Koniec

Najdroższe Borsuczki, dzisiaj przybywam do Was z postem, który wiele dla mnie znaczy. Mam nadzieję, że wszystko mi wybaczycie.

Nie będę przedłużać wpisu bezsensownymi wstępami, przechodzę do sedna sprawy: w tym momencie chciałabym zakończyć pracę nad Kreatywnym Zuzkiem.

Spostrzegawczy czytelnicy zauważyli, że nasza wspólna przygoda ma się ku końcowi. Postaram się wyjaśnić, co dzieje się w mojej głowie, skąd ta nagła decyzja i jakie czynniki wpłynęły na jej podjęcie.

Nie planowałam zakończenia pracy nad blogiem. To myśl podjęta pod wpływem impulsu, który jak wiecie, często mną kieruje.
Od początku roku miałam duże plany na posty – można było obserwować moją zawziętą pracę zgodnie z harmonogramem, ustalonym jeszcze w zeszłym roku. Wszczynałam kolejne serie, jeszcze niecały tydzień temu (wpis ten bazgram w poniedziałek, 24.07) tworzyłam treść postu z serii wegańskie wtorki. Miesiąc temu popełniłam ankiety, które dały mi jasny pogląd na zainteresowania, odbiór. Przyjęłam wiele pochwał i ani jednej skargi na samą siebie, choć w mojej głowie przez cały czas pląta się wiele zażaleń względem mnie jako autorki bloga.

Impuls poczułam, kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę nie cieszy mnie już tworzenie bloga.

Owszem, uwielbiam wytwarzać rzeczy. Kocham wyklejanie, rysowanie, ozdabianie. Prawdopodobnie co roku będę robiła nowe ozdoby w swoim pokoju z okazji świąt, zmiany pory roku, początku szkoły. To nigdy mnie nie opuści, a raczej ja nigdy nie opuszczę kreatywnej ścieżki, jaką kroczyłam do tej pory.
Zrozumiałam, dotarło do mnie, że działanie pod wpływem własnego naporu myśli jest złe. Ja sama pilnowałam, żeby posty pojawiały się co tydzień, sama je sprawdzałam, czytałam wielokrotnie i starałam się wyłapać najmniejszy błąd. Samodzielnie pracowałam nad estetyką strony, zdjęciami, ułożeniem znaków w postach. I przez cały czas kochałam to zajęcie, nadal uwielbiam, ale nie podoba mi się wieczne działanie w pojedynkę.

Choć jestem samotniczką i cenię sobie możliwość samodzielnej pracy, bloga nie pisze się dla samego siebie. Pisze się go dla ludzi, dla Was! Zanim zacznę dalszą część tłumaczeń zaznaczam, że nie mam do Was żalu, nie oskarżam o nic ani nie zrzucam winy.

Największą rolę odegrały tu ankiety. Odbiór ankiet i ich uzupełnianie szło Wam opornie, jednak zdołałam uzyskać wiele opinii i bez zaskoczenia przyjęłam do swej informacji wiadomość, że praktycznie każdy z Was chce więcej opowiadania.
Osoby, które nie wymieniły opowiadań w swoich blogowych pragnieniach, mogłabym wyliczyć na palcach jednej dłoni.

Mając z tyłu głowy wyniki ankiet, dotarło do mnie, że nie tylko Wy najbardziej lubicie czytać moje wypociny. Ja również najbardziej lubię je pisać.
Nie mogę skupiać się na tysiącu spraw jednocześnie, nie jestem do tego stworzona. Chciałabym więcej pisać, mam mnóstwo pomysłów na nowe opowiadania, a nie chcę ich zaczynać, dopóki nie skończę Snu. Przy tym nie jestem w stanie pisać Snu, kiedy mam na głowie własne sprawy życiowe, do tego mnóstwo postów do napisania i tak wiele dekoracji do zrobienia.
Być może zabrzmi to jak głupie usprawiedliwienie, ale jestem tylko małym człowieczkiem i nie mam mocy sprawczej, by uczynić cuda.

Nie mając wsparcia ze strony rodziny (siostra wzdychała nawet wtedy, kiedy prosiłam o ocenę wyglądu strony (!), nie było mowy o przeczytaniu choć jednego postu), nie mając wsparcia ze strony przyjaciół, oczywista jest utrata zapału. Tak już mam, jeśli nie mam wystarczającej ilości odbiorców na to, co robię, po prostu przestaję to robić. Człowiek sceny musi mieć publiczność, inaczej wariuje.

Zapał traciłam stopniowo. Już przed czerwcem (miesiącem wolnym) nie mogłam się doczekać do momentu, w którym nareszcie odpocznę od pracy, choć miałam bardzo, ale to bardzo dużo rzeczy do zrobienia na bloga! I jak widać – nie wykonałam ich. Nie podjęłam wyzwania, które sobie postawiłam.

Nie chciałabym, żeby post wyglądał jak żale, które rzucam w Waszą stronę, bo tak nie jest. Żal mogę mieć tylko do siebie, ale go nie mam.
Nie mogę mieć żalu do siebie, ponieważ ja ciągle tworzę. Nie mogę mieć żalu do tych, którzy ciągle tu byli, ponieważ jestem im (Wam!) wdzięczna.
Ja jestem szczęśliwa, ponieważ w tej chwili mogę skupić się na opowiadaniu jako jedynej publikowanej w internecie formie wytwórczej.
Mam nadzieję, że i Wy będziecie z tego powodu szczęśliwi.

Na szczęście założyłam ostatnio konto na Wattpadzie. Być może kiedyś przekształcę bloga w stronę literacką, na której będę publikować swoje opowiadania? Nie wiem, na razie chcę płynąć z prądem w kierunku, który nie jest ściśle określony.
Obym wypłynęła na jakieś bezpieczne wody!

Oczywiście znajdziecie mnie tam:

WATTPAD

Zachęcam do wspierania mojej działalności na Wattpadzie, jeśli podpiszecie się swoimi blogowymi nickami, na pewno Was rozpoznam, Borsuczki! ❤

Jak można się domyślić, opowiadanie nie pojawi się na blogu. Znajdziecie je na Wattpadzie, zostanie opublikowane 31 lipca – w moje urodziny 🙂

Jeśli chcecie o coś pytać, śmiało walcie w komentarzach.
Postaram się bez uronienia choć jednej, malutkiej łezki wyjaśnić wszelkie wątpliwości i niedopowiedzenia 🙂

Po raz ostatni

Zuza 😉

Reklamy

Wegańskie wtorki: 5 wad weganizmu

Post ten jest obiecaną odpowiedzią na wpis o przeciwnym temacie – 5 ZALET WEGANIZMU.

Wszystko ma swoje wady i zalety. Nawet najszczęśliwsza droga, najlepszy wybór, najznakomitsze dokonania posiadają swoje ciemne strony. Piękna pogoda wiąże się z nieznośnym gorącem, a wspaniałe dzieło skrywa w swym cieniu czas poświęcony na tworzenie go – który można było wykorzystać inaczej, produktywniej. Chyba czaicie, o co mi chodzi.

Czwarty rok weganizmu, czyli moje wegańskie urodziny zbliżają się wielkimi krokami. Poznałam wiele zalet i wad wybranej przeze mnie drogi. Czas na to, by podzielić się z Wami wegańskimi wadami.

zdj

5 WAD WEGANIZMU,
czyli czarna strona jasnej strony mocy.

To niepokojące, że wady o wiele szybciej przychodzą do mojej głowy, niż zalety. Pocieszam się myślą, że to przez natłok zalet weganizmu nie wiedziałam, które wyciągnąć na piedestał, jako najważniejsza dla mnie piątka. Sądzę, że to całkowita prawda.
Analogicznie do postu przeciwstawnego, wymienię wady w kolejności, w której wbijają mi się w myśli – w końcu ten post opiera się na mojej opinii!
Pytania.
Nie znam weganina, który ma na tyle mocne nerwy, ażeby znieść bez szwanku pytania, które stawia nam otoczenie. Co tak w ogóle jesz? A robisz badania? Dlaczego nie pijesz mleka, przecież krowę boli, jak jej nie wydoisz? Jadłaś coś dzisiaj? Jajek też nie jesz? A ryby? A miód? A białko to…
Stop. Sama myśl o tych pytaniach nie może wyprowadzić mnie z równowagi!
Ja rozumiem, że nie każdy wie wszystko i to naprawdę miłe, że tak wiele osób interesuje się moim stylem życia, ale powtarzanie non stop tych samych kwestii może być irytujące, wierzcie. Szczególnie, że to nie jest średniowiecze a weganizm nie jest popularny od wczoraj. Rośliny może jeść każdy z nas. I każdy z nas może czerpać z nich to samo. Proste.

Komentarze.
Do tego właściwie idzie się przyzwyczaić, wiecie? Kiedyś byłoby mi przykro, gdybym usłyszała to, co słyszałam nie tak dawno z ust mojego ojca czy kogokolwiek.
Komentarze w stylu: Masz co jeść, w końcu kiełbasa jest w lodówce!, Przecież weganie wiedzą, że normalni ludzie jedzą mięso… albo Pani nie je ciasta, więc mam dla pani… kwiatuszek, smacznego. – nie świadczą źle o mnie, lecz o rozmówcy, z którym nieszczęśliwie wdałam się w rozmowę.
To, że ludzie mają mnie za wariatkę naprawdę mnie już nie rusza. Nie wiem, co dziwnego i niecodziennego jest w niewykorzystywaniu zwierząt dla własnego dobra – dla mnie dziwne jest spożywanie tkanek, ciała zabitych istot, picie wydzielin z wymion ssaków (które nie są wytwarzane z myślą o człowieku), noszenie części garderoby, wykonanych ze skór zwierzęcych.
Odczuwanie przyjemności z jedzenia zwierząt? To dopiero dziwne!

Świadomość.
Nie pomyliliście się, widzieliście już to słowo wśród zalet.
To ten plus, który kryje za sobą wiele minusów.
Wspaniale jest mieć świadomość tego, że robię wszystko co w mojej mocy, by zmniejszyć cierpienie niewinnych istot. Nie przyczyniam się do masowego mordu, wykorzystywania zwierząt. Jednakże… niestety, ta duża i poszerzająca się świadomość niesie za sobą moje cierpienie.
Uważam za normalne przejmowanie się losem niewinnych istot, które giną przez głupotę, zapatrzenie na siebie i wyimaginowane potrzeby ludzi. Normalny jest ból serca, kiedy myślę o kurach zamykanych masowo w niewielkich klatkach (swoją drogą, produkcję drobiu mogę obserwować z całkiem bliska). To, że czuję się nieswojo z myślą o krowach, które bestialsko wykorzystuje się do przymusowej produkcji mleka, jest jak najbardziej prawidłową reakcją. To wszystko mnie boli, najzwyczajniej w świecie boli mnie niesprawiedliwość.
Dobrze jest mieć świadomość i móc angażować się w działania wychodzące na przeciw bestialstwu. Jednak co się dowiedziało, tego się już nie oddowie i z czarno białą wizją świata muszę żyć na co dzień.

Ciężki plecak.
Owszem, dookoła pojawia się coraz więcej knajp i lokali z opcjami wegańskimi – lub w pełni wegańskich, jednak nie każde miasto w Polsce jest przyjazne weganom.
Często jestem zmuszona zabierać dużo prowiantu na wynos lub jeść na zapas – jeść chwilę wcześniej, by nie odczuć głodu od razu po wyjściu z domu.
Psst! W sekrecie powiem, że mam już opracowane swoje life hacki ratujące życie, kiedy jestem poza domem. Chcecie je poznać? Piszcie w komentarzach!

Opinia.
Znowu wada, która skupia się głównie na podejściu ludzi wobec weganizmu. To naprawdę uciążliwe – wszyscy jesteśmy ciągle oceniani, jednak mam wrażenie, że istnieje osobny system ocen dla wegan:

a) weganie oceniają wegan – co i ile jemy, czy czytamy składy, ile co ma cukru, TO SMAŻONE!, etc., etc.
b) nieweganie oceniają wegan – co i ile jemy, CZY JEMY SMAŻONE??, jak bardzo szczupli jesteśmy, bo weganie powinni być szczuplejsi, a ty d o b r z e wyglądasz, etc., etc.

Od razu zaznaczam, że opisuję przypadek normalnego weganina (dobry żart, czekam na salwy śmiechu), który nie stara się na siłę odwrócić o 180 stopni sposobu na życie każdego spotkanego nieweganina. Być może nie jestem w pełni zrównoważona, jednak nie narzucam innym weganom mojego stylu odżywiania się, nie zabraniam im jeść potraw z patelni i nie wyrywam im batona z cukrem z ręki. Pod tym względem pilnuję tylko siebie.

Mam nadzieję, że również pod tym postem znajdą się weganie, którzy będą chcieli wypowiedzieć się w temacie wad naszego trybu życia.
Co was wpienia w weganizmie? Czy Wasze spostrzeżenia pokrywają się z moimi?

Zuza 😉

Dziennik inspiracji

Wykazaliście zainteresowanie moim krok-po-kroku przerabianiem zeszytu w dziennik, przybywam więc z wpisem w odpowiedzi na Wasze wołania, Borsuczki! 

Postaram się jak najlepiej, jak najdokładniej i jak najprzejrzyściej wyjaśnić, jak odpicowałam nieużywaną okładkę na zeszyt, który nie dość, że ma pokaźny wkład, to na dodatek wygląda estetycznie, jest trwały i się nie niszczy.

1.jpg
Nie wiem, czy uwierzycie, ale zeszyt na zdjęciu powyżej to mój dawny planner z tego wpisu. Dacie wiarę? Czekało go dużo przeróbek, przeznaczyłam dla niego sporo czasu – i oto jest. Idealny dziennik inspiracji.

Najsampierw pozbyłam się dawnego wnętrza zeszytu. Plannerowe notatki skończyły w koszu. Bestialsko zdarłam dawną skórę okładki, pozbywając się estetycznie naklejonych, złotawych trójkątów i rombów.
Rozłożyłam zeszyt na czynniki pierwsze. To ważny krok podczas przerabiania okładek kołonotesów – zabezpieczyć elementy, które mają pozostać w swojej pierwotnej formie. Wyrwałam ogołocone tekturki z objęć metalowych kółek.
Wyczyszczoną z resztek farby i kleju okładkę (tak, należy to zrobić!) pokryłam zwykłym klejem w sztyfcie i nakleiłam na nią wydrukowany wcześniej papier ozdobny. Powtórzyłam swe czynności na drugiej części okładki.

Kolejnego dnia, gdy miałam pewność, że klej dobrze wysechł, okładki zabezpieczyłam cienką warstwą lakieru akrylowego.
To dobre rozwiązanie, które warto stosować w zamian za rozcieńczony klej introligatorski. Lakier szybko zasycha, utwardza pokrywaną powierzchnię i daje gwarancję na niezniszczalność papieru. Zdecydowałam pomalować zeszyt kolejny raz.

Na wewnętrzną stronę okładki przykleiłam zwykły, czarny papier. Nie zabezpieczałam go lakierem.

Wkład dziennika to nic innego, jak papier do ksero w formacie A4. Każdy arkusz przecięłam na pół. W karteczkach wycięłam kółka, ażeby całość zgrabnie zgnieść czarnymi objęciami prętów.

Na okładkę naniosłam brązową naklejkę indeksującą. Nie zdecydowałam się na napis, naklejka na chwilę obecną pełni funkcję wyłącznie ozdobno-dopełniającą.

WNĘTRZE DZIENNIKA.

Zgodnie z treścią wpisu o wypełnianiu dzienników, w skład przyborów, które używam wchodzi stała paczka: naklejki, wycinki z gazet, wydrukowane zdjęcia, cienkie kolorowe flamastry, farbki wodne i tasiemki.

Nareszcie mogę używać resztek, które zostały mi z bloków z papierem scrapbookingowym. Swoje zastosowanie znalazły również kolorowe skrawki papieru – wykorzystuję je do zapisywania pojedynczych słów lub cytatów i naklejenia tekstu na powierzchnię wypełnianych kartek.

2.jpg
W moim dzienniku inspiracji nie może zabraknąć słów osób, które cenię. Pouczające teksty piosenek, wiersze ulubionych poetów – w zestawieniu  z estetycznymi kompozycjami mają swoje szczególne miejsce na kartach zeszytu.

3.jpg

4.jpg
Dziennik inspiracji ma również miejsce na szkice i rysunki. Nie może w nim zabraknąć podobizn postaci, które darzę szczególną sympatią z różnych względów.
Narysowane wcześniej i wklejone, czy szkicowane bezpośrednio na białej powierzchni – każdy rysunek nadaje się do pozostawienia go w tak ważnym zeszycie. W końcu to zeszyt z inspiracjami! 🙂

5.jpg
Również Francuskie Księżniczki mają swoją rolę w moim życiu – oraz w dzienniku. Własnoręcznie zrobione naklejki z ich podobiznami ozdabiają wiele dziennikowych stron.

6.jpg

 

Bez względu na to, na jaki dziennik się zdecydujecie – naprawdę warto go założyć!
Może to być zwykły ozdobny notes na zapiski dnia codziennego, być może wolicie pamiętniki, dzienniki marzeń.
Zapisywane, wyrysowywane, wyklejane – wszystkie myśli, wspomnienia i pomysły warto uwieczniać. Czyż nie dziennik jest najlepszym miejscem na zbieranie ich? 

Zuza 😉

DIY dla mola książkowego #2

Z zeszłorocznego wpisu na temat zakładek dobrze wiecie, że lato jest dla mnie porą szczególnie obfitą w lektury.

Każdego roku zarywam nocki, żeby tylko zapoznać się z kolejnymi przygodami moich ukochanych bohaterów. To nie moja wina, że najbardziej lubię towarzyszyć Myronowi w nocy!

Mam nadzieję, że moje małe inspiracje ponownie zachęcą Was do wykonania własnej poręcznej i ozdobnej zakładki.
Przetrwajcie do końca wpisu, ponieważ czeka tam na Was niewielka niespodzianka 🙂


ZRÓB TO SAM, MOLU!

inspiracje dla zaciętych czytelników

ZAKŁADKA Z JELENIEM.
Wystarczy spojrzeć na baner bloga. Jeleń to mój znak rozpoznawalny. Widnieje u góry strony, na kartkach z przepisami do wydruku, na wielu moich szybkich szkicach i kartkach wszystkich dzienników.

Zdecydowałam, że ta zakładka będzie miała okrągły kształt. Starałam się równo wyciąć naszkicowane wcześniej koło z tektury po to, by nakleić na nie kremowy, gładki papier (po dwóch stronach). Farbkami wodnymi w stonowanych odcieniach brązu i beżu zrobiłam kilka paców pędzlem.
Na wyschniętym tle naszkicowałam głowę jelenia, po czym wypełniłam ją figurami geometrycznymi, posługując się czarnym cienkopisem.
Otwór na sznurek lub wstążkę wycięłam dziurkaczem.
Odczekałam, aż tusz dobrze wyschnie, po czym nałożyłam dwie ochronne warstwy lakieru akrylowego na zakładkę.

jel.jpg

Porady:
1. Jeśli nie macie lakieru akrylowego, za wierzchnią warstwę ochraniającą dzieło może posłużyć rozcieńczony klej introligatorski lub akrylowy.
2. Należy długo czekać po klejeniu kartek oraz nakładaniu każdej z napigmentowanych warstw. Zakładkę najlepiej robić przez trzy dni – skleić – namalować – narysować. Dopiero po trzech dniach warto ochraniać ją lakierem – jak widać mój tusz się nieco rozmazał, ponieważ nie byłam cierpliwa i nie odczekałam do kolejnego dnia.

ZAKŁADKA PILNEGO UCZNIA.
Przyda się nie tylko w szkole. Idealnie sprawdzi się w dziennikach, plannerach. Dobry gadżet dla wielbicieli zakładek indeksujących.

Do jej wykonania przyda się farba tablicowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że jej zakup kłóciłby się z moimi zasadami oszczędzania, dlatego zdradzę Wam mój sekret na zrobienie własnej farbki, za którą zapłacicie znacznie mniej!

Typowy dla zakładek prostokątny fragment tektury pokryłam z jednej strony farbą tablicową domowej roboty. Odczekałam do wyschnięcia, po czym nałożyłam kolejną warstwę.
Z drugiej strony zakładki zdecydowałam się nakleić czarną tekturę.
Po porządnym wyschnięciu zakładkowej konstrukcji na przyklejonej tekturze umieściłam kilka niewielkich, kolorowych zakładek indeksujących.

szk tyl.jpg

Jak zrobić farbę tablicową?
Potrzebne przybory:
farba akrylowa,
mąka kukurydziana.

Wykonanie:
Farbę akrylową wlać do (najlepiej) szklanego pojemnika. Wsypać niewielką ilość mąki kukurydzianej, dobrze wymieszać.
UWAGA! Nie potrafię określić proporcji farby do mąki. Konsystencja powinna być nieco gęstsza od zwykłej farbki. Należy porządnie rozmieszać mąkę w farbie, ażeby nie powstały duże grudki.
Do stworzenia farby tablicowej nada się również talk, mąka ziemniaczana, mąka owsiana. Można kombinować z innymi rodzajami mąk – i pisać o efektach w komentarzach 🙂

szk front.jpg
ZAKŁADKA FANKI.
Dobrze mnie znacie, więc chyba Was to nie dziwi? Ponownie postanowiłam wykonać zakładkę fanowską. Tym razem zdecydowałam się umieścić na niej postać Victora z Yuri! on Ice.

Na kwadratowy wycinek tektury nakleiłam jasny kremowy papier.
Tło zakładki namalowałam błękitną farbką wodną. Po wyschnięciu farby naszkicowałam szybki portret Victora. Wypełniłam podobiznę kolorowymi farbkami wodnymi, poprawiłam kontury ołówkiem. Otwór na wstążkę wycięłam dziurkaczem. Ozdobny brelok zrobiłam z wstążki, kolorem najbardziej odpowiadającej kolorowi włosów Victora (czyli platynowej 😉).
Całość pokryłam ochronną warstwą lakieru akrylowego – po dokładnym sprawdzeniu, czy zakładka z podobizną mojego ulubieńca jest mocno przeschnięta.

victor.jpg
BRELOK MOLA KSIĄŻKOWEGO.
Oto i niespodzianka dla wytrwałych.
Oprócz zakładek zdecydowałam się spróbować swoich sił w wytwarzaniu breloczków.
Handmade – brelok musi spełniać dwie funkcje:

  1. Być najpiękniejszy na świecie,
  2. Być trwały i niezniszczalny.

Starałam się jak mogłam. Mój minibreloczek z pewnością nie zniszczy się szybko.

Okładkę małej książki zrobiłam z niewielkiego kawałka czarnej, sztywnej tekturki o wymiarach podanych na zdjęciu poniżej.

br okl.jpg

Jak widać na powyższym zdjęciu, przed wycięciem okładki rozrysowałam jej plan bezpośrednio na tekturze. Po wycięciu zagięłam okładkę, by sprawdzić, czy została odpowiednio wymierzona.

Wnętrze breloczka wykonałam z wielu kawałków białego papieru o wymiarach takich, jak górna i dolna część okładki – podanych na zdjęciu poniżej.

br kar.jpg
Na wewnętrzną stronę minigrzbietu książeczki nalałam porządną porcję kleju a’la kropelka. Włożyłam wkład, starając się robić to równo i nie wylewając kleju poza wnętrze książki.

br kart.jpg

Zanim wzięłam się za ozdabianie czarnej okładki, malutkim gwoździkiem wybiłam otwór na kółko breloka w górnym rogu książeczki.

Okładkę ozdobiłam dwiema literami alfabetu runicznego. Nakreśliłam je białym żelopisem.
Gdy tusz dobrze wysechł, okładkę książeczki pokryłam ochronną warstwą lakieru akrylowego. Po wyschnięciu nałożyłam kolejne cztery warstwy. Założyłam kółko do zawieszki – i gotowe!
Brelok może wisieć przy kluczach, suwaku piórnika czy torby. Wygląda mrocznie i tajemniczo. Co mogą oznaczać dwie literki umieszczone na okładce? 🙂

br cal

br kol.jpg
Widzicie? Jestem molem książkowym i mimo to wytwarzam wszystko, co tylko wpadnie mi do łepetyny. Wy również możecie.
Może macie ochotę wykonać własne minidzieła użytkowe? Jeśli nie dla siebie – przynajmniej zróbcie je dla kogoś bliskiego. Takie urocze upominki muszą zachęcać do zawziętego czytania!

Zuza 😉

Czym wypełniać dzienniki?

Macham do Was po miesięcznej przerwie od stałego blogowania i dziękuję za to, że wytrwaliście tu sami podczas mojej nieobecności! 🙂

Tym postem nie tylko przerywam ciszę – jest on jednocześnie pierwszym wpisem w najważniejszym miesiącu roku – lipcu, miesiącu kreatywności.
Dlaczego padło właśnie na lipiec? Otóż ostatniego dnia owego miesiąca wypadają moje urodziny. Jest to iście wakacyjny czas, który można wykorzystać na zajmowanie się pracami kreatywnymi. Jako samozwańcza królowa kreatywności nie wyobrażam sobie, by tematy kreatywne były poruszane o innej porze roku.
Swój urodzinowy miesiąc chciałam świętować razem z Wami, Borsukami, a kalendarz ułożył się tak pięknie, że pierwszy dzień lipca to właśnie sobota – dzień pojawiania się wpisów o głównej tematyce. Możemy wspólnie bawić się kreatywnością od samego początku miesiąca! ❤

Zacięci czytelnicy na pewno spostrzegli, że scrapbookingowe zabawy cieszą mnie od młodych lat. W tym poście zaprezentuję Wam podstawowe przybory, które wykorzystuję w wyklejaniu. Jak je zdobywam? Ile na nie wydaję? O wszystkim dowiecie się, czytając tekst wpisu.
W skład podstawowych przyborów scrapbookingowych wchodzą tak naprawdę głównie ozdobne, kolorowe kartki oraz klej. Dla upartego minimalisty owa podstawa powinna wystarczyć; w końcu nawet z białej kartki można wyczarować cuda.

tas.jpg

Aby skomplikować swoje kompozycje, warto jest dodać do skrzyni z przyborami przeróżne taśmy, wstążki, tasiemki. Często wspominane przeze mnie Washi nadają się idealnie – są to wzorzyste, różnorodne taśmy z papieru ryżowego o delikatnej strukturze, które nie tylko przyklejają do siebie dwie części kartki. Pełnią również funkcje ornamentacyjne, nie tylko na papierze.
Washi możemy wykorzystać jako dopełnienie kompozycji wybranych zdjęć. Małe fragmenty taśm odpowiednio dobranych kolorystycznie, same w sobie mogą wyglądać bardzo ładnie. Pamiętacie może post z ozdabianiem zeszytów ze starej odsłony bloga? Tam właśnie kombinowałam, oklejając okładkę tylko i wyłącznie ryżowymi pasmami tasiemek. Efekt okazał się być zadowalający.

W kolekcji mam również zwykłe oraz materiałowe taśmy. Bez względu na to, który typ tasiemki wybierzecie, dodatkowe elementy dekoracji zawsze wypełnią braki kompozycyjne, a nawet stworzą odrębną historię ornamentacyjną.

nakl.jpg

Różnorodne naklejki to szybki w obsłudze gadżet, który może spełniać równie wiele funkcji, co Washi. Można je zdobyć w większości sklepów z artykułami papierniczymi, lecz jeśli zależy Wam na konkretnych wzorach, macie dwie opcje do wyboru:

a) Szukać naklejek na Aliexpress,
b) Zrobić naklejki samodzielnie.

Dlaczego polecam zamawiać z Aliexpress? Tylko tam możecie odnaleźć przybory różnego rodzaju w niskiej cenie. Washi, naklejki, wstążki, długopisy, flamastry – dosłownie wszystko. W przypadku naklejek i taśm zamawianie jest szczególnie opłacalne. Wtajemniczeni znają ceny przyborów w dostępnych nam sklepach. Na Aliexpress warto kupować hurtowo i dla taniości. Minusem jest czas oczekiwania na zrealizowanie zamówienia, jednak dla zaoszczędzenia pewnej kwoty warto jet uzbroić się w cierpliwość.

Samodzielne wykonywanie naklejek jest banalnie proste.
Wydrukowany wzór wystarczy pokryć bezbarwną taśmą. Z drugiej strony przykleić taśmę samoprzylepną. Et voilà, hier ist mein Aufkleber. I możemy się chwalić nalepkami z własnej produkcji, z najlepszego sortu istniejących naklejek.

nal.jpg

Wszystko, co możemy wydrukować, najlepiej jest zdobywać na własną rękę. Papier do scrapbookingu – ten w całym bloku, w zestawach kolorystycznych – jest drogi i moim skromnym zdaniem nie opłaca się inwestować w duże zapasy owych bloków.
W internecie możecie znaleźć mnóstwo wzorów do druku.

Co więcej może się Wam przydać?
Na pewno zdjęcia – własne, cudze, z przyjaciółmi, bez przyjaciół. Wycinki z gazet; pojedyncze litery, jak i całe zdania lub strony przepełnione tekstem.

Przybory nie-papierowe to oczywiście:
klej, najlepiej Magik oraz zwykły klej w sztyfcie,
nożyczki, opcjonalnie o wzorkowanych ostrzach (ja takowych nie posiadam),
flamastry, najlepiej duże zestawy zwykłych, podstawowych pisaczków,
długopisy, im bardziej zróżnicowane kolorystycznie, tym lepiej.

Z nie-przyborów sprzyda się Wam kreatywność, cierpliwość oraz inspiracja. Aby zdobyć tę ostatnią, zachęcam do przejrzenia moich tekstów o ręcznych robótkach.

scr.jpg
Być może jesteście chętni, aby zobaczyć, jak ja odpicowywuję swój dziennik?
Jak myślicie, jaką tematykę dziennika mogłam wybrać? 😛

Zuza 😉

Nie zapominajcie o ANKIETACH!
Pochwały, skargi, komplementy, zażalenia – to właśnie w ankietach jest na to miejsce.

Wegańskie wtorki: 5 zalet weganizmu

Weganizm to najpiękniejsza przygoda, jaką mogłam podjąć w swoim życiu.
Podjęłam ją zupełnie naturalnie, choć jeszcze kilka lat temu w mojej głowie tkwił obraz weganina-wariata z sałatą zamiast włosów i pomidorkami koktajlowymi w miejscu gałek ocznych. Pierwszego dnia sierpnia będę świętować swoją czwartą rocznicę przejścia na dobrą (wręcz pyszną!) stronę mocy.

Jako, iż zdobyłam już wiele doświadczeń i ich bagaż ciąży mi już na plecach, postanowiłam wyznać Wam, jakie korzyści czerpię z bycia weganką oraz odżywiania się roślinami.

zdj.jpg

5 ZALET WEGANIZMU,
których doświadczam od dawna.

Zastanawiając się nad zaletami, które zdecydowałam się Wam przedstawić w drugim poście w cyklu Wegańskich wtorków, właśnie to przychodziło mi do głowy jako pierwsze. Oczywiście, że chciałam zacząć wpis od głębokich rozważań na temat ratowania zwierząt i działania dla dobra naszej Planety, jednak przemawiający przeze mnie egoizm wylewał się za każdym podejściem do pisania. Uległam – uznając, że skoro to właśnie te dwa słowa przechodzą przeze mnie, skoro to ich impuls czuję już w samych czubkach palców, czuwających nad klawiaturą, skoro również dziś mam ochotę wspomnieć o tym na pierwszym miejscu – takie jest przeznaczenie owej zalety. Mimo, że nie jest dla mnie najważniejsza, sprawia, że każdego dnia mam dobrą energię do działania (lub niedziałania).
Dobre samopoczucie. 
Żywiąc się jeszcze produktami odzwierzęcymi, czułam się ociężała. Nie miałam energii, nie chciało mi się zwlekać z łóżka każdego ranka. Jak już wspominałam, weganizm nawrócił mnie na dobrą drogę, naładował swoją energią, składnikami odżywczymi, wlał we mnie mnóstwo radości.
Co czuje niestara weganka z czteroletnim stażem? Ulgę, spowodowaną nie przyczynianiem się do śmierci i bestialskiego traktowania zwierząt (jak i ból, o czym poczytacie we wpisie o wadach weganizmu), radość, która napawa mnie każdego dnia, lekkość ciała i ducha – a to wszystko (i wiele więcej) składa się na moje wspaniałe samopoczucie.
Lekkość ciała wynika z szybkiego trawienia posiłków, które szamię. Jako, iż zjadam tony warzyw i owoców, można się domyślać, iż ich trawienie przebiega w szybkim tempie – na pewno znacznie szybszym, niż dawniej. Lekkość ducha to wynik z dodania do siebie wymienionej powyżej ulgi z miłością do istot żywych. Już od dawna sądzę, że weganizm zamieszał mi w głowie! Kocham praktycznie wszystkie zwierzęta, rozmawiam z kotami i ptakami na ulicach, rozczulam się na widok gołębia skubiącego wysypane ziarenka. Jedność ze światem, zaufanie, jakim darzą mnie zwierzęta, rozumienie ich – brzmi dziwnie? Może, ale odczuwam to od trzech lat i nie narzekam.

Różnorodność smaków.
Kto nigdy nie postawił (chociażby w myślach) tezy, iż wegańska kuchnia jest nudna i monosmakowa, niech pierwszy rzuci kamień! *rzuca kamieniem w głowy durniów, co nie wiedzą, że warzywa mają niepowtarzalny smak*
Dzięki weganizmowi przeszłam na jasną, niesłoną stronę mocy. Używam coraz mniej przypraw, preferuję ziołowe lub naturalne smaki. Dieta roślinna wyczuliła moje kubki smakowe, udowodniła, że nawet ogromna fanka soli i keczupu (jak ja z przeszłości) może rozkoszować się orzechową nutą zielonych szparagów, kremową słodyczą ziemniaków, intensywną ostrością rzodkiewki. Może czuć różnicę w smaku każdego koloru papryki, różnych rodzajów sałat, rozpoznawać zioła – choć wcześniej znała tylko zieloną pietruszkę i koperek.
Czuję się jak tastemaster. Wiem wiele o smakach, dziwacznych przyprawach i składnikach potraw, właściwościach przeróżnych roślinnych substancji. Gdybym jeszcze potrafiła dobrze gotować, mogłabym zostać masterchefem.

Kolejna cecha nie powinna zdziwić nikogo. Wspominałam o tym w TYM wpisie.
Oszczędności.
Bez względu na to, czy jem w domu, czy na mieście – zawsze moje pożywienie jest (według mnie) niedrogie. Wychodząc ze swojej bezpiecznej szarej nory, czasami nie mam przy sobie nic do jedzenia i jestem zmuszona wylądować w roślinnej knajpce lub w sklepie. Nie zważając na swój wybór, nie wydaję całego majątku na jedzenie!
Podobnie, jak wszystkożercy i wegetarianie, mogę wybrać owoce, warzywa w sklepie. Zamiast stołować się w wegańskim lokalu, kupuję jabłka, pomarańcze, pomidorki koktajlowe.
O wzbogacaniu się dzięki diecie roślinnej już pisałam. Płacę mniej za pełnowartościową szamę.

Świadomość.
Nawet będąc wegetarianką nie miałam pojęcia o tym, że krowa nie produkuje nieskończoną ilość mleka – ot tak sobie. Nie wiedziałam o tym, jak traktowane są kury, krowy. Nie zaprzątałam sobie głowy zwierzętami, na których testuje się kosmetyki (i wszystko inne). Zapewne jak większość z Was, nie chciałam być świadoma.
Przechodząc na weganizm nadal nie posiadałam tej wiedzy, jednak na szczęście otworzyłam oczy i do teraz staram się ich nie zamykać. Nie, gdy widzę, co się dzieje z niewinnymi istotami.
Choć owa świadomość może zaliczyć się również do wad, według mnie warto wymienić ją wśród najważniejszych pięciu zalet weganizmu.
Naprawdę wspaniale jest nie zamykać oczu; nie udawać, że jedzenie mięsa jest w porządku, że mleko po prostu jest w krowie od zawsze, a przecież krowę boli, jak się jej nie wydoi.
Pełna świadomości o otaczającym mnie bestialstwie mogę unikać go jak tylko mogę. Choć nie zawsze jest to możliwe, staram się całym swoim sercem nie podpisywać pod masowym mordem, bo choć śmierć mnie śmieszy, mordowanie nie jest ani ciut zabawne.
Ani pół ciuta.

Ostatnią zaletą jest coś, co łączy wszystkie wymienione punkty w jedno i jest czymś oprócz tego, o czym już pisałam! To bardzo cenna, ważna dla mnie cecha, którą zyskuje każdy, kto decyduje się stąpać z nami-weganami po pełnej radości (oraz niestety smutku, dla równowagi) ścieżce ku lepszemu światu.
Wiedza.
Zbiorowa dobrego samopoczucia, świadomości, kuchennych różnorodności, być może w pewnej części też oszczędzania. Wszystko w jednym i jeszcze ponad to.
Zauważyłam, że weganie są naprawdę świadomi tego, co w siebie wpychają. Robią to z głową, dbają o siebie od wewnątrz i na zewnątrz. Często są bliscy zwierzętom, (podobnie do mnie) inaczej spoglądają na te wspaniałe istoty żywe. Dobrze wiedzą, co się dzieje w przemysłowym, morderczym świecie konsumenckim. Znają kłamstwa, które powtarzają wielkie koncerny, znają też nieszkodliwe alternatywy produktów, które są nam ponoć niezbędne.
Wiedza o świecie, o odżywianiu się, o badaniach. To my, weganie, najczęściej kontrolujemy swoje wyniki badań krwi, suplementujemy składniki, których mamy chociażby niewielki deficyt (i nie, nie jest to B12, nie jest to też białko, moi Mili!).
Wiemy, że należy dbać o siebie i o otaczający nas świat.
To wspaniała zaleta drogi, którą wybrałam. Już mi nikt nie wciśnie kitu, że bez mięsa będę mdleć, a bez rybki wypadną mi wszystkie włosy. No i, że od ziemniaków przytyję. A bez żelatyny będę miała chore stawy. A krówka ma mleczko 24 h/7. A kurki na wolnym wybiegu są szczęśliwe i nikt ich nie wykorzystuje.

Pamiętajcie, że nie jest moją intencją prowokowanie kogokolwiek. Komentarze o definitywnie negatywnym zabarwieniu są zawsze usuwane.

Są tu jacyś weganie? (Wiem, że są!)
Pomachajcie łapkami w komentarzach i przy okazji zdradźcie innym, za co Wy cenicie sobie ten tryb życia.
Lepsza kondycja i wytrzymałość fizyczna? Poprawienie się stanu cery, zdrowia? Lepsza odporność? (U mnie wszystkie te plusy występują symultanicznie). Chwalmy się światu, jak natura nas nagradza za dobre serduszka!

Zuza 😉

Chcesz przeczytać post z tej serii o konkretnej tematyce? Złożyć pochwałę lub zażalenie?
Wypełnij formularz.

Czerwiec – przerwa blogowa

Zgodnie z planem – rozpiską pracy w 2017 roku, czerwiec jest jednym z miesiąców wolnych od blogowania.

W tym miesiącu czeka mnie dużo pracy pozablogowej – chciałabym głównie skupić się na egzaminach i przygotowaniach do lipca – miesiąca kreatywności, który zdecydowanie wymaga ode mnie poświęcenia czasu i energii! Jest bowiem miesiącem szczególnym.

O lipcowych wyczynach dowiecie się właśnie w lipcu; ja mogę jedynie zagwarantować, że postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby lipiec odznaczył się na tle innych miesięcy.

W czerwcu zaś – oprócz spraw prywatnych, uczelnianych i pracowniczych, czeka mnie również udoskonalanie opowiadania i pisanie dalszej jego części.

WAŻNE! Zmiany, których można się spodziewać to treść rozdziałów opowiadania. Planuję również małe zmiany w wyglądzie, jednakże nie jestem w stanie określić, kiedy wcielę je w życie.

Zachęcam do zaglądania tu, być może w wolnej chwili wyskrobię coś z okazji wegańskiego wtorku albo innej!

Mam nadzieję, że pomimo niedługiej przerwy, powrót w lipcu będzie bardzo przyjemny – i nie okaże się, że na stronie są komentarzowe i wyświetleniowe pustki! 🙂

Do poczytania w lipcu!

Zuza 😉

Współtwórz bloga – ankiety

Dzisiaj wpadam tu na moment, by poprosić Was o współpracę.

Bardzo lubię usprawniać sobie pracę i uporządkowywać notatki, dlatego byłabym wdzięczna, gdybyście uzupełnili ankiety, dotyczące bloga oraz serii „Wegańskie wtorki”.

ANKIETA NA TEMAT BLOGA

ANKIETA NA TEMAT WEGAŃSKICH WTORKÓW

Proszę o szczere wyrażanie swojej opinii.
Jeśli macie coś do dodania, informujcie mnie o tym w komentarzach.

Pamiętajcie, że temat bloga i jego tworzenia, ulepszania jest dla mnie bardzo ważny. Proszę, nie róbcie sobie żartów.

Z góry dziękuję za Wasz wkład w stronę! Już teraz jest wspaniałym kącikiem (jednak będzie lepsiejsza, uwierzcie).

Miłego dnia, Borsuczki! Zuza 😉

Oszczędzanie czasu, wydajność pracy

Jak przedłużyć dzień?
W dobie internetu, zabiegania, ciągłych obowiązków i pracy od rana do rana, zdecydowanie brakuje nam czasu.
I mnie już w tym roku dopadło zagmatwanie czasowe, które przyniosło marne efekty – luki we wpisach, niedopracowane posty, niedosypianie, nieprzygotowanie na zajęcia aktorskie.

Nawet ja, maniaczka organizacji, planowania i działania według planu, mając na głowie zbyt wiele błahych obowiązków – poległam. Przewróciłam się na starcie i ledwo doczołgałam się do mety.
Na szczęście ten czarny etap życia mam za sobą. Z bagażem doświadczeń idę dalej, mając nadzieję na lepsze efekty.

Teraz już wiem, jak oszczędzać czas. Dopracowałam swój system planowania do perfekcji.
Bardzo prawdopodobne jest, że moje porady będą dla niektórych z Was zbędne; oczywiste, banalne, praktykowane od dawna. To świetny znak! Oznacza to, iż potraficie naprawdę dobrze rozplanować swój czas i nie potrzebujecie żadnych zmian w swojej metodzie.
Podejdźcie jednak do tematu na poważnie. Wydajcie trzeźwy osąd.
Komentujcie post, aby stworzyć bazę porad. Razem opracujmy najlepszy pod słońcem sposób na oszczędzanie czasu!

IMG_20170427_135202055.jpg

 

WIELOZADANIOWOŚĆ.
Każdy z nas jest inny, lecz dla świetnej organizacji warto jest wykrzesać z siebie predyspozycje do posiadania tej jednej cechy.
Bądźmy wielozadaniowi!
Hola hola, nie przesadzajmy. Sześć obowiązków do wypełnienia w tej samej chwili to stanowczo przesada. Jednak dwa zadania – czy nie jesteśmy w stanie ich wykonać? Sprzątanie i słuchanie ważnego audiobooka chyba nie rozproszy nikogo. Układanie ubrań w szafie i nauka tekstów na pamięć brzmi dla mnie świetnie! Tak samo, jak ważne rozmowy telefoniczne (przez zestaw głośnomówiący lub słuchawkowy, przecież każdy z nas to ma) podczas wykonywania innych obowiązków domowych. 

Pamiętajmy jednak, że istnieją obowiązki, nad którymi należy się skupić i nie da się ich wypełniać w towarzystwie innych. Dla mnie na pewno będzie to pisanie postów – choć czy naprawdę jest to obowiązek? 🙂
PLANUJ.
Znowu. Tak, znowu o tym wspominam, ale powinniście już przyzwyczaić się do tego, że bez planowania mój blog by nie istniał!
Dobre rozplanowywanie swojego dnia to podstawa do bycia zorganizowanym – organizacja zaś prowadzi bezpośrednio do zaoszczędzenia czasu!
Bez względu na metodę, z której korzystacie, warto dojść do perfekcji w planowaniu. Wybierajcie metody, które najlepiej sprawdzają się w Waszym przypadku i wyciągajcie z nich jak najwięcej korzyści dla Waszego zegarka.

Pssst! Zdradzę w sekrecie, że ja już posiadam jeden drobny trick w planowaniu pracy na blogu. Chcecie go poznać? Piszcie w komentarzach, a być może kiedyś zdradzę Wam, dzięki czemu udaje mi się wyrobić ze wszystkimi blogowymi zadaniami – i dzięki temu oszczędzam mnóstwo czasu, który wcześniej spędzałam przed komputerem.

Chcecie inspiracji plannerowych? Zajrzyjcie koniecznie:

własny planner od podstaw
planner – wskazówki i porady
ulubione przybory plannerowe
kupiony planner – pierwsze wrażenie


OD CELU DO CELU + IM SZYBCIEJ, TYM LEPIEJ.
To dwie metody, które używam nie tylko w rozplanowywaniu i wykonywaniu obowiązków.
Jeśli jest taka możliwość, dobrze jest wyznaczać sobie wiązane cele. Coś do zrobienia wynikające z czegoś, co już zrobiliśmy – na pozór skomplikowana, jednak dająca efekty zasada działania. To jak wspinanie się na niewysoki szczyt. Krok po kroku wykonamy całą masę obowiązków, a dzięki motywacji (im więcej zrobimy, tym bliżej jesteśmy mety wspinaczkowej) pójdzie nam to gładko i szybko. W wyniku tych działań zyskamy dodatkowe minuty do wolnej chwili.

Im szybciej, tym lepiej – wbrew pozorom nie namawiam Was do szybkiego działania, odhaczania obowiązków w zatrważającym tempie. Zachęcam do wykonywania pracy „na zaś”.
Między innymi ta metoda pomaga mi pogodzić blogowe pisaniny z obowiązkami.
Nie chcę jednak na chwilę obecną zdradzać Wam mojej tajemnicy organizacji pracy na blogu, więc o tym aktualnie cichosza…! 🙂

 

MEDIOM POWIEDZ STANOWCZE NIE.
Dla mnie to najbardziej zgubny pożeracz czasu. Ukochane gry otome, seriale, anime, simowe rozgrywki, czy nawet odpisywanie na facebookowych grupach to istny diabeł czasowy!

W telefonach na szczęście mamy opcję wyciszenia powiadomień, włączenia trybu offline czy nawet całkowitego rozłączenia się z siecią internetową.
Na mnie najlepiej działa zwyczajny tryb cichy. Dotykam okrągłej ikonki z podpisem „tylko alarmy” i odrzucam smartfon w kąt.
Mimo, że jest on moim fotograficznym przyjacielem, zawiera wiele danych, potrzebnych podczas tworzenia postów na bloga, na czas pracy trzymam się od niego jak najdalej, zmniejszając ryzyko wciągnięcia mnie w dotykowy świat.

Ja nie mam problemów z telewizją – najzwyczajniej w świecie mało mnie w niej interesuje. Ciężej jest mnie odciągnąć od książki, ale przecież…

POZWÓL SOBIE NA ODPOCZYNEK.
Wszyscy dokładnie wiemy, jak ważny jest sen w naszym życiu. Jednak nie tylko śpiąc wypoczywamy – czego nie każdy jest świadomy.
Powinniśmy odnaleźć czynność, która nas relaksuje – czy to zanurzenie się w treści ciekawej książki, opowiadania, czy może spacer, przejażdżka rowerowa, muzyka i inne banały – i oddawać się jej każdego dnia.
Po chwili przerwy, rozluźnieniu się, nasze akumulatory i nastrój naładowane będą na nowo. A my możemy oddać się pracy na nowo, pełni sił i w lepszych humorach.

Zdenerwowanie nie pomaga w szybkim ukończeniu danego zadania. Zdecydowanie lepiej jest odpuścić sobie, spróbować się uspokoić, zrelaksować, zapomnieć o stresie – i po tym powrócić do pracy. Na pozór tracimy czas podczas przerwy, w rzeczywistości go zyskujemy, albowiem nastawieni pozytywnie szybciej uporamy się z czynnością sprawiającą trud, a minuty nie będą nam uciekały w zatrważającym tempie.

Wracając do snu – starajmy budzić się o stałej porze, najlepiej jak najwcześniej się da.
Będąc jeszcze małym dzieckiem zawsze dziwiłam się, dlaczego mój dzień tak się dłuży, gdy wstawałam wcześnie. W okolicach szesnastej już marzyłam o wieczorze, by móc pójść spać, ponieważ wydawało mi się, że z nudów umrę mocno przedwcześnie.
W okresie gimnazjalnym co wakacje kładłam się spać o zwyczajnej porze, lecz do późna czytałam książki, przez co południe było najwcześniejszą dla mnie porą na śniadanie. Dzień kończył się po kilku godzinach, a noc ciągnęła w nieskończoność. Jak można się domyślić, byłam wiecznie niewyspana (choć szczęśliwa z lektury, gdyż zazwyczaj wczytywałam się w genialną prozę Harlana Cobena). To nie był produktywny czas.
Na mnie najlepiej działa wstawanie w okolicach siódmej rano – czasami wcześniej, czasami później. Ostatnio nawet nie włączam budzika, organizm sam budzi się o zbliżonych porach, gdy już jest wypoczęty.

Jak się ma wstawanie do oszczędzania czasu? Oprócz tego, że dzień po prostu trwa dla nas dłużej, jesteśmy wypoczęci i mamy siłę do działania. Proste.

IMG_20170427_135346889.jpg

To główne porady, które sama wykorzystuję w ciągu dnia. Odnoszą się one głównie do wydajności pracy, wypełniania obowiązków i nauki, ponieważ uznałam, że są to najważniejsze kwestie, które należałoby poruszyć.

Jak już wspominałam wyżej – koniecznie piszcie o swoich trickach na oszczędzanie czasu w ciągu dnia!

Zuza 😉

Czy weganizm jest drogi?

Temat idealnie wpasował się w tematykę miesiąca – jednocześnie udało mi się przemycić w nim ideę weganizmu i diety roślinnej.

Wielokrotnie spotykałam się z opinią, jakoby dieta roślinna oraz weganizm były drogie.
Czy weganie muszą wydawać miliony na swoje pożywienie? Ile na jedzenie wydaję ja – w trakcie przykładowego tygodnia? Właśnie tego dowiecie się z treści dzisiejszego postu. Zachęcam do czytania!

wr
Nie tylko osoby, które nie miały styczności z weganizmem mają nieprzychylne zdanie na temat wydatków wegan.
Nawet mój ojciec sądzi, że dieta roślinna pożera kwinkwagiliony pieniążków – sugerując, abym jak najszybciej wyprowadziła się z domu jako ta, która najbardziej przyczynia się do marnowania rodzinnego majątku. Smutne, ale prawdziwe.
Jednak czy aby na pewno weganizm jest drogi?
Od razu odpowiadam na nurtujące wszystkich tu zgromadzonych pytanie, skupiając się wyłącznie na kwestiach żywnościowych.

daktyle

Najmilsi! Dieta wegan nie jest droga.

W tym miejscu mogłabym podziękować wszystkim za uwagę, za czas poświęcony na przeczytanie wpisu, powiedzieć gudbaj i pomachać rąsią na pożegnanie.
Niestety wiem, że wielu Czytelników krąży nad moją głową jak sępy nad padliną – i szuka jak żeru przykładów. Oto i przykłady!

Przyjmijmy, że każdy z zainteresowanych pragnie podążać moją ścieżką. Jeść jak najbardziej naturalnie, ale nie w pełni surowo.
Przyjmijmy również, że każdy z zainteresowanych robi zakupy średnio raz w tygodniu.

Kiedy robię zakupy sama, na mniej więcej tygodniowy zapas żywności wydaję sumę, wahającą się od 30 do 50 zł. Warto zaznaczyć, że żywię się głównie warzywami i owocami + zapychaczami (płatki owsiane, kasza, ziemniaki) + dodatkami (siemię lniane, tahini, suszona włoszczyzna, suszone buraki, zioła i przyprawy).

Produkty, które kupuję najczęściej to:
marchew, jabłka, owoce cytrusowe (pomarańcze, mandarynki, cytryny), płatki owsiane, sałata, suszona włoszczyzna i buraki, cynamon, zależnie od sezonu kasze/strączki.
Tak naprawdę wiele zależy od sezonu.
Zimową porą kupuję więcej mrożonek, często sięgam po imbir, suszone owoce, fasolę, warzywa korzeniowe oraz wszelkie sezonówki.
Porą letnią spożywam znacznie więcej owoców, świeżych warzyw, jak i hoduję własne zieleniny – szpinak, świeże zioła i sałaty + sezonówki.

Ważne! Należy przypomnieć, że nie kupuję roślinnych przetworów typu: napoje roślinne, sery, wędliny sojowe. Nie sięgam również po chleby i typowe makarony mączne. Chcesz wiedzieć, dlaczego? Przeczytaj wpis o moim odżywianiu się.

Najdroższe produkty, które często lądują w moim koszyku to czerwona herbata oraz tahini (nowe odkrycie) zamiennie z masłem orzechowym. Można się domyślać, że nie kupuję tego codziennie.

3.jpg

 

Na koniec powtórzę, aby utrwalić Wam tę wiedzę jednym, głównym zdaniem.
Najmilsi! Dieta wegan nie jest droga. Powtarzajcie to w każdej części Polski, ogłaszajcie wszem i wobec tę cudowną nowinę. Weganie nie są bogaczami!
Mogą się nimi stać, dzięki oszczędzaniu na nie kupowaniu produktów odzwierzęcych.
Nie muszę chyba przypominać, że to właśnie mięso jest jednym z najdroższych produktów, które spożywają mięsożercy? Można jeść rośliny, dostarczać sobie różnorodnych wartości odżywczych. O tym – i o innych kwestiach weganizmu rozmawiamy we wpisach z serii wegańskie wtorki. Zachęcam do zapoznania się z nią!

Podyskutujmy również w komentarzach pod tym postem.
Weganie! Jako, że wydatki to kwestia indywidualna, może powiecie, ile Wy średnio wydajecie na pożywienie? Po jakie produkty sięgacie najczęściej?
Nieweganie – co sądzicie o roślinnym oszczędzaniu na jedzeniu? Przekonaliście się już, że roślinomaniacy nie wydają całego majątku na zaspokojenie głodu?

Zuza 😉