Rozdział *I* – „Poszukiwani”

Najdroższe Borsuczki! ❤

Niektórzy odgadli, co mam na myśli, pisząc i mówiąc o wpisie – niespodziance.
Tak jest, moi mili! To pierwszy rozdział specjalny opowiadania!

Powstał nagle, zupełnie niespodziewanie, pod wpływem impulsu. Bywam bardzo impulsywna. Tym razem – mam nadzieję, że – mój impuls szczęśliwie okazał się być bodźcem do stworzenia czegoś, co Was usatysfakcjonuje.

Niezwykle ciężko pisze się takie rozdziały. Nie zrozumcie mnie źle – pisało mi się świetnie! Chodzi mi o kombinacje, które trzeba stosować, by uniknąć dramatycznej wpadki z wyjawieniem fabuły z oficjalnej drugiej części, która wciąż się pisze.
Koniecznie przeczytajcie podany Wam na świąteczny deser rozdział – i w wolnych chwilach piszcie, co o nim sądzicie!

Nie będę przedłużać – przechodzę do treści:


ROZDZIAŁ *I*

„Poszukiwani”

— Czy mogę mieć pytanie?

— Wal.

— Dlaczego zawsze śpiewasz tę samą piosenkę, gdy gdzieś jedziemy? – spojrzał na partnera badawczym wzrokiem, starając się powstrzymać mimowolnie wkradający się na jego twarz uśmiech.

— Ta melodia działa na mnie niezwykle uspokajająco. Jestem zestresowany. – Stukając dłońmi w kolana, w przyspieszonym tempie zanucił kolejną frazę Clementine. Głośno przełknął ślinę, po czym założył na nos duże okulary przeciwsłoneczne.

— Twoje okulary wyglądają jak z kosmosu, Wolf. Nie pasują ci do koszuli, to zupełnie inna bajka. Kosmiczna bajka.

— Przestań – warknął, spozierając z ukosa.

— Wyglądasz trochę jak ufolud. Krótkie włosy, okulary nie z tego świata. Dramat.

— Przestań – powtórzył nieco głośniej, nerwowym ruchem ściągając okulary. Wiedział, że wybór sportowych dodatków do eleganckiej stylizacji nie będzie trafny. Nie był idiotą i miał wyczucie stylu – tak samo wyborne, jak poczucie humoru.

— Boisz się mojej rodziny, Wolf? Naprawdę nie musisz, naprawdę. Na pewno cię polubią. Jestem pewien, że będziesz się świetnie dogadywał z moim tatą, a mama zdecydowanie się w tobie zakocha, to pewne. Za to Gaby i Tommy…

Wolfgang uśmiechnął się. Uważnie słuchał, co Daniel ma do powiedzenia, wyglądając przez autobusowe okno na piękne widoki okolicy Vinceville.
Poprzednią Wielkanoc spędził ze swoim najlepszym przyjacielem. Z sentymentem wspomniał święta w ich wykonaniu – pełne grillowanych potraw i jego ukochanej whisky. Każdy wczesnowiosenny dzień wydawał się na chwilę przebiec mu przed oczyma; zobaczył szczery uśmiech szofera, jego popisy żonglerskie obok rozżarzonych węgli i gorącego rusztu, toasty wznoszone na cześć ich przyjaźni. Każde wspomnienie wydawało się być nierealne, jednak przychodziło do jego głowy i kreowało się, jak najlepszy seans w kinie.

— Wolfgang, czy ty mnie słuchasz? Ja się produkuję, całkowicie blisko ciebie, plotę jakieś dyrdymały i nie słyszę reakcji. Chcę usłyszeć reakcję. – Chłopak zmarszczył brwi, wsuwając okrągłe oprawki na właściwe miejsce. Ciężkie szkła zsunęły się na czubek zgrabnego nosa.

— Kocham twoje słowotoki, Dan. Po prostu kocham – zachichotał szlachcic.

***

Nie musiała otwierać oczu, by wiedzieć, gdzie jest. Czuła obok siebie jego obecność.
Zapach kolejnego z gotowych zestawów śniadaniowych sprawił, że zaburczało jej w brzuchu. Nie miała ochoty wstawać i rozmawiać z nim – wiedziała jednak, że nie zdoła dłużej udawać, że śpi.
Niczym w zwolnionym tempie słyszała, jak nabiera powietrze, by wypowiedzieć powitalne zdanie. Miała nieodpartą ochotę, by zatkać uszy palcami wskazującymi. Zamiast tego postanowiła otworzyć oczy i zacząć żyć.

— Dzień dobry, słoneczko! Dobrze ci się spało?

— Nasz sportowiec jak zwykle we wspaniałym humorze… – wyjęczała znudzona.

— Za to nasz młody Sherlock znowu nie w sosie. Kupiłem śniadanie, trzymaj. – Wręczył jej pakunek i uśmiechnął się szeroko.

— Jaki mamy dziś dzień? – zapytała, siląc się na uśmiech. Wymuszony wyglądał na jej twarzy naturalnie.

— Niedziela. Niedziela Wielkanocna.

— Takie dni spędza się z rodziną. Zazwyczaj.

Boris uśmiechnął się jeszcze szerzej, niż zwykle. Sięgnął do kieszeni bluzy i wyciągnął trzy niewielkie czekoladowe jajka – zawinięte w kolorowe sreberka.
— Wesołych Świąt, Lilci. – Wręczył dziewczynie słodycze. Liliana wybuchnęła śmiechem. Przyjęła słodki upominek i ważąc czekoladki w dłoni, spojrzała na szofera.

— Dziękuję, Boris. Bardzo dziękuję – odparła, spuszczając głowę.
Przyjrzała się małym jajeczkom. Różnobarwne, błyszczące opakowania skrywały czekoladową słodycz. Odłożyła cukierki, chcąc zostawić je na deser, lecz straciła apetyt na jedzenie czegokolwiek. Musiała ukryć wzruszenie, które odebrało jej mowę. W gardle czuła nieprzyjemny uścisk, łzy napłynęły jej do oczu.

Kolejny raz pomyślała, że Boris jest naprawdę dobrym człowiekiem.

***

Vinceville – jego rodzinna miejscowość, w której się wychował, tej wiosny była jeszcze bardziej kolorowa, niż poprzednim razem.
Kwiaty zdobiły każde nieduże okienko stojących obok siebie kamienic i domów. Zieleń młodych listków drzew ożywiała kamienne miasteczko.

Z całych sił zaciągnął się świeżym powietrzem, stojąc przed malutkim domem rodziców. Poprawił okulary, wsuwając je na odpowiednie miejsce, a te jak zwykle zsunęły się nieposłusznie. Wsunął je ponownie – srebrne oprawki znów opadły, zatrzymując się na czubku nosa. Zezując uniósł je palcem wskazującym – powoli, próbując zachować spokój. Eleganckie okulary kolejny raz obsunęły się.

— Powinieneś odwiedzić optyka, synu. W święta jest zamknięte, ale możecie zostać na kilka dni, wybierzesz nowe oprawki.

— Nie potrzebuję, te mi odpowiadają. Są stylowe i mi pasują.

— Za to okulary twojego Wolfisia… – mężczyzna skrzywił się na samo wspomnienie widoku szlachcica w specyficznych sportowych okularach przeciwsłonecznych. Mimowolnie spojrzał na stojącego nieopodal van Helfena i momentalnie spłonił się ze wstydu. Wolfgang patrzył na nich, przysłuchiwał się uważnie i spotykając wzrok ojca swojego partnera uśmiechnął się, krzyżując ręce na piersi.

— Mówiłem mu! – usprawiedliwił się Daniel. Sportowe okulary nie współgrały z błękitną koszulą i granatowymi, eleganckimi spodniami. Dobrze, że nie założył sandałów – to byłoby przegięcie.

— … jak z kosmosu, inna bajka zupełnie.

Wolfgang westchnął ostentacyjnie. Nie czuł się tu dobrze.

Mimo, że zgodnie z zapewnieniami Daniela jego rodzina zaakceptowała go, czuł się nieswojo.
Mimo, że atmosfera uroczego miasteczka opanowała każdy kąt niewielkiego domu, czuł się naprawdę źle. Wspólne posiłki, miłe rozmowy, luźne pogawędki z rodzicami, przekomarzanie się z rodzeństwem – to wszystko Daniel miał na wyciągnięcie ręki od urodzenia. Dla niego Wielkanocny obiad był czymś naturalnym; potrafił śmiać się z żartów ojca, puszczać oczko do matki, gdy ta zalotnie uśmiechała się do szlachcica. Swobodnie bawił się z młodszym rodzeństwem; gonił ich po salonie, łaskotał, podrzucał do góry lub czołgał się pod stół, by poznać nowe bazy dowodzenia dzieciaków. Świetnie odnalazł się w tej sytuacji. To dla niego normalne.

Westchnął ponownie, tym razem szczerze i ze zmartwieniem. Naprawdę nie czuł się tu dobrze. Rodzinne obiady pamiętał jako nudny czas, spędzany w ciszy – przy delikatnym akompaniamencie sztućców muskających porcelanowe talerze.

Rozejrzał się dookoła. Ogródek oddzielony od ulicy żywopłotem był tak mały, że skromny, prostokątny stół i sześć krzeseł zajęły praktycznie całą jego przestrzeń. Szlifowane kamienie wyznaczały krótką trasę poza jego granice.

Z drzwi, obok których stał, wybiegły dzieci – Gaby i Tommy, rodzeństwo Daniela.
Dziewczynka – długowłosa blondyneczka o okrągłych policzkach, popchnęła lekko brata bliźniaka, piegowatego malca – jej wierną kopię. Chłopiec upadł na trawnik i bez chwili namysłu wstał, wytrzepał jasne spodnie i pobiegł za siostrą. Wszyscy świadkowie zdarzenia zignorowali zielone plamy na kolanach.

Do ogrodu weszła Janette, mama Daniela. Według Wolfganga, kobieta mogła mieć około czterdzieści pięć lat. Niewysoka, ubrana w zwiewną, wiosenną sukienkę w kwiaty, w rękach niosła tacę z dzbankiem pełnym lemoniady i szklankami. Siwiejące blond włosy przewiązała niebieską wstążką. Uśmiechnęła się do męża i syna (swoją drogą ci prawdopodobnie nadal plotkowali o jego sportowych okularach, które miał w kieszeni), sięgnęła po dwie szklaneczki. Nalała do nich orzeźwiający napój, po czym zawołała bliźniaków. Dzieci musiały napoić się przed poszukiwaniami słodkich, czekoladowych jajeczek.

— Wolfgangu, napijesz się lemoniady? – spytała, trzymając dzban w ręku. Posłała mu ciepły uśmiech.

Nie chciał wierzyć, że to się dzieje naprawdę. Czuł się tak, jakby właśnie był na planie starego filmu. Wszedł do telewizora, aby pokolorować czarno-białą projekcję. Święta jak z obrazka. Zrobiło mu się niedobrze i aż ocknął się, patrząc na kobietę. Matka idealna.

— Dziękuję. Przepraszam. – Tylko tyle zdołał wydusić z siebie. Omijając uroczy obrazek, wyszedł na ulicę Vinceville. Nie chciał, aby jego zachowanie odebrano jako nietaktowne, lecz musiał pooddychać w spokoju. Wierzył, że Dan wytłumaczy rodzicom, skąd się wzięła jego reakcja na rodzinne szczęście.  — Kolorowe życie w niedużej chatce. Święta rodzina. – klął pod nosem, uciekając jak najdalej od rodzinnego domu Daniela.

***

Siedziała nieruchomo przy suto zastawionym, eleganckim i dużym stole.

W bogatym pałacu można było znaleźć tylko jeden przesadnie elegancki pokój jadalniany. Brązowe ściany ze złotymi ornamentami przygnębiały ją – przynajmniej tę wersję wolała dopuszczać do siebie. Nie miała zamiaru inaczej tłumaczyć sobie swojego złego nastroju.
Złote świeczniki, ozdobna porcelana. Drewniany stół okryty śnieżnobiałym obrusem nie uginał się pod ciężarem potraw i zastawy. Plastikowe stoły, przy których jadała przez ostatnie lata, nie były tak wytrzymałe.

Do pomieszczenia wkroczyła starsza kobieta. Dumnym krokiem podeszła do stołu. Odchrząknęła.
Claire spojrzała na nią, zamyślona. Lekko potrząsnęła głową i wstała szybko.

— Dzień dobry, mamo.

— Dzień dobry, Leonore. Siadaj. – Najstarsza z rodu van Helfen poprawiła krótko obcięte, zakręcone na wałkach siwe włosy i usiadła obok córki. –– Zwolniłam już służbę. Należy im się odpoczynek w święta.

— Dobra decyzja, mamo – odparła, nie podnosząc wzroku z pustego talerza.

— Bynajmniej nie potrzebuję twojej aprobaty. – Lisa powolnym ruchem sięgnęła po wazę z zupą, spoglądając na Claire znacząco. Nie doczekała się reakcji, na co głośno westchnęła. Córka ponownie się ocknęła.

— Przepraszam. Pomóc ci, mamo? – Skierowała wzrok na kobietę. Matka bezemocjonalnie patrzyła w jej oczy. Poczuła się… dziwnie.

Wiele lat czekała na powrót do rodzinnego domu. Żyjąc u boku Borisa, przyglądając się Wolfgangowi i donosząc rodzicielce o wybrykach brata miała wrażenie, że po zakończeniu swojej misji będzie najszczęśliwszą córką, jaką zna świat. Oczyma wyobraźni widziała swój powrót – szczęśliwa, że w końcu będzie się nią zajmować wykwalifikowana służba, dosłownie nie mogła doczekać się rozmów z matką. Wyobrażała sobie konwersacje o sztuce, literaturze, polityce. Postać Lisy urosła do rangi bogini – Claire każdego dnia wstawała z łóżka z myślą, że coraz bliżej jest powrotu do domu, do wspaniałej kobiety, wykształconej, dumnej królowej.

Zderzenie z rzeczywistością cholernie ją bolało. Oschła, podła kobieta nie była taką, jaką pamiętała z wczesnych lat dzieciństwa. Miała wrażenie, że życie bez dzieci ją wyniszczyło – być może realna, a być może złudna nadzieja na to, że z powodu tęsknoty zmienił się charakter Lisy, trzymała ją w Holandii.

W jej głowie pojawiła się myśl i nie potrafiła się powstrzymać, by nie wyjawić na głos swojego nagłego pragnienia.

— Chciałabym, by był z nami Wolfgang.

Lisa zamarła. Całe jej ciało spięło się, jakby w oczekiwaniu na kolejny słowny cios. Pomalowane na naturalny różowy kolor usta wyglądały teraz jak dwie cienkie kreseczki. Podbródek zadrżał podejrzanie.

— Mamo, Wolfgang jest cudownym mężczyzną.

— Milcz… – warknęła przez zaciśnięte zęby. Na delikatnie wyróżowanych policzkach widać było emocjonalną czerwień. Czoło powoli zmarszczało się coraz bardziej.

— Dlaczego nie chcesz o nim rozmawiać? To twój syn, mamo…

— Milcz! – krzyknęła, wstając od stołu. Rozzłoszczona spojrzała kolejny raz na córkę. Złożyła ręce w pięści, zamknęła oczy i westchnęła głęboko. –– Wiem, że jest cudownym mężczyzną. Wiem to, Leonore. Wiem.

Szybkim krokiem wyszła z pokoju. Claire po krótkiej chwili usłyszała głośne trzaśnięcie drzwi sypialni matki. Po huku nastała błoga cisza. Uśmiechnęła się do siebie i sięgnęła po wazę z zupą.

Przynajmniej będzie mogła zjeść w spokoju – bez dbałości o bezbłędne zachowanie przy stole. A później po sobie posprzątać.

***

Gaby i Tommy szli przodem, trzymając mocno swoje nieduże koszyki.

Nie było to utrzymywaną od pokoleń tradycją. Prekursorem zwyczaju szukania jajek był Daniel. Mając młodsze rodzeństwo, nastoletni chłopak wymyślał jak najwięcej nowych zabaw i zajęć. W Vinceville żadne z dzieci nie chodziło z koszykiem po mieście – oprócz dzielnych bliźniaków.

— Dan, a gdzie się podział twój chłopak? – zapytała melodyjnie rezolutna dziewczynka. Przystanęła, w oczekiwaniu na dużego brata i wyciągnęła wolną dłoń w jego stronę.

— Szczerze, Gab? Nie mam pojęcia. Źle się poczuł, musiał wyjść na spacer.

— Nie boisz się, że się zgubi? Długo nie wraca.

— No co ty! Wolf to duży chłopak, wiesz? – Nachylił się i szybko cmoknął ją w czubek głowy. Mała zaśmiała się uroczo i ścisnęła mocniej jego dłoń.

— Twój chłopak ma ładne okulary – wypowiedziała, na co Tommy żywo zareagował.

— O tak, ma ładne okulary.

— Młodzi, nie śmiejcie się z jego okularów! – Rodzeństwo roześmiało się jeszcze głośniej. Daniel westchnął z uśmiechem. – Do roboty, szukać jajek! Zajączek na pewno dużo ich dla was zostawił.

Do domu wrócili po ponad trzech godzinach poszukiwań. Usatysfakcjonowane, brudne czekoladą bliźniaki dźwigały za sobą koszyczki pełne słodyczy. Podejrzewał, że wiele czekoladek podrzucili sąsiedzi – w tym roku dzieciaki uzbierały w parku zapas czekoladek na kilka tygodni. Mieszkający nieopodal mili ludzie ukrywali słodycze, by jego rodzeństwo mogło nacieszyć się tym szczególnym czasem w swój dziecięcy sposób.

Żartując i śmiejąc się głośno, weszli razem do ogródka. Machinalnie rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu Wolfganga. Przy stole siedzieli tylko rodzice.

— Gaby, musisz umyć ryjek. Jesteś cała w błocie, świnko! – Zażartował, a siostrzyczka zachrumkała w odpowiedzi. Grzeczny Tommy jako pierwszy postawił koszyk na stole i pobiegł do łazienki. — Był tu Wolf?

— Nie było go… – odpowiedziała mu mama, przyglądając się pełnym słodyczy koszykom dzieci. — Zwiał nam?

— Przy okazji spaceru z młodymi rozglądałem się za nim, ale go nie spotkaliśmy. Dzwoniłem, nie odbiera. – Usiadł przy stole, zrezygnowany. Miał pustkę w głowie. Partner zniknął na cały dzień i nie dawał znaku życia. To naturalne, że martwił się o niego.

— Wystraszyliśmy go, synu? – zmartwiony ojciec Daniela – Julian, nachylił się delikatnie nad stołem. Widział, że Wolfgang trzyma się z daleka od ich rodziny. Razem z żoną starali się przyjąć mężczyznę najlepiej, jak potrafili.

Stresowali się przyjazdem szlachcica. Wiedzieli o jego pochodzeniu, co potęgowało ich zakłopotanie. Mieli obawy, czy van Helfen będzie usatysfakcjonowany skromnym obiadem w gronie najbliższej rodziny. Chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, w końcu mężczyzna nie tylko skradł serce ich syna – ale także zaopiekował się nim i dbał o jego dobro. Bez Wolfganga uparty Daniel nadal żyłby w biedzie. Szlachcic zaufał mu, dał ich synowi piękne uczucia i dobra materialne. Młody artysta mógł przejmować się tylko swoją pasją i studiami, co dawało wspaniałe efekty na uczelni. Szlachetny mężczyzna pomógł Danielowi i to liczyło się dla nich najbardziej.

— Po prostu… Wolfgang miał dosyć trudne dzieciństwo. Może nie był jeszcze gotów na rodzinne spotkania, nie wiem.

— Bardzo nam przykro, Dan… – niemalże wyszeptała Janette, chwytając siedzącego naprzeciwko syna za rękę. — Wolfgang jest świetnym facetem. Te jego okulary… ma wspaniałe poczucie humoru.

— Jeśli zechce, sam powie nam o swoich problemach. Ten dom jest otwarty także dla niego, pamiętajcie o tym.

— Dzię…

— Dziękuję państwu! Bardzo państwu dziękuję, naprawdę.

Wszyscy zwrócili się w stronę Wolfganga i zaniemówili. Musiał przerwać tę dziwną, ale zdecydowanie nie niezręczną ciszę. Być może miał niecodzienne pomysły, ale tylko w ten sposób mógł naprawdę poczuć klimat Wielkanocy. Przy okazji chciał rozluźnić atmosferę.

— Zawsze działam impulsywnie, ktoś zostawił ten kostium na molo, więc ubrałem…

Gaby jako pierwsza głośno się roześmiała – gdy tylko wyszła z domu, podbiegła do Wolfganga i wtuliła się w miękkie, różowe futerko jego nowopożyczonej zdobyczy.
Po niej Tommy oraz Daniel, przytuleni do zająca śmiali się głośno.

Nie czuł się źle, choć cała rodzina jego chłopaka ściskała go tak mocno, że mało brakowało, by przestał oddychać. Jako różowe, wielkie zwierzę dzielnie znosił wszystkie upokorzenia.

Kolejny idealny obrazek. Pieprzona święta rodzina! – pomyślał i cieszył się jak nigdy wcześniej, że ogromny, cukierkowo-różowy łeb uniemożliwi  rodzinie Anderson zobaczyć, że ich wielkanocny zając ze wzruszenia płacze jak bóbr.

 


 

Mam nadzieję, że nikt nie będzie narzekał na długość rozdziału – tak właściwie zakwalifikowałabym ten fragment do kategorii one-shotów. 

W chronologii opowiadania ten rozdział oczywiście mieści się po wydarzeniach z pierwszej części. Nadal jesteście na bieżąco!

Jak podobał się Wam niespodziankowy powrót do świata Wolfganga? Piszcie w komentarzach, jakie macie odczucia po lekturze.

Wesołego Alleluja!
Zuza 😉

Advertisements

11 thoughts on “Rozdział *I* – „Poszukiwani”

    1. Spodziewałam się, ale nie wierzyłam że dodasz opowiadanie… ale po snapach się można było domyślać, tam było jedno zdanie, nie mylę się?
      Daniel jest kochany i za mało go było. Jego poczucie humoru…<3 love
      Co się dzieje z Borisem i Lilką? Boję się tego co będzie o nich. To jest niepokojący wątek. Bardzo. Wolę nie myśleć co masz w głowie :))
      Znowu opisy zmagania się Daniela z okularami, aww 😀 Bez tego to opowiadanie nie byłoby takie samo. Ojciec Daniela jest tak samo zabawny jak syn. Matka Daniela za to jest stylową panią domu, wspaniała rodzina. I bliźniaki… po ile oni mają lat? Nie za staro mama Daniela ich urodziła? W końcu starszy syn już jest mocno dorosły.
      Claire… nie wiem co myśleć. Teraz nagle jest normalna i dosyć zabawna. Zdanie o niej wyrobię sobie na drugiej części.
      WOLF W STROJU KRÓLICZKA? SPEŁNIENIE MARZEŃ. Biedny i zabawny jak zwykle ❤ kochammm
      Dziękuję ci za wspaniały prezent lanoponiedziałkowy ❤ jesteś najlepszą blogerką, jaką zna świat <3<3<3

      Polubione przez 1 osoba

      1. Wydaje mi się, że Dan wspominał o tym, że jego rodzice adoptowali bliźniaków. Daniel jest ich jedynym synem biologicznym. Zresztą – aktualnie dzieciaki mają po około 10 lat, to nie tak znowu mało! 😉 Dziękuję za kolejny wspaniały komentarz i liczne komplementy, całuski! :*

        Lubię to

  1. Wspaniała niespodzianka. Cieszę się że nikt nie zniknął. Szkoda że taki krótki ten rozdział. Mam nadzieję że na resztę nie będzie trzeba czekać do następnych świąt.Dzięki . Świetny prezent dla czytelników.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Aha! Wiedziałem, co się święci, znam cię Sueh! Przede mną nic się nie da ukryć 😀
    Znowu czytało się lekko i przyjemnie. Rozdział znów za krótki, nie da się nasycić twoimi rozdziałami. Ale hola hola, skoro to jest pierwszy rozdział specjalny, czyżbyś planowała napisać kolejne? Aha! Kolejny sekret odkryty 🙂
    Wolfgang się popłakał, aww, jak uroczo! Wzruszony biedak, to w końcu jego pierwsze od dawna święta z… rodziną. Claire jest podejrzanie miła. Coś się zmieniło czy znowu coś kombinuje? I tak nie odpowiesz, to pytanie retoryczne 😀
    Czekam na więcej. To było ZA KRÓTKIE.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Przeczytałam. Styl równie lekki i niewymuszony jak w poprzednich rozdziałach lecz jednak inny. Masz dosyć specyficzny styl pisania. Taki zwyczajny i niezwyczajny. Pracuj dalej, będzie tylko lepiej.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s