Spośród wszystkich wegańskich dóbr to właśnie jedzenie deserów każdego ranka jest zachęcającą nagrodą. Szczególnie dla tych, którzy wolą smak od jakości swojego życia – i życia innych istot żywych 😉

Odkąd przeszłam na weganizm i zyskałam większą świadomość tego, co jem, owoce najczęściej goszczą na moim śniadaniowym stole.
Zazwyczaj jest to nieskomplikowana mieszanka tego, na co mam ochotę i co akurat jest dostępne w mojej kuchni. Już wspominałam w TYM wpisie, że kieruję się zasadą słuchania organizmu. Nie wpycham w siebie tego, czego nie chcę = jem to, o co prosi moje ciało.

Wraz z nadejściem coraz cieplejszych dni, mój organizm domaga się owoców i zielonych warzyw. Osobiście najbardziej lubię jak najmniej skomplikowane, surowe posiłki.
Pokażę Wam, co lubię czarować na śniadania – wykorzystując zdrowe składniki.

MISKA OWOCÓW.
Owoce jem w masowych ilościach co lato, nie ograniczając się tylko do śniadaniowej porcji.
Lubię pokroić owoce, które mam w koszyku, obficie posypać je cynamonem – i szamać!
Na zdjęciu widzicie jabłko, pomarańczę, daktyle – ananas jest pod spodem.

OWOCE.jpg

Taka miska daje dużo energii. Nie powoduje u mnie kłopotów z trawieniem (a z moim problematycznym brzuchem łatwo jest nabawić się nieprzyjemnych problemów!), syci na długo i wspaniale smakuje.
Słodka moc witamin. Dziwnie, że nie zielona, prawda? – dla spragnionych zieleniny, prezentuję:

NAJPYSZNIEJSZE SMOOTHIE.

GRUSZKA PIETRUSZKKA.jpg

Mango, szpinak, gruszka i pietruszka.
Natka pietruszki – gwoli ścisłości.
Ten koktajl poznałam dzięki Evelinie z Vegan Island, która dla mnie jest mistrzynią smoothie. Podejmując jej koktajlowe wyzwanie bałam się, że nie polubię żadnego zielonego mixu – a jednak! Coś tam zaskoczyło!
W oryginalnym przepisie oczywiście jest banan i pierwotnie właśnie banany używałam do zrobienia smoothies. Jak już wspominałam w TYM wpisie, nie przepadam za tymi owocami, dlatego używam innych słodkości jako zamienników.

SMOOTHIE BOWL.
To najlepszy śniadaniowy pomysł, na jaki ktoś kiedykolwiek wpadł.
Zamiast pokrojonych owoców lub koktajlu do picia, w ciepłe dni często tworzę smoothie bowl.
Na zdjęciu widzicie egzotyczną propozycję, zrobioną z mrożonego mango, papai, ananasa i melona oraz świeżej pomarańczy.
Lubię mnóstwo dodatków, dlatego u góry widnieje reszta pomarańczy, jabłko, moja domowa granola (przepis: TU), płatki kokosowe i nasionka chia.

SB — kopia.jpg

Od zwykłego koktajlu smoothie w miseczce różni się konsystencją.
Koktajl w smoothie bowl powinien być znacznie gęstszy – dlatego warto jest używać mrożonych owoców i warzyw. Zamiast bananów świetnie sprawdzi się ananas lub mango (oczywiście mrożone!).
Mieszanka smaków w jednej miseczce. Orzeźwiające, odżywiające, sycące śniadanie.
Ulubione na lato!

CRUMBLE.
Crumble kojarzy mi się z typowym deserem owocowym – na szczęście w mojej wersji świetnie nadaje się na śniadanie.
Ja wykonuję swoje crumble, wykorzystując pokrojone owoce i domową granolę.
Wyłożone w naczyniu żaroodpornym owoce posypuję granolą, następnie lekko skrapiam je wodą. Wstawiam do piekarnika na około 15-18 minut, ustawiając temperaturę ok 160-180°C.

CRUMBLE.jpg
OWSIANKA/JAGLANKA/AMARANTUSANKA/RYŻANKA.

Te śniadania powracają w jesieni, królują na moim stole przez większość chłodnych dni.
Wybrane płatki zazwyczaj zalewam wodą i pozostawiam do namoczenia na noc. Kaszę, amarantus, komosę ryżową gotuję w większych ilościach, ażebym nie musiała marnować czasu na stanie przy garnuszku i pilnowanie, by nic się nie przypaliło. i tak zawsze przypalam.
Dorzucam wybrane owoce, czasem masło orzechowe, dodatki, które mam pod ręką.
Zrobienie owsianki chyba nie sprawia Wam problemu, prawda? 😉

***

To wszystkie owocowe propozycje, jakimi postanowiłam się z Wami podzielić.

Był to ostatni wpis w miesiącu zdrowia, jednak mam nadzieję, że Wasza droga z poznawaniem zdrowego odżywiania nie skończy się wraz z nadejściem nowego bloku tematycznego na moim blogu 😉
Starałam się poruszyć ważne kwestie – miałam do wykorzystania jedynie cztery soboty.
Pokazałam Wam, że roślinne odżywianie się jest naprawdę proste i przyjemne. Chciałam w niedługich urywkach tekstu zaprezentować moje podejście do weganizmu oraz osób wyśmiewających weganizm.

Weganizm nie jest tylko dietą roślinną. To styl życia, w którym wyklucza się wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego. Miejcie to na uwadze.

Jeśli chcecie widzieć więcej moich dziennych jadłospisów lub przykładów potraw, zapraszam na mój profil na wegańskiej społeczności: aplikacji Vegan Amino.

IMG_20170222_121452_623.jpg

Jeśli chcecie posłuchać ciekawych słów na temat diety wegańskiej w codziennym życiu, doświadczeń innych osób, zobaczyć, jak wyglądają ich posiłki – polecam Wam kanały na Youtube, które sama najchętniej odwiedzam:

Caitlin Shoemaker
Lauren Toyota
Monami Frost
Vegan Hero
MayaTheBee
Nowa Siła
Jestem Vege
Zuzanna Dziewirz
Weganizator.

***

Mam nadzieję, że moje śniadanie się Wam spodobały.
Macie własne sposoby na owocowe pierwsze posiłki w ciągu dnia?

Zuza 😉

Słodkie kąski na nietłusty czwartek

Oglądając film z przepisem na pączki u Savory or Sweet? uświadomiłam sobie, że tłusty czwartek wypada jeszcze w naszym blogowym miesiącu zdrowia.

Pączków jeść nie mogę – po mące i smażonym jedzeniu prawdopodobnie umierałabym z bólu brzucha. Jednak zazdrość (bo wszyscy coś mają, a ja nie!) zwyciężyła.
Od razu wiedziałam, że muszę coś wykombinować!

Znając mój brak talentu do gotowania uznałam, że powinien to być przepis jak najprostszy. Oczywiście chciałam wyczarować coś zdrowego – bez przetworzonego cukru, oleju, soli i innych składników, które już dawno wyeliminowałam ze swojej diety.

Pierwsza myśl: ciastka. Druga: „czekoladki”. Trzecia: batony.
Rozpoczęłam wyścig z własnymi pomysłami. Meta była w kuchni.
Przejrzałam swoje składniki i w głowie pojawiła się myśl na słodkie kąski, które można dowolnie modyfikować.
Mogą stać się batonami, ciasteczkami. Mogą mieć każdy smak, jaki tylko zapragnie twórca.

Kąski modyfikowane kreatywnością – niechaj to będzie ich nazwa!
Uwierzcie, że smakują pysznie. Są słodkie, miękkie, rozpływają się w ustach – a dodatkowo są naprawdę zdrowe!
Skoro ja podołałam; zrobiłam je i są zjadliwe – to oznacza, że Wy tym bardziej poradzicie sobie z zadaniem wykonania ich po swojemu.

1.jpg

Nadają się na śniadanie, deser, przekąskę na wynos. Cudowna i nieskomplikowana alternatywa batonów dostępnych w sklepach (na przykład tych Dobra Kaloria, o których wspominałam Wam w TYM wpisie!).

Zanim powiem Wam, jak je zrobiłam, odpowiem na pytanie: A co w nich takiego wspaniałego, Sueh? Wyglądają źle. Nazwa też nie zachęca dooo…

STOP, nie mów niczego, byś potem nie żałował, drogi malkontencie!
Warto je zrobić, ponieważ:

A. Są ekstremalnie proste w wykonaniu!
B. Zawierają dokładnie to, co chce dodać kucharz!
C. W ich składzie znajdziemy:

PŁATKI OWSIANE, które mają w sobie nie tylko błonnik, zdrowe tłuszcze i białko, ale także witaminy z grupy B, magnez, żelazo i wiele innych wartości odżywczych. Są sycące, wspomagają trawienie i ponoć działają odmładzająco – to musi być prawda. W ogóle się nie starzeję!
Jedzenie owsianki na śniadanie to prawdopodobnie jeden z lepszych nawyków, jaki możecie sobie wyrobić.
Ja przemycam je w wielu słodkich (i nie tylko!) przekąskach.

AMARANTUS – obiło mi się o uszy, że jest to jedna z najstarszych roślin, jakie były uprawiane na świecie. Łatwo przyswajalne żelazo i wapń, białko, magnez. Znowu błonnik, więc i ten składnik korzystnie wpłynie na trawienie.
Wspomaga organizm w leczeniu stanów zapalnych, świetnie działa na nasz układ odpornościowy. Idealny składnik diety dla osób, które walczą z chorobami układu krążenia.
Ponownie jest to ziarenko dla młodości! Zawiera skwalen – to istny eliksir młodości, opóźniający proces starzenia.

DAKTYLE dają nam mnóstwo energii. One również zawierają moc błonnika, witaminy z grupy B, żelazo, magnez, wapń. Zawierają antyoksydanty – więc również wspierają naszą odporność. Obniżają poziom cholesterolu we krwi, działają zbawiennie na problemy trawienne.
Suszone daktyle niewiele różnią się od świeżych, które ponoć mają nieco więcej witaminy C.

Oczywiście nie opisałam całej zawartości oraz właściwości danych składników. Wybrałam najważniejsze informacje, które warto pamiętać.

Teraz, gdy już macie pewien zarys dobroci kąsków, z czystym sumieniem mogę zaprezentować Wam przepis na…

kaski-kreatywne-1

Lekko słodkie, kokosowe. Kwaskowy posmak soku z cytryny dodaje im nieco charakteru, nie są mdłe – balansują pomiędzy najwspanialszą a najcudowniejszą słodkością świata.

Oblane czekoladą, obsypane kakao, pokrojone, porozrywane – w każdej formie będą świetne. (Najlepsza forma: zjedzone!)
Bardzo polecam dodatek płatków kokosowych; w podpiekaniu zyskują one wspaniały smak i aromat.

Pamiętajcie, żeby w kuchni otworzyć swoją głowę na kreatywność i tworzyć te słodkości po swojemu!

No to jak, Najdrożsi. Ile kąsków zjedliście w nietłusty czwartek? 

Zuza 😉

Rozdział V – „Sprawa śmierci”

ROZDZIAŁ V

Sprawa śmierci

 

 

Liliana siedziała w kawiarni, czekając na Borisa. Zamówiła cappuccino.

Nieduży lokal oferował gościom miłą atmosferę i dobrą kawę. W karcie mieli też ciastka, ale tym razem nie miała ochoty na słodkości.

Zamiast krzeseł, przy stolikach ustawiono wygodne kanapy i wysokie fotele, okryte kolorowymi narzutami. Na niskich parapetach leżały stare książki, z góry zwisały zielone liście kwiatów, które prawdopodobnie powinny piąć się w górę. Na ścianach o delikatnym, fioletowym kolorze umieszczono czarne tablice, na których kredą napisano różne cytaty – obok komiksowych szkiców filiżanek z kawą i ciastek.

Zajęła miejsce przy dużym oknie, by móc obserwować przechodniów. Położyła dłonie na bordowym notesie, który wzięła ze sobą. Przekręcała nerwowo założony na środkowym palcu lewej ręki stary, złoty pierścionek z kwiatkiem, który dostała w prezencie od babci.

Mimo, że dała słowo Claire, iż nikomu nie wyjawi ich wspólnego sekretu, nie mogła dłużej trzymać tego w tajemnicy. To była poważna sprawa, sam Boris miał prawo o tym wiedzieć. Jego ten problem również dotyczył – a i mężczyźnie winna była dokończenie sprawy, o której rozmawiali w drodze do malowniczego Vinceville.

Znała go dłużej, niż kobietę. Słyszała o nim wiele dobrego, w końcu był przyjacielem jej Wolfganga. Musiał być dobrym, prawym człowiekiem, chciała mu pomóc. Czuła, że musi to zrobić i zdawała sobie sprawę z trudu, jakiego się podjęła podejmując taką decyzję. W przeciwieństwie do Leonore, Boris cieszył się dobrą opinią szlachcica.

Uśmiechnęła się nieznacznie. Była ciekawa, jak na nowe wieści zareaguje Wolfgang.

Leżący na stoliku telefon nagle zawibrował. Najpierw zmierzyła wzrokiem, po czym leniwie sięgnęła po urządzenie.

 Lilka, przyjdź do mnie jak najszybciej. Sprawa śmierci.

Wolfgang miał świetne poczucie humoru. Trafił w sedno sprawy.

Zobaczyła Borisa przechodzącego przez jezdnię i poczuła, jak żołądek zaciska się w supeł. Ucieczka w tym momencie byłaby niemożliwa. Zamknięcie się w toalecie odpada – kiedyś musiałaby z niej wyjść. Sprężystym krokiem prawda zbliżała się ku kawiarni, zaś zdecydowanie Liliany ulatywało z nieopisaną prędkością.

– Odwagi! – pomyślała, wzięła głęboki wdech, a jej powieki opadły na moment bez użycia siły.

Boris wszedł do środka, a wraz z nim jego urok i radość, którą zawsze ze sobą zabierał. Nie mogła, lecz musiała to zrobić.

Musiała wyjawić mu całą prawdę o Claire, Wolfgangu i Louisie.

– Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły? Zamówiłam sobie cappuccino. – Chciała się uśmiechnąć, ale nie potrafiła. Mężczyzna usiadł naprzeciwko. Zbladła.

– Co ty, ja i złość? Nigdy. – Wezwał kelnera gestem dłoni. – O czym tak pilnie chciałaś pomówić? Mam nadzieję, że nic się nie stało? – spojrzał na nią uważnie.

– Chodzi o Claire. Pamiętasz, prosiłeś mnie w Vinceville, bym z nią pogadała.

– Ach, pamiętam. Cappuccino i dwie szarlotki proszę.

Liliana poczekała, aż kelner odejdzie od stolika. Spojrzała na telefon. Druga wiadomość od Wolfganga. Kto to jest Judy? Wysłała mi maila. To ktoś od ciebie? Westchnęła. To nie był czas na zajmowanie się zalotami Wolfganga i jego flirtem z przypadkowymi kobietami. Mentalnie odłożyła jego sprawę na później.

– Czegoś się od niej dowiedziałaś? Od momentu śmierci Lou wszystko się zepsuło. Bardzo kocham Claire, ale jej nie rozumiem. Nikt nie potrafił nam pomóc, ona sama nikomu nie wyznawała, co tak naprawdę czuje. Wiem, że przede mną też to ukrywała.

Liliana przygryzła wargę. Czy będziesz ją kochał po tym, gdy powiem ci prawdę?

– Boris, czy jesteś pewien, że chcesz znać prawdę?

– Tak. Jestem pewien. Każdą prawdę, tę dobrą i tę złą… też. – Sportowiec z uśmiechem odebrał swoją kawę i ciastko. Obydwoje podziękowali kelnerowi za dostarczenie im zamówienia, po czym nastąpiła chwila ciszy. Liliana miała wrażenie, że mężczyzna nie bierze pod uwagę złej prawdy. Nie dziwiło jej to – chciał po prostu dowiedzieć się, czy za stanem zdrowotnym żony stoi tylko (albo aż!) śmierć synka. Jej zadaniem było wypytać Claire o szczegóły, wyciągnąć z niej wszystkie potrzebne informacje i połączyć je w dramatyczną układankę z happy endem; i żyli długo i szczęśliwie pomimo wszystkich trudów, przez które musieli przechodzić.

Była głupia. Tym razem mocno przesadziła. Kto kazał jej zaglądać w przeszłość? Czy ktoś podsunął jej te myśli? Zdziwiła się, udzielając odpowiedzi w swojej głowie. Tylko skąd ona o tym wiedziała?

– Lili?

Jest pewien, więc chce wiedzieć. Pomimo wszystko chce wiedzieć. Chce znać prawdę, powinien ją poznać, zatem musi ją znać, złą prawdę też chce znać…

– Lilka? Wszystko okej? – Radosny Boris pochylił się i spojrzał na nią z niepokojem, nie tracąc jednak przyjaznego usposobienia. – Dziewczyno, twój mózg chyba robi właśnie nadgodziny. Słyszę ten mechanizm, jak ci się plączą zwoje…

– Boris, to Claire zabiła Wasze dziecko – na jednym wydechu wydusiła  z siebie, nie patrząc na rozmówcę. Nie słysząc odpowiedzi podniosła wzrok i poczuła się nieswojo. Nigdy nie miała przed oczami takiego obrazka.

Szofer zamarł. Uśmiech zniknął z jego twarzy, oczy zaś wyrażały tylko przerażenie. Nie widziała go w takim stanie. Wiecznie zadowolony, szczęśliwy mężczyzna teraz wydawał się nie oddychać.

– Właściwie… To jest Leonore. Prawdziwie ma na imię Leonore.

– O czym ty mówisz? – ledwo słyszalnie wyszeptał, przestraszony. Liliana powoli otworzyła notes, z którego wyciągnęła znalezione przez jej babcię zdjęcie. Przesunęła fotografię po blacie, a wzrok szofera podążał bezwiednie za starą odbitką. Zmrużył oczy na moment, lecz szybko rozszerzył je z powrotem.

– Leonore Druga van Helfen, starsza siostra Wolfganga. Odesłana jako ktoś w rodzaju szpiega, by donosić rodzinie o poczynaniach swojego brata, musiała być jak najbliżej Wolfganga.

Mężczyzna nic nie powiedział, wpatrywał się w zaprezentowaną fotografię. Po chwili Liliana postanowiła kontynuować.

– Wolfie jest gejem, na dodatek uciekł. W rodzinie jego osoba jest potępiona. – Ponownie przerwała, by dać mu czas na zebranie myśli. Sama długo rozmyślała nad tym sekretem, nad losami Wolfganga, nad pracą Claire i jej kłamstwami. Cały poprzedni dzień spędziła w łóżku, myśląc o ich rodzinie; jak wiele tajemnic ma ród van Helfenów.

Boris wyraźnie zmartwiony, siedział nieruchomo i patrzył na dziewczynę. W głowie miał pustkę.

– Nakazano jej przebywać z nim, donosić i obserwować. Była w stałym kontakcie z rodziną. Dziecko było nieplanowane, dlatego nakazali jej…

– Zabić Lou? Kazali jej zabić Lou?! – Borisowi łzy napłynęły do oczu, lecz nagle w głowie pojawiła mu się myśl.

Rożne rozwiązania uderzyły w niego z ogromną siłą. Co powinien zrobić? Żył i troszczył się o zabójczynię. Spał pod jednym dachem z kłamcą, oszustką i morderczynią jego życia, szczęścia, kariery i dziecka. Podjęcie decyzji zajęło mu jedno mrugnięcie. Nie mógł dłużej żyć z tą kobietą, to było pewne. Musiał wykorzystać tajemnicę. Zdobyć zatajone informacje.

– Tak, kazali jej zabić własne dziecko. Udusiła go, musiała. Dlatego jest z nią tak źle. Na początku próbowała z tobą być i żyć jak wcześniej, później już nie mogła. Prawda jest taka, że po prostu nie chciała się do ciebie zbliżać, bo…

– Wiem, już wszystko wiem. Rozumiem. – Ogarnął go szał. Oddychał płytko i szybko, rozbiegany wzrok nie zatrzymywał się na długo. – Muszę pójść do domu Wolfganga, jednak on nie może o tym wiedzieć. Potrzebuję jego szafy na moment. Ty mi pomożesz i wyciągniesz go gdzieś, nie możesz mu powiedzieć, że ja u niego będę. Rozumiesz? – wypowiedział stanowczo. Wstał, z kieszeni wyciągnął banknot i położył na stole. Złapał Lilianę za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia. Jedyne, co mogła zrobić dziewczyna, to szybko dodać ściszonym głosem swoje zdanie. Wątpiła w to, że w tej chwili do świadomości szofera dotrze choć jedno słowo więcej. Nadzieja nakazała jej wierzyć w cuda.

– Ona nie jest zła, Boris. Naprawdę nie jest zła.

***

 

– Jak ci idzie? Wiesz już coś?

– Mam namiary, Dan. Chyba wiem, gdzie mieszka, ale nie wiem, jak wygląda.

– Wysoki, przystojny…

– Szczegóły, potrzebuję szczegółów! – Uśmiechnęła się do słuchawki telefonu, myśląc o przyjacielu. Od dwóch godzin siedziała w samochodzie, obserwując dużą willę van Helfena.

Nie bała się zostawić kwiaciarni z Danielem. Ufała mu, jednak była pewna, że dzisiaj w kasie będzie wielkie manko. Daniel nie potrafił obsługiwać klientów i liczyć pieniędzy, choć bardzo się starał. Zbyt roztrzepany był, by zajmować się tak wieloma sprawami na raz. Jego umysł zaprzątnięty był miłością, więc musiała pomóc mu zrealizować plany matrymonialne chociażby po to, by mógł spokojnie zdać zbliżające się egzaminy.

– Ciemne, kręcone włosy. Jasne, duże oczy. Zakrzywiony nos. Uwierz, poznasz go. Widać po nim, że ma na imię Wolfgang.

Judy uśmiechnęła się szerzej, a jej oczy zalśniły się niebezpiecznie.

– Czekaj, mam go. Wybiegł z domu.

 

– Już biegnę, Lilci! – krzyknął do telefonu, zakładając marynarkę. Wypadł z mieszkania, zamknął drzwi na klucz i zaklął na myśl, że nie ma własnego samochodu. Przypomniało mu się, że jest beznadziejnym kierowcą, co poprawiło mu humor. Marszcząc brwi upewnił się, że zabrał ze sobą list, po czym rozpoczął trucht po ulicy. Miał nadzieję, że po drodze złapie taksówkę. Miał złą kondycję, nie lubił sportu.

Samochód przejeżdżający obok zwolnił, zza odsuniętej szyby ujrzał twarz młodej kobiety.

– Może pana podwieźć? – uśmiechnęła się uroczo. Nie mógł jej odmówić.

Widząc więcej argumentów za niż przeciw, odwzajemnił uśmiech mając nadzieję, że śnieżnobiałe zęby  i  dołeczki w policzkach wywrą odpowiednie wrażenie. Wsiadł do niedużego, czerwonego autka.

– Gdzie pan zmierza?

– W okolice dzielnicowego parku  odparł, a z jego twarzy nie znikał ten typ uśmiechu.

– Świetnie się składa! Jadę w tę właśnie okolicę – powiedziała mając nadzieję, że Daniel wybaczy jej działania bez jego zgody. W końcu pracuje na jego szczęśliwą przyszłość.

***

Długo stała przed drzwiami niedużego, jednorodzinnego domku.

W tej okolicy bywała bardzo często, jednak interesował ją tylko Wolfgang. Tym razem nie miała wyboru – musiała skontaktować się z nim jak najszybciej. Jedynym wyjściem było zapytać o niego w domu obok.

Wcisnęła przycisk dzwonka. Drzwi otworzyła jej piękna, ciemnowłosa kobieta o kobiecych kształtach.
Brązowe, duże oczy, godne były pozazdroszczenia. Długie rzęsy potraktowane czarnym tuszem wcale nie wymagały dodatkowej pielęgnacji i zabiegów kosmetycznych.

– Pani Claire? – usłyszała z ust kobiety, na co zareagowała zdziwieniem. Przytaknęła. – Liliana o pani mówiła. Zapewne szuka jej pani?

– Nie, właściwie… – Domyśliła się, że jej rozmówczyni to krewna dziewuchy. Przypomniała sobie, że nastolatka jest sąsiadką jej brata, nie podejrzewała jednak, że mieszka właśnie w tym domu. – Szukam Wolfganga, wiem, że się przyjaźnią. Ten nie odbiera moich telefonów, mąż też przepadł bez wieści.

– Na pewno spędzają razem czas. – Podała jej dłoń – Nazywam się Terez, jestem matką Liliany. Zapraszam panią do środka. – Z uśmiechem otworzyła szeroko drzwi.

– Proszę mówić mi Claire – odwzajemniła uśmiech i przekroczyła próg.

***

– Daniel? Chłopie, padniesz, jak usłyszysz! – wykrzyczała podekscytowana, podskakując. Czuła, że nie może stać spokojnie. Jej nogi chciały odtańczyć wesołego walczyka, a ona nie miała głowy do tego, by je powstrzymywać.

– Co? Co ty zrobiłaś, Judy? Zabiję…

– Zamykaj kwiaciarnię. Mam twego ukochanego na celowniku – zachichotała.

– C-co? Judy, gdzie? – Oczami wyobraźni ujrzała pobladłego, chudego blondyna, który z nerwów łamie sobie palce, poprawiając wiszące na czubku nosa okulary. Miała ochotę turlać się po trawniku z emocji, nie doczeka spokojnie przybycia przyjaciela! Zachichotała głośniej.

– Ten duży, ładny park, przy fontannie. Rozmawia z jakąś… młódką.

– Jestem nieubrany, nieuczesany, Judy, ja nie…

– Rusz się, chudy, wyglądasz bosko! Jakby co, ja go zatrzymam.

 

 

– Pisząc sprawa śmierci, miałem na myśli dosłownie sprawę śmierci  – Wolfgang wbił wzrok w twarz niedowierzającej Liliany. Był spięty.

– Co masz na myśli?

– Jakiś czas temu dostałem list, ale nie odbieram poczty codziennie. Dzisiaj sięgnąłem do skrzynki i pośród wszystkich ulotek reklamowych znalazłem… to. – Podał nastolatce kopertę. Liliana obejrzała ją z każdej strony, obracając ją delikatnie, jakby trzymała w ręku najwspanialszy okaz. – Taki list moja rodzina rozsyła wszystkim krewnym, gdy chcą powiadomić innych o śmierci kogokolwiek z rodu. Tym razem list dotyczy…

Dziewczyna otworzyła kopertę. Wyciągnęła śnieżnobiałą kartkę i zmarszczyła brwi.

– Wolfgang? Ale przecież…

– Ja żyję. Tak, ja żyję.

– Nie rozumiem… – spojrzała na przyjaciela. Ten podparł się pod swoje boki, nadal patrząc na nią twardo i stanowczo.

– Jestem Wolfgang Trzeci. Powiadomienie traktuje o Wolfgangu Drugim, czyli o moim ojcu.

Liliana rozchyliła usta ze zdziwienia.

– Twój ojciec nie żyje? – wydukała i usiadła na brzegu fontanny. Siły uleciały z jej drobnego ciałka. Kolejna śmierć, nie do wiary…

– Najwyraźniej już umarł. Najwyższa pora, był stary i chory. Problem tkwi w tym, że nie dostałem listu z zaproszeniem.  – Dziewczyna wydawała się nie rozumieć słów mężczyzny. Patrzyła naprzemiennie na kartkę oraz przyjaciela, jakby czekała na olśnienie. Niestety nie miała pojęcia, o co chodzi. Nie znała zagmatwanych praw i zasad, które zdawała się przestrzegać jego rodzina. – Słuchaj, bo powtarzał nie będę. W momencie, gdy umiera najstarszy z rodu, jego najstarsze dziecko dostaje oficjalne zaproszenie do domu – przerwał, powstrzymując śmiech. – Wyglądasz komicznie, gdy tak szeroko otwierasz oczy. A może i przerażająco, trochę jak ośmiornica.

– Wolfgang! – skarciła go, złoszcząc się. Mężczyzna kontynuował.

– Takie mamy zwyczaje rodowe, głupie, ale tradycyjne. Moi rodzice nie mieli innych dzieci. Jestem jedynakiem. Powinienem dostać zaproszenie, a mam tylko powiadomienie. Uciekłem, jestem gejem, trudno, tak bywa. Mimo wszystko nadal obowiązują nas zasady. Nie rozumiem, dlaczego nie zostałem wezwany do domu.

– Za to ja rozumiem – wyszeptała nastolatka. Uśmiechnęła się, widząc zdziwienie szlachcica. – Teraz ty wyglądasz komicznie.

– Wolfgang? – usłyszeli cichy głos, dobiegający z ich prawej strony.

Zdyszany Daniel stał obok mężczyzny i próbując złapać oddech, uśmiechnął się. – Może to nie najlepsza pora, ale szukałem cię długo i Judy cię śledziła i musiałem w końcu cię spotkać. Ukradłeś mi rower w Vinceville, pamiętasz?

– Spodziewałem się wszystkiego… – przerwał mu dźwięk dzwonka telefonu Liliany.

– Halo, mama? Nie mogę teraz za bardzo…

-… ale nie wszystkiego na raz.

– Możemy porozmawiać? – spytał, odkrywając nagle, że potrafi być niezwykle uparty. Podobnie do jego okularów, które znowu zsunęły się na sam czubeczek prostego nosa.


Witam się dopiero po treści rozdziału!

Mam nadzieję, że Wam się podobał oraz, że tekst czytało się lekko i przyjemnie. Mam wrażenie, jakby te świeże rozdziały były o wiele krótsze i mniej rozbudowane. Żywię nadzieję, że Wam to nie przeszkadza.

Koniecznie wyrażajcie swoją opinię w komentarzach! Cudownie jest czytać Wasze zdanie o historii, szczególnie ostatnio zaangażowanie w komentowanie opowiadania jest niesamowicie duże – i bardzo za to dziękuję ❤ Jesteście niesamowici!

Zuza 😉

O moim odżywianiu + kuchenny niezbędnik

Wielu z Was zaciekawił mój tryb życia i odżywiania się.
To jednocześnie radosna, jak i niepokojąca nowina! Dla mnie to nic dziwnego – i niepokoi mnie fakt, że ktoś może być zainteresowany tym, co jem.
Cieszę się zaś z tego, że Wasze zainteresowanie zdrowym jedzeniem wzrasta!

Opowiem Wam dzisiaj (pokrótce) o tym, czym kieruję się, wybierając produkty do spożycia. Przywołam również ciekawą anegdotę oraz przedstawię kilka rzeczy, bez których nie potrafię się obejść w ciągu dnia.

SŁUCHANIE ORGANIZMU.
Nie od zawsze odżywiałam się zdrowo, choć zależy, co postrzegacie za zdrowe jedzenie.
Teraz umiem już słuchać potrzeb swojego ciała i wiem, że tryb, który przyjęło, bardzo mu służy!
Aby wyjaśnić Wam, jak słucham próśb organizmu, podam Wam przykłady z przeszłości – co jadłam na przestrzeni kolejnych pór roku.

Zazwyczaj mój organizm domaga się sezonowych warzyw i owoców.
Jesień i zima to dla mnie czas strączków i warzyw korzeniowych. Jem dużo fasoli, marchwi, buraków. Owoce, które spożywam w tym czasie to głównie jabłka, mandarynki. Często sięgam po zamrożone owoce, na które mam ochotę zawsze (truskawki, wiśnie, maliny).

Na wiosnę rozpoczyna się u mnie czas świeżych warzyw. To właśnie wtedy odczuwam chęć zjedzenia pomidora! 🙂
Na moim talerzu gości wiele zielonych elementów – często wyjętych z zamrażarki.
Brokuły, brukselka, fasolka szparagowa. Z owoców lubię podjadać kiwi, rodzynki, nadal ulubione zamrożone owoce. Nie zapominam o nowalijkach.

Lato to typowo owocowy czas! Wakacyjne dni są pełne świeżych truskawek, malin, brzoskwiń, pomidorów. W lato zazwyczaj sięgam po awokado, na które w ciągu roku nie mam ochoty.

Nigdy nie jem tego, czego nie chcę. Nie wysłuchuję porad dietetyków, znawców i specjalistów w tematyce odżywiania.
Mam dużo energii, nie choruję. W wynikach badań jeszcze nigdy nie było mi dane zobaczyć informacji o niedoborach.
Mój sposób jest dla mnie idealny!

PRZYRZĄDZANIE POTRAW.
Nie umiem gotować, więc nie spędzam całych dni w kuchni.
Nie używam olejów, soli i cukru. Mąka i produkty mączne są naprawdę rzadkim gościem na moim stole.
Uwielbiam surowe warzywa, niegotowaną marchew, chrupiące buraki.
Gotuję głównie strączki – bez dodatku soli. Zamrożone warzywa rozmrażam na parze.
Gotowanie konkretnych potraw jest u mnie rzadkością, robię to w razie ważnych okazji i świąt.
W tym temacie nie mam do dodania nic więcej.

HISTORIA Z WAKACJI.
Po dziś dzień z rozbawieniem wspominam wyjazd do Zakopanego. Te chwile idealnie obrazują to, że moje ciało domaga się tylko świeżych, nieprzetworzonych potraw.

Pamiętam, że na wyjazd zabrałam ze sobą czystoziarnisty chleb własnej roboty, dwa batony Dobra Kaloria, pięć małych batoników daktylowych i jakieś wafle ryżowe z przyprawami.
Przez kilka godzin czułam się dobrze. Podróż pociągiem była męcząca i czułam, że mam po niej mniej energii, niż rano. Dostarczałam sobie sił zabranymi przekąskami.

Zwiedzanie ulic górskiego miasteczka było dla mnie męczarnią! Ból brzucha nie dawał mi spokoju – mogłam siedzieć bez ruchu lub chodzić i jęczeć. Byłam zmuszona wybrać drugą opcję. Co jakiś czas potrzebowałam przystanku, by ulżyć swojemu ciału w rozdzierającym cierpieniu!
Nic mi nie pomagało. Piłam dużo wody, robiłam przerwy w spacerach. Ból nie ustępował.

Lekiem na cierpienie okazał się być świeżo wyciskany sok, cudem zdobyty na Gubałówce. Po chwili dał mi mnóstwo energii. Humor wrócił! Po około półgodzinnej przerwie od spacerów – ból minął.
Z entuzjazmem dokupiłam porcję świeżych owoców, które pochłonęłam z ogromną radością.
Do dziś wspominam ten piękny dzień – w którym uświadomiłam sobie, że mój organizm błagał o pomoc, kiedy nie dostarczyłam mu trawy.

Ta anegdota jest wspaniałą lekcją – nie tylko dla mnie. Mam nadzieję, że i Wy wyniesiecie z niej ciekawe informacje. Przede wszystkim warto jest jeść jak najbardziej zdrowo! Po pewnym czasie ciało samo domaga się odpowiednich elementów posiłku. Brawo, trawo!

KUCHENNY NIEZBĘDNIK.
Po jakże długim wstępie pełnym informacji, przechodzę do kuchennego niezbędnika – czyli tego, co oprócz warzyw i owoców gości na moim talerzu (i w żołądku) bardzo często.

Siemię lnianePoznałam je kilka lat temu, kiedy bardzo pragnęłam zapuścić włosy – a te jak na złość odmówiły posłuszeństwa i przestały rosnąć. Początkowo zjadałam kisiel z ziarenek raz dziennie, potem przerzuciłam się na zmielone siemię. Teraz ziarenka dosypuję do każdego posiłku (z umiarem!), zaś lniany proszek piję na wieczór, po kolacji.

siemię.jpg

Siemię lniane nie tylko usprawnia porost moich włosów, lecz także pomaga mi w problemach z jelitami i bólem brzucha. Świetnie wspomaga trawienie!
Właściwości ziarenek lnu możecie poznać na każdej stronie internetowej, nie będę się nad tym rozwodzić długo. Na pewno warto jest wzbogacić swoją codzienną dietę o pełne witamin i błonnika malutkie ziarenka!

PrzyprawyChyba nie będziecie zdziwieni – najbardziej uwielbiam pieprz czarny i cynamon.
Lubię ostre smaki, przez co pieprz dodaję w masowych ilościach do każdej warzywnej potrawy. Cynamon króluje przy śniadaniach, nie wyobrażam sobie dziennej porcji jabłek bez niego!

przyprawy.jpg

Świetnym dodatkiem jest też papryka wędzona (dostępna w praktycznie każdym sklepie spożywczym). Roślinny sos pomidorowy bez niej nie jest tak dobry.
Dzięki jej posmakowi nie muszę już przypalać garnków! Kuchenna rewolucja wprowadzona przy pomocy jednej szczypty czerwonego proszku.
Lubię używać dużo ziół (w szczególności lubczyk, majeranek, zielona pietruszka), często dodaję do potraw szczyptę kurkumy.

Suszona włoszczyzna. To dobry dodatek do potraw, świetna posypka na strączki i niezła przekąska!
Suszona marchew, pietruszka zielona (i jej korzeń też!), por, pasternak, seler. Naturalne składniki naturalnej przyprawy.
Równie dobre okazały się być suszone buraki. Mają niesamowity zapach i smak, od pewnego czasu dosypuję je do każdej potrawy.

susz.jpg

Odkąd odkryłam włoszczyznę suszoną, nie wyobrażam sobie fasoli bez niej. To świetne urozmaicenie smaku – może banalne, może nie pasujące do siebie, ale na pewno smaczne.

Daktyle. Choć nie jadam ich codziennie, świetnie sprawdzają się jako słodzidło owsiankowych zupek „mlecznych”, karmelki na słodyczowego głoda, czy chociażby przekąska zbrakulaku.

daktyle.jpg

Bardzo słodkie owoce, którymi w liceum starałam się zachęcić koleżanki i kolegów do jedzenia suszonych pyszności. Mogą być bazą do własnych zdrowych batonów, uzupełnieniem słodyczy w wypiekach, aż za bardzo słodkim dżemem. Z daktylami każdy potrafiłby się obejść – suszonymi, jak i świeżymi. Polecam obydwie (bardzo do siebie podobne) wersje!

Napoje. Znowu byłam Tomaszem, póki nie sprawdziłam tego na sobie.
Odpowiedni poziom nawodnienia znacznie poprawia samopoczucie. Naprawdę w to nie wierzyłam!
Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez wody. W ciepłe dni uwielbiam pić rano słoik wody z cytryną, do której często dodaję pyszne kawałki pachnącego imbiru.

woda.jpg

Moim dużym uzależnieniem jest czerwona herbata. Pokochałam ją jeszcze w gimnazjum i od tamtej pory nie potrafię się z nią rozstać! Mimo, że przebarwia zęby i nie jest uznawana za najzdrowszą, dla mnie jest świetnym zamiennikiem kawy (choć zupełnie nie czuję obiecanego poherbatowego pobudzenia). Mówi się, że świetnie działa na odchudzanie. Być może, ja nie zauważam niepożądanych efektów.

herbata.jpg

To cała lista rzeczy niezbędnych w moim codziennym odżywianiu.
Pamiętajcie, że największą część zdrowego wegańskiego jedzenia wypełniają warzywa i owoce!

Dieta wegańska oczywiście nie musi być ultrazdrowa – to wybór weganina, czy odżywia się zdrowo, czy korzysta z „dobroci”, czyli żywieniowych wynalazków dzisiejszego świata.
Jak już wspominałam, sama lubię testować nowe smaki, jednak nie robię z wypadów do roślinnych knajpek reguły i tradycji. Odwiedzenie pizzerii raz w roku chyba wystarczy, prawda? 🙂

Macie własne propozycje zdrowych dodatków do potraw, które mogłabym wypróbować?

Zuza 😉

Rozdział IV – „Zamyślenie”

Oto walentynkowy rozdział opowiadania!

Wprawdzie nie ma wiele wspólnego z walentynkami, sama nie spodziewałam się, że cokolwiek opublikuję akurat czternastego. W każdym razie – miłego dnia zakochanych wszystkim!

Z okazji walentynek mam dla Was prezent – pokażę Wam, jak wygląda Wolfie oczami mojsze. Serdecznie zapraszam na jej DeviantArt, rysuje prześlicznie 🙂

fd4ls5.png

I miłego czytania! Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba. Przy okazji bardzo dziękuję wszystkim, którzy zostawiają komentarze – to bardzo miłe, czytać Wasze opinie o moim tekście. Jestem Wam bardzo wdzięczna!

Zuza 😉


ROZDZIAŁ IV

Zamyślenie

 

Po ciężkim dniu, który miał im upływać na odpoczynku w miłej atmosferze, Liliana miała ochotę jedynie na spaghetti, budyń albo sen.  Po przekroczeniu progu domu od razu skierowała się w stronę swojego pokoju. Nie chciała spotkać babci lub mamy, nie miała sił na rozmowy i opowieści.

To, co dowiedziała się od Claire, było dla niej niezrozumiałe. Wszystkie zebrane informacje – mimo, że już wcześniej łączyły się w całość, uzupełnione o jeden znaczący szczegół, okazały się być zbyt ciężkie do zniesienia. Przeczuwała, że to nie koniec tajemnic, w które – chcąc nie chcąc, została wplątana, przyjaźniąc się z Wolfgangiem.

Dodatkowe wrażenia, związane ze znalezieniem ciała kobiety w wodzie, nie dawały jej spokoju. Przed oczami ciągle miała obraz sinobladej skóry rąk wyławianej dziewczyny. Jej kasztanowe włosy, przylepiające się do mokrej, białej skóry i zwiewna sukienka…

Gdy tylko drzwi pokoju zamknęły się z cichym trzaskiem, wszelkie zawory jej wytrzymałości straciły na sile. Ledwo doczołgała się do łóżka. Zwinęła się w kłębek, owinęła kocem, a łzy same zaczęły spływać po jej policzkach.

– Dlaczego to wszystko jest tak niesprawiedliwe? – spytała siebie w myślach. – Czym zawinił Wolfie? Lou? – niemalże wyszeptała, lecz nie znała odpowiedzi na te pytania.
Pierwszy raz w życiu czuła się bezradna, bezsilna. Bała się. Nie wiedziała, co może zrobić w takiej sytuacji. Jak ma pomóc Claire, jednocześnie nie tracąc przyjaźni z mężczyzną?

Pomimo próśb o dochowanie tajemnicy, nie mogła nie podzielić się z kimś tym ciężarem.

Postanowiła, że musi z kimś o tym porozmawiać – i dobrze wiedziała, kto zasługuje na poznanie prawdy, po czym momentalnie zasnęła.

***

Obudziły go promienie słońca, padające wprost na jego twarz. Rozchylił leniwie powieki, po czym szybko zerwał się z łóżka i chwycił swoje okulary, leżące na poduszce. Założył je, a nieposłuszne srebrne oprawki bez jego zezwolenia osunęły się na sam czubek nosa. Złapał za telefon.

To była jego jedyna szansa. Nie miał wyboru. Nie rozumiał tego, ale nic nie mógł na to poradzić.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest wariatem.

Sięgnął po notes, leżący na kartonowym pudle, spełniającym rolę szafki nocnej. Nie miał jeszcze wszystkich mebli, musiał radzić sobie bez nich. Nie miał pojęcia, gdzie zostawił ołówek. Może gdy ostatnio ćwiczył, notował coś w partyturze? Wstał z łóżka i omijając zwinnie wszystkie przeszkody z ubrań, pudeł i książek, dotarł do pulpitu, stojącego obok dużego okna. Ołówka nie było.

Może zapamięta? Na pewno, ale na wszelki wypadek lepiej jest zapisać numer. Nie chciałby się pomylić.

Rozejrzał się po mieszkaniu. Chciałby szybciej zakończyć urządzanie swojego pierwszego własnego kąta, lecz przez względy finansowe nie było to proste. Był biednym studentem – grajkiem. Nie potrafił niczego, prócz gry.

Nie ruszając się z miejsca, ponownie spojrzał dookoła siebie i przypomniało mu się, że ołówek musi leżeć pod poduszką.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest niezorganizowany. Był jednak w stanie zapanować nad tym.

Wskoczył na łóżko i znalazł nieduży ołówek z IKEA. Na wszystkim trzeba oszczędzać.

Otworzył notes, odblokował telefon. Wziął głęboki oddech, potem jeszcze jeden i kilka następnych. Uśmiechnął się do siebie, jakby chcąc się pocieszyć i nagle jego telefon głośno zadzwonił. Trzęsącymi dłońmi mocniej złapał urządzenie, odbierając połączenie.

– Judy, kobieto! Nie strasz mnie, okej?

– Skąd mogłam wiedzieć, że cię przestraszę? Wpadasz dzisiaj?

– Tak. Będę po południu – odpowiedział i szybko się rozłączył.

Nieopanowanie drżącymi palcami wykręcił numer służbowy wujka. Usiadł w siadzie skrzyżnym i ostrożnie uniósł słuchawkę telefonu do ucha. Po kilku sygnałach usłyszał znajomy głos.

– Posterunek policji Vinceville, słuuucham?

– Gavin? Czy możesz połączyć mnie z komendantem?

***

Jak każdego poranka, Wolfgang rozsiadł się w wiklinowym fotelu na werandzie. Uwielbiał delektować się kawą i świeżym powietrzem jednocześnie.

Pamiętał, że jego ojciec miał podobny zwyczaj. Gdy pogoda mu nie przeszkadzała, przesiadywał przed drzwiami domu i dumał bez słowa. Nie można było mu w tym przeszkodzić – van Helfen uwielbiał ciszę i spokój. Usłyszałby nawet najdelikatniejszy szmer.

Widział, jak listonosz upycha do jego skrzynki kolejne ulotki reklamowe. Obserwował sąsiada z przeciwka, wyjeżdżającego granatowym, starym Fordem do pracy. Pomyślał, że Ford to popularna marka samochodów w tej okolicy.

Jego telefon nagle zaczął wibrować. Spojrzał na wyświetlacz i gdy zobaczył obcy numer, uznał, że zignoruje natręta. Nienawidził rozmawiać przez telefon, było to dla niego zło konieczne lub dobra wymówka – wtedy udawał, że rozmawia.

Wstał, przeciągnął się i uznał, że najwyższa pora opróżnić skrzynkę pocztową. Rzadko to robił, ale bał się, że niezadługo jego skrzynka pęknie. Ewentualnie listonosz mógł zacząć rzucać mu te śmieci na równiutko przystrzyżony trawnik, a za to Wolfgang byłby w stanie nawet zabić.

Powolnym krokiem przespacerował się przez kamienny, prosty podjazd do domu. Nie przejmował się tym, że jeszcze jest w piżamie. Miał na sobie bordowy szlafrok.
Nie spiesząc się, wyjął wszystkie papierki, przejrzał je pobieżnie – nic nowego, te same reklamy, co trzy miesiące temu. Wyciągając ostatnią garść ulotek zauważył, że trzyma w ręku coś bardzo cennego. Był to list.

Dobrze znał te koperty i specyficzny zapach przesyłki.

Jasnoszary, chropawy papier. Jego imię starannie napisane intensywnie niebieskim atramentem. Obok imienia holenderski znaczek.

Poczuł się… dziwnie. Domyślał się, co ten list oznaczał. Trzymając go jak najcenniejszy, delikatny skarb, krokiem jeszcze wolniejszym powrócił na werandę. Nie spuszczał wzroku  z wykaligrafowanego imienia. Miał w ręku coś, co jeszcze niedawno było w jego rodzinnym domu. Jak znalazło się w jego skrzynce? Czy ktoś zna jego adres?

Bez wątpienia tęsknił za dzieciństwem i chwilami, które mógł spędzić z rodziną. Jak przez mgłę widział wieczory, jak to po kąpieli jego mama urządzała teatrzyk cieni. Uśmiechnął się na samo wspomnienie i zdawało mu się, że poczuł zapach kakao. Za słodki, czekoladowo – mleczny napój był kiedyś jego nagrodą za posłuszeństwo w ciągu dnia.

Z zamyślenia wyrwał go wibrujący na niedużym stoliku telefon. Otrząsnął się lekko i gdy zobaczył, że dzwoni Boris, odetchnął z ulgą.

Nienawidził natrętów.

***

Całym ciałem naparł na ciężkie, jasne, drewniano szklane drzwi. Uderzył w niego mocny zapach kwiatów i zieleni. Musiał aż przymrużyć oczy; kwiatowa woń była intensywna a on zdawał się reagować na bodźce inaczej, niż żyjący na tym świecie wariaci.

Kwiaciarnia była jasna. Kremowe ściany, dębowa podłoga. Duże okiennice przyozdobione były lampkami choinkowymi, świecącymi na biało oraz kwiecistymi, różowymi girlandami. Donice i wazony z kwiatami były dosłownie wszędzie; nie tylko na regałach i półkach, ale także na podłodze. Dzięki temu klienci mogli odnieść wrażenie, że znajdują się w małej dżungli. W lewym kącie pomieszczenia postawiono ladę, za którą mieściły się wszystkie potrzebne do przyozdobienia bukietów przybory. Nad ladą, na ścianie umieszczono szyld – głosił on, że kwiaciarnia należała do Judy.

– Chudy, w końcu jesteś!

– Nie mów na mnie chudy!

– Pościerasz podłogę?

– Świetne powitanie, Judy!

Judy była jego najlepszą przyjaciółką. Uwielbiał ją i podziwiał.

Poznali się na uczelni, grała na wiolonczeli. Gdy zmarła jej mama, musiała zacząć sama dbać o siebie – dlatego zakończyła karierę muzyczną i postanowiła rozkręcić własny biznes. Za to właśnie ją podziwiał. Dziewczyna była jego zupełnym przeciwieństwem.

Uzupełniali się w stu procentach. Będąc bujającym w obłokach artystą o niezsynchronizowanych kończynach, potrzebował wsparcia realistki, twardo stąpającej po ziemi. Nie poradziłby sobie bez Judy. Pomagali sobie we wszystkim, choć nie wstydził się przyznać, że to ona częściej ogarniała jego problemy. Służyła dobrą radą. Najlepsza przyjaciółka pod słońcem.

Z zaplecza przyniósł wiadro z wodą i mop. Postawił narzędzia za ladą, by nie gryzły się one z wystrojem lokalu. Nie zdążył jednak pomóc przyjaciółce – dziewczyna sama postanowiła wykonać nieprzyjemne zadanie.

– No to jak, pościeram i lecimy? – spytała, wesoło spoglądając na chłopaka. Bez słowa poszedł za ladę i usiadł na fotelu szefowej. – Haaaloo, ziemia do chudego, pora zacząć żyć, dochodzi osiemnasta.

– Przepraszam – westchnął, patrząc tępo przed siebie. – Nie mam dziś nastroju. Zupełnie na nic. Zero. Nastrój sobie poszedł.

– Klarnet? – spojrzała na przyjaciela, nie przestając ścierać podłogi. Wyglądał, jakby całą noc nie spał. – Nie klarnet?

– Wiesz co, mam ogromną ochotę na wino i ciastka. Spotkajmy się na moim balkonie, dobra?

– Dobra. – Odprowadziła go wzrokiem do drzwi kwiaciarni, nieruchomo stojąc na środku lokalu. Wiedziała, że chłopak ma słabą głowę… nawet, jeśli postanowi coś przed nią ukryć, nie uda mu się to. Nie po alkoholu.

Szybko wbiegł do sklepu spożywczego. Kasjerki znały go bardzo dobrze, przychodził tu co rano po świeże wypieki. Na śniadanie zawsze jadł ciepłe rogaliki ze słodką czekoladą.

Stanął przed półką z alkoholem i jednocześnie przed trudnym wyborem. Miał z tym problem. Podejmowanie decyzji za każdym razem było dla niego szeregiem uderzających mu do głowy myśli, nawet najprostszy wybór wina sprawił mu kłopot. Uniósł palcem okrągłe okulary. Okulary zjechały na czubek nosa.

– Pomóc ci? – młoda ekspedientka w zielonym uniformie i czarnym fartuszku uśmiechnęła się do niego zachęcająco. – Z jakiej okazji szukasz… to znaczy pan, pan szuka wina?

– Chciałbym zwykłe, tanie, czerwone i słodkie… wino. Kilka butelek. –Sięgnął do tylnej kieszeni spodni po skromny, czarny portfelik. Pomyślał, że Judy przecież odda mu część pieniędzy, zawsze dzielili się wspólnymi wydatkami. – I wystarczy Dan, mam na imię Daniel.

– Polecam to, napój przypominający wino. Słodki.– Dziewczyna sięgnęła po butelkę i pokazała mu jej wybór. Skinął głową, uśmiechając się niepewnie. Naprawdę nie znał się na alkoholu.

– Poproszę sze… siedem butelek. I dobre, kruche ciastka.

– Będziesz coś świętował? – zszokowana ekspedientka starała się być miła. Podtrzymywała z nim rozmowę, a on sam nie wiedział, dlaczego. Tego dnia nie miał głowy do bycia ultra-miłym.

– Taa, będę świętował. Wniosę potężny toast za swoją głupotę – parsknął, płacąc za zakupy.

***

 Judy bez pukania weszła do mieszkania przyjaciela. Rozejrzała się po pomieszczeniu. W przedpokoju przywitały ją rozrzucone buty oraz używane, szare skarpety. Kurtka leżała pod wieszakiem.

Wiedziała, że to nie będzie łatwa rozmowa – mimo alkoholu, który obiecał jej chłopak.

– Dan? – krzyknęła z kuchni. Opróżniona butelka czerwonego wina, stojąca na blacie nie wróżyła nic dobrego.

Spojrzała w głąb małego mieszkania. Usłyszała cichy głosik, dochodzący z balkonu. Śpiewał nieznaną jej pieśń, brzmiącą bardzo źle. Z góry obstawiła, że to świeża kompozycja młodego muzyka.

– Daniel, tu jesteś. Dlaczego się nie odzywasz, gdy cię wołam?

– Och, Judy! Jestem skończonym draniem. Idiotą patentowanym. Wolę się nie odzywać, niż mówić za dużo. Gdy mówię za dużo, źle się to dla mnie kończy, kochana! – zaszlochał Dan. Siedział przy małym stoliku – w wiklinowym fotelu, obok opróżnionej do połowy butelki wina i nienapoczętej paczki ciastek z czekoladą.  Szczupłe policzki pokrył rumieniec. Ciągle przeczesywane pasma lśniących włosów bezwiednie opadły na jego czoło.

– Pijesz z butelki? – dziewczyna usiadła w fotelu naprzeciw.

– Ty też ciągnij z gwinta, Judy. – Spojrzał na przyjaciółkę. Na jej długie, kasztanowe włosy, piegi na zgrabnym nosie i piękne, niebieskie oczy. Dlaczego nie mógł docenić jej uroku?

– Dan, uspokój się! Przestań się nad sobą użalać. Powiedz w końcu, co się stało?

– I tu jest piesiątko pogrzebane, Judy! Nie stało się nic, albo… Ach, kochana! Stało się zbyt wiele. Zbyt wiele się stało, zbyt wiele, zbyyyt… – oparł czoło o blat drewnianego stolika.

– Chodzi o tego mężczyznę? Tego z Vinceville? – spytała, patrząc na przyjaciela, jednak nie usłyszała odpowiedzi. Daniel zarumienił się mocniej, po uszy.

Sięgnęła po butelkę wina i upiła dwa łyki. Otworzyła ciasteczka, po czym podciągnęła kolana pod swoją brodę. Kucając na krześle, wcisnęła ciastko do swoich ust i postanowiła zacząć przemowę.

– Słuchaj, Dan. Ogarnij się. Zrobie własny research, poznam jego kumpli. Dogadamy się z nimi, a potem poznamy ciebie i tego, jak mu tam…

– Wolfganga – wymamrotał prosto w stół. Judy zdębiała.

– Wolfgang? Wow, chłopie. Nieźle wybrałeś – podniosła brwi zabawnie, lecz chłopak tego nie widział. Bez nadziei wciskał swoją głowę w blat, mając nadzieję, że ten w końcu go pochłonie. – Ile on ma lat?

– Nie wiem. Daję mu trzydzieści.

– Daniel, jesteś pewien, że tego chcesz? – Judy spytała zaniepokojona. Ten tylko podniósł się powoli ze stolika i spojrzał na nią bezemocjonalnie. – Wiesz, różnica wieku jest w sumie… spora. Nie jeden by cię chciał, młodszy, w twoim wieku…

– Judy, proszę cię! Nie praw mi morałów – odparł cicho i dodał po chwili – Sam nie wiem, co w nim zobaczyłem. Wyglądał na głupiego.

– I jest stary. Widzisz, warto dać sobie z nim spokój. Nie jest wart…

– O nie, Judy! – przerwał jej, podnosząc wysoko palec. Zmierzył ją wzrokiem, starając się wyglądać groźnie. – Jest wart moich starań. To się czuje w sercu jak lawa gorącym, moja droga.

Sięgnął po ciasteczka; wsadził ich kilka do ust. Zamknął oczy, jakby chciał medytować, ciągle przeżuwając słodycze.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Pijany Daniel był wkurzający, ale i tak ją rozbrajał.

♥ Walentynkowy deser jaglany ♥

Z okazji walentynek postanowiłam pokazać Wam, co słodkiego możecie wyczarować w dniu zakochanych.

Czy tylko ja sądzę, że jedzenie to świetny upominek? Ukochana osoba na pewno doceni nasze starania. Przez żołądek do serca, pamiętajcie o tym, Borsuczki!

2.jpg

Ten krótki przepis jest idealny na desery, śniadania, sycące przekąski. Świetnie obrazuje, jak bardzo słaba jestem w gotowaniu.
Na szczęście mój brak umiejętności nadrabiam kreatywnością! Dlatego właśnie deser jaglany przygotowałam nieco inaczej, niż wszyscy.

Prosty przepis, prosta sprawa! Jedyną trudnością może być kasza – ważne, żeby niczego nie przypalić. Jeśli dacie sobie radę z tym ważnym zadaniem, deser z pewnością będzie udany.

♥♥♥

1.jpg

 W tym przepysznym deserze najcudowniejsze jest to, że można go jeść z czym tylko się chce. Wszystkie kombinacje dodatkowe będą się nadawały.
Na zimno, na ciepło, na śniadanie, kolację. Co więcej, ten deserek jest zdrowy – wykonany z uwielbianej przez wszystkich zdrowotnych freaków kaszy jaglanej. Idealny dla czytelników żądnych kreatywności. Halo, kreatywna policja? Mam na celowniku naturalną zdrową słodkość, przy której mogę wykorzystać swój zmysł twórczy. Czego chcieć więcej?

♥♥♥

wal przepis.jpg

♥♥♥

O dobroci kaszy jaglanej chyba nie trzeba wspominać! To nie tylko pyszny, ale też zdrowy, prosty i szybki w wykonaniu słodycz.

Mój deser był niesłodzony.
Zdecydowałam się na dwie wersje – podstawową z rozmrożonymi truskawkami oraz kakaową z mandarynkami.
Osobiście wolę jasny budyń.

3.jpg

Deser wychodzi kremowy, gęsty, pyszny. Smak kaszy dla mnie nie był mocno wyczuwalny.
Robiąc go mamy tak wiele możliwości, że nadaje się na każdą okazję i porę. Ja żałuję, że wcześniej go nie wykonywałam! Teraz na pewno będzie częstym gościem na moim stole i zamiennikiem świątecznych ciast i deserów.

Jakie macie pomysły na dodatki do jaglanego budyniu?

Zuza ♥