Rozdział VII – „Niefortunny wypadek…?”

ROZDZIAŁ VII

Niefortunny wypadek..?

 

W bramie miasteczka Vinceville postanowili rozdzielić się na dwie grupy.

Grupa pierwsza, do której należeli Liliana i Daniel, miała za zadanie dowiedzieć się czegoś na temat topielicy, którą poprzednim razem widzieli.

Na barkach Judy ciążył obowiązek trzymania Wolfganga z dala od posterunku. Lepiej było nie zadzierać z policją.

Poinformowała go, że pójdzie do toalety. Nie należał do cierpliwych, nie mógł stać w jednym miejscu – nie w tak stresującej chwili.

Chciał zadzwonić do Borisa, jednak ten nie odbierał. Wziął dziś wolne, to u niego nowość. Miał kłopoty z Claire, która udaje kogoś, kim nie jest – zrozumiałe, że potrzebował czasu wolnego.

Nie wierzył w to, o czym mówiła Lilka. Mimo, że ta nigdy się nie myli. Przez dwadzieścia dziewięć lat był jedynakiem. To niemożliwe, że nagle ma siostrę, choć był to duży kawał pokręconej układanki, który o dziwo pasował. Dopóki sam się nie upewni, nie uwierzy w to.

Ten ciężki dzień dłużył się niemiłosiernie. Sekundy były dla niego godzinami.

Przechadzając się po wąskiej uliczce miasteczka, spoglądał w nisko osadzone okna budynków. Ludzie wydawali się go rozpoznawać. W to nie wątpił, w końcu ostatnio nieźle tu namieszał. Powinien wrócić przed bramę, by Judy się nie martwiła, lecz usłyszał Głos. Nazywanie go tak sprawiało mu niemałą przyjemność, pomimo to chciał wysilić się i wymyślić lepsze, pieszczotliwe przezwisko.

– Wolf? Co ty tutaj robisz? Gdzie Judy? – krzyczał Daniel, idąc obok Liliany i posterunkowego.

– Poszła do toalety, a ja się nudziłem. – Na te słowa młody zaklął. Nastolatka z przerażeniem zakryła usta dłońmi.

– No to mamy problem – stwierdził policjant.

– Wiecie coś? – zignorował go. Nie wierzył, że sprawa topielicy jest ważna. Samobójstwo kobiety z Vinceville nie mogło mieć nic wspólnego ze sprawą jego rodziny.

– Znamy nazwisko zmarłej, Helfen. Nazywała się Judy Colton.

– Tak samo, jak moja Judy, Wolf. To ta sama osoba. – Zdenerwowany chłopak uważnie patrzył na szlachcica.

– Nie rozumiem – odparł bezemocjonalnie. – Niczego nie rozumiem. Nie wiem, co się dzieje.

– Idziemy nad jezioro. Trzeba znaleźć panią Colton i wyłowić ją drugi raz – posterunkowy powiedział stanowczo, omijając mężczyznę. – Wataha dziwaków idzie za mną.

– Wataha dziwaków?

– Zadajesz dziwne pytania, Wolfie – ucięła Liliana, podążając za policjantem.

Spacerował po molo nad jeziorem Vince.

Spokojna okolica jego rodzinnej miejscowości zawsze działała na niego dobrze. Szum wody koił nerwy, których tracił dużo na uczelni i przy pulpicie.

Budki z hot-dogami, grille i kiełbaski. Odkąd Vinceville odwiedza coraz więcej londyńczyków, biznes fast-foodowy kwitnie. Nawet stoiska z pachnącą niezdrowym, starym tłuszczem żywnością nie przyćmiły uroku miejscowości. To najpiękniejsze miasteczko na świecie.

Słońce raziło go w oczy, lecz nie przeszkadzało mu to. W Vinceville wszystko staje się wspaniałe.

Zobaczył Judy. Stała na końcu pomostu, rozmawiała z facetem, który tego samego dnia ukradł jego rower. Fakt – narzekał na drania. Nie lubił być obiektem drwin. To, że jednoślad nie był zabezpieczony nie oznacza, że do nikogo nie należał.

Miastowi z Londynu zawsze drwili z mieszkańców miasteczka, a jednak nadal tu przyjeżdżali. Vinceville miało ogromny urok.

Zauważył, że mieszczuch zdenerwował dziewczynę. Gestykulowała, zmarszczyła mały nosek. Zdecydowanie się kłócili. Van-Coś nachylił się nad nią lekko. Różnica wzrostu była duża pomiędzy nimi. Judy mierzyła zaledwie metr sześćdziesiąt.

Miał poprosić o colę. Obserwując przyjaciółkę stanął w kolejce po napoje.

Facet odepchnął ją mocno. Judy wpadła do wody.

Chciał zerwać się i pobiec, by ją uratować, ale nie był w stanie, gdy drań odwrócił się w jego stronę.

Przyjrzał się jego twarzy. Duże, ciemnoniebieskie oczy wydawały się być przerażone. Palce zatopiły się w ciemnych loczkach. Ubrany w jeansowe spodnie i czerwony podkoszulek…

– Jeansowe spodnie i czerwony podkoszulek? – Wolfgang patrzył na niego z niedowierzaniem. – Jak mogłeś mnie tak ubrać?

– Och, Wolfgang. Nie miałem pojęcia, że jesteś z tych w garniakach, którzy mają własnego szofera. Choć twoje imię…

– Mamy duży problem, wataho. Duży, bardzo duży problem. Niezrozumiały – powiedział Gavin i skinął głową w stronę jeziora.

Spokojna tafla tkwiła w bezruchu. W tym samym miejscu, co poprzednio, pływało ciało. Kasztanowe, długie włosy okalały głowę kobiety. Nie widzieli twarzy. Biała, długa sukienka unosiła się na wodzie.

– Czy to Judy Colton? – spytał.

– Tak, to Judy Colton – wymamrotał Dan, niedowierzając.

Wszyscy stanęli nad jej zwłokami i patrzyli. Żadne z nich nie miało sił, by chociażby się poruszyć.

 

***

 

Wrócili do domu autobusem.

Martwiła się o Borisa. W drodze postanowiła, że zadzwoni do niego, gdy odpocznie. Wolfgang wytłumaczył jej, że przyjaciel potrzebuje teraz samotności, lecz ona miała złe przeczucia.

Ponowny widok ciała topielicy wywarł na niej zdecydowanie mniejsze wrażenie. Nie była przerażona, choć dziewczynę poznała osobiście. Czuła się po prostu nieswojo.

W domu powitał ją zapach sernika. Nie poprawiło to jej humoru. Bez słowa powłóczyła nogami do kuchni. Babcia spojrzała na nią z uwagą.

– Lilusia? Gdzie byliście?

– To był długi i ciężki dzień, babciu – westchnęła, bezsilnie opadając na krzesło przy stole. Kuchnia nie była duża, dzięki czemu sprawiała wrażenie przytulnej. Stół postawiony niedaleko okien oddzielony był od części kuchennej niewysoką ladą. W każdym kącie pomieszczenia można było znaleźć gustowne bibeloty – przez babcine zamiłowanie do zbierania ich. Tak samo jak cały domek, kuchnia nie wyróżniała się niczym szczególnym. – Gdzie mama?

– Nastawia pranie – odparła, stawiając przed wnuczką talerz z jeszcze ciepłym ciastem. – Chcesz kakao?

– Poproszę. – Wbiła widelec w miękki sernik.

– Liluś, o co chodzi? Coś z panem Wolfgangiem?

– No, trochę. Zmarł jego ojciec.

– Och, to dlatego była tu pani Claire. – Kobieta podała nastolatce kakao, sama w ręku trzymała swój kubek z czekoladowym napojem.

Niewysoka, pełna energii, dzielnie zajmowała się domem po tragicznej śmierci syna. Pomagała owdowiałej synowej i swojej wnuczce, jak najlepiej potrafiła. Marc zginął podczas interwencji wojskowej niedługo po narodzinach córki. Dziewczyna znała ojca ze zdjęć i opowieści.

– Liluś, jesteś nareszcie! – Terez wbiegła do kuchni, z torebką w ręku. – Rozpadało się? Pochmurnie jest. Dostałam wezwanie, kobietki. Lecę do szpitala.

– Mamo, a co z Claire?

– Zostawiła list dla Wolfganga. I proszę cię, następnym razem nie włócz się z nim tak długo. Cały dzień was nie było, ten mężczyzna jest starszy od ciebie, Lil.

Kobieta – z zawodu pielęgniarka, wybiegła z domu.

Zostawiła dla niego list, więc pewnie to ona zostaje wezwana do domu.

– Wolfgang będzie miał chłopaka. – Na tę informację Sophie rozszerzyła oczy i podniosła brwi, uśmiechając się.

– Poważnie? – usiadła obok wnuczki. Położyła jej dłoń na szczupłym ramieniu.

– Ma na imię Daniel, jest studentem. Ładny blondynek. – Wgryzła się w kawałek ciastka, starając się zapomnieć o Borisie, Judy i innych dziwnych przypadkach.

***

Jak teraz będzie żył? Marnie.
To jedyna odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące życia bez Judy.
Nie docierały do niego informacje o dziwnych wydarzeniach, powtarzających się wypadkach, snach i… śmierci Judy.

Śmierć Judy. Śmierć? Och nie, to niemożliwe. Nie mogła umrzeć dwukrotnie. Gdy pobiegnie do jej kwiaciarni, na pewno tam będzie. Uśmiechnie się do niego, powie, że jest chudy, nierozgarnięty i uroczy.
To najlepszy plan. Tak właśnie będzie.

Z rozwiązaną sznurówką białego buta, nie zwracając uwagi na deszcz, stał przed drzwiami Kwiaciarni Judy. Dziewczyna nie była kreatywna. Nie wysiliła się, myśląc nad nazwą.  Zgaszone światła nie wróżyły niczego, co by go uszczęśliwiło. Jak zwykle naparł mocno na drzwi, które powinny ustąpić sile jego ciała. Powinny otworzyć się. Intensywny zapach kwiatów powinien uderzyć w jego nozdrza, a on powinien przymrużyć oczy. Judy powinna zaprosić go do środka, nakazać starcie podłogi – a potem sama ją myć. Powinni wyjść razem na spacer, rozmawiać o niczym. Powinni.

Dzwoniący telefon niemalże wypadł mu z rąk, gdy nieudolnie starał się wyciągnąć go z kieszeni jasnych, luźnych jeansów. Trzęsącą się dłonią odebrał połączenie.

– Halo?

– Daniel? Tu Liliana. Koniecznie musimy się spotkać.


Teraz i ja widzę, że rozdział jest znacznie krótszy.

Nie wiem, od czego zależy długość rozdziałów, nie starałam się, by były równe. Pisałam tak, jak czułam. Wybaczcie!

Mam nadzieję, że Wam się podobało. Zostały mi do dodania tylko dwa rozdziały! Historia pierwszej części dobiega końca. Jestem ciekawa, co o niej sądzicie i jaki koniec podejrzewacie? Aż się boję!

Zostawiajcie komentarze, bardzo miło byłoby poczytać Wasze opinie. Wytykajcie błędy.

Zuza 😉

Advertisements

6 thoughts on “Rozdział VII – „Niefortunny wypadek…?”

  1. NIE WIERZĘ! TYLE CZEKAŁAM NA ROZDZIAŁ. TAK BARDZO POLUBIŁAM JUDY. A TY… CO?! JAK MOGŁAŚ?!??!
    wroce tu i napiszę normalny komentarz ale na razie muszę się uspokoić

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wróciłam, musiałam wyjść na spacer z psem i dużo zjeść żeby tu wrócić i się powkurzać! Zuzekuuu, ja ciebie uduszę.
      Co to ma znaczyć? Dlaczego Judy jest topielicą? Hej, to jest chore! CHORE! Jak ty to wymyśliłaś i dlaczego ją usmierciłaś?
      Nie umiem tego ułożyć sobie w czasie nawet. Jak ona mogła umrzeć drugi raz? Wyciągają ją PONOWNIE i na to nie reagują w sumie..Wcale? Policjant też zero emocji, zero w ogóle?
      To się robi dziwne, aż za bardzo, nie wiem, czego się spodziewać dalej i boję się tego co możesz wymyślić. Kurczę, jesteś genialną pisarką.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Już myślałam, że Cię zawiodłam i nie jesteś zadowolona z lektury, aż nagle przeczytałam ostatnie zdanie. Dziękuję Ci bardzo za zalążek zawału z powodu komentarzy XD

        Lubię to

  2. Nie wierzę 😀 Co tu się porobiło? Ja tu wyczuwam niezły fragment inspirowany fantastyką. Biedny Daniel! Cholerka, jego emocje się tak czuje od razu, że aż mi niedobrze z tego wszystkiego. Smutek i nadzieja, że Judy jednak żyje, niestety bezsensowna. Z tym, że nie wiem jak ona może umierać w nieskończoność, o co tu chodzi… to musi być oniryzm 😀
    Czekam na następny rozdział jak na kawałek dobrego ciastka! Z niecierpliwością.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s