Opowiadanie: wattpad + wywiad z Wolfgangiem

Dzisiaj przybywam do Was z misją aktualizacyjną. 

Od dłuższego czasu miałam w głowie publikowanie opowiadania na wattpadzie – teraz w końcu spełniam tę zachciankę.

Ogłaszam wszem i wobec, że:

TU znajdziecie moje konto na platformie wattpad

TU znajdziecie „To tylko sen…” – pierwszą część opowiadania.

Obiecuję, że to Wy – czytelnicy bloga będziecie jako pierwsi dostawać nowe fragmenty opowiadania, jakie tylko stworzę. Na wattpadzie będą pojawiać się z co najmniej jednodniowym spóźnieniem.

Druga sprawa – z okazji rozpoczęcia działalności wattpadowej, chciałabym rozpocząć cykl wywiadów z postaciami. Na pierwszy ogień wybrałam Waszego ulubieńca – Wolfganga III van Helfena, czyli naszego uroczego szlachcica.

Co chcielibyście się o nim dowiedzieć? Macie konkretne pytania do niego samego? Być może chodzą Wam po głowie sprawy, które macie okazję rozwiązać, bowiem Wolfgang z pewnością postara się odpowiedzieć na wszystkie zadane pytania i wyjaśnić wszelkie sporne kwestie.

Pytanie związane z fabułą czy nie – śmiało piszcie je w wiadomości na mój adres e-mail: zuzamaj081@gmail.com. Serdecznie zachęcam do współtworzenia ze mną dodatku do opowiadania, które piszę w samotności od dzieciństwa 😉

Mam nadzieję, że pomysł z wywiadami przypadnie Wam do gustu i ochoczo weźmiecie udział w małej akcji piśmienniczej.

Zuza 😉

Ogłoszenie: mała zmiana w grafiku

Cześć!
Wpadam do Was, Borsuczki tylko na moment – by ogłosić, że jestem zmuszona wprowadzić małą zmianę w grafiku miesiąca kreatywności.

Według rozpiski kolejny post powinien pojawić się dwudziestego drugiego dnia lipca, jednakże nie pojawi się on w terminie. Jestem zmuszona zrezygnować z niego z dwóch powodów:
a) brak czasu (tak, nie wyrobię się z tworzeniem! Ja, zorganizowana Zuzanna nie wyrobię się w czasie! Świat się kończy! ;))
b) przygotowania do miesiąca szkolnego.

W zamian za post z miesiąca kreatywności zobowiązuję się nabazgrać wegański wtorek na 25 + poniedziałkowy post specjalny (z okazji moich urodzin!). Macie jakieś pomysły, co może oznaczać termin post specjalny? 🙂

Post z dnia 29 powinien pojawić się zgodnie z planem.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi moje kombinacje i cierpliwie poczekacie na to, co się dla Was tworzy.

Zuza 😉

Dziennik inspiracji

Wykazaliście zainteresowanie moim krok-po-kroku przerabianiem zeszytu w dziennik, przybywam więc z wpisem w odpowiedzi na Wasze wołania, Borsuczki! 

Postaram się jak najlepiej, jak najdokładniej i jak najprzejrzyściej wyjaśnić, jak odpicowałam nieużywaną okładkę na zeszyt, który nie dość, że ma pokaźny wkład, to na dodatek wygląda estetycznie, jest trwały i się nie niszczy.

1.jpg
Nie wiem, czy uwierzycie, ale zeszyt na zdjęciu powyżej to mój dawny planner z tego wpisu. Dacie wiarę? Czekało go dużo przeróbek, przeznaczyłam dla niego sporo czasu – i oto jest. Idealny dziennik inspiracji.

Najsampierw pozbyłam się dawnego wnętrza zeszytu. Plannerowe notatki skończyły w koszu. Bestialsko zdarłam dawną skórę okładki, pozbywając się estetycznie naklejonych, złotawych trójkątów i rombów.
Rozłożyłam zeszyt na czynniki pierwsze. To ważny krok podczas przerabiania okładek kołonotesów – zabezpieczyć elementy, które mają pozostać w swojej pierwotnej formie. Wyrwałam ogołocone tekturki z objęć metalowych kółek.
Wyczyszczoną z resztek farby i kleju okładkę (tak, należy to zrobić!) pokryłam zwykłym klejem w sztyfcie i nakleiłam na nią wydrukowany wcześniej papier ozdobny. Powtórzyłam swe czynności na drugiej części okładki.

Kolejnego dnia, gdy miałam pewność, że klej dobrze wysechł, okładki zabezpieczyłam cienką warstwą lakieru akrylowego.
To dobre rozwiązanie, które warto stosować w zamian za rozcieńczony klej introligatorski. Lakier szybko zasycha, utwardza pokrywaną powierzchnię i daje gwarancję na niezniszczalność papieru. Zdecydowałam pomalować zeszyt kolejny raz.

Na wewnętrzną stronę okładki przykleiłam zwykły, czarny papier. Nie zabezpieczałam go lakierem.

Wkład dziennika to nic innego, jak papier do ksero w formacie A4. Każdy arkusz przecięłam na pół. W karteczkach wycięłam kółka, ażeby całość zgrabnie zgnieść czarnymi objęciami prętów.

Na okładkę naniosłam brązową naklejkę indeksującą. Nie zdecydowałam się na napis, naklejka na chwilę obecną pełni funkcję wyłącznie ozdobno-dopełniającą.

WNĘTRZE DZIENNIKA.

Zgodnie z treścią wpisu o wypełnianiu dzienników, w skład przyborów, które używam wchodzi stała paczka: naklejki, wycinki z gazet, wydrukowane zdjęcia, cienkie kolorowe flamastry, farbki wodne i tasiemki.

Nareszcie mogę używać resztek, które zostały mi z bloków z papierem scrapbookingowym. Swoje zastosowanie znalazły również kolorowe skrawki papieru – wykorzystuję je do zapisywania pojedynczych słów lub cytatów i naklejenia tekstu na powierzchnię wypełnianych kartek.

2.jpg
W moim dzienniku inspiracji nie może zabraknąć słów osób, które cenię. Pouczające teksty piosenek, wiersze ulubionych poetów – w zestawieniu  z estetycznymi kompozycjami mają swoje szczególne miejsce na kartach zeszytu.

3.jpg

4.jpg
Dziennik inspiracji ma również miejsce na szkice i rysunki. Nie może w nim zabraknąć podobizn postaci, które darzę szczególną sympatią z różnych względów.
Narysowane wcześniej i wklejone, czy szkicowane bezpośrednio na białej powierzchni – każdy rysunek nadaje się do pozostawienia go w tak ważnym zeszycie. W końcu to zeszyt z inspiracjami! 🙂

5.jpg
Również Francuskie Księżniczki mają swoją rolę w moim życiu – oraz w dzienniku. Własnoręcznie zrobione naklejki z ich podobiznami ozdabiają wiele dziennikowych stron.

6.jpg

 

Bez względu na to, na jaki dziennik się zdecydujecie – naprawdę warto go założyć!
Może to być zwykły ozdobny notes na zapiski dnia codziennego, być może wolicie pamiętniki, dzienniki marzeń.
Zapisywane, wyrysowywane, wyklejane – wszystkie myśli, wspomnienia i pomysły warto uwieczniać. Czyż nie dziennik jest najlepszym miejscem na zbieranie ich? 

Zuza 😉

DIY dla mola książkowego #2

Z zeszłorocznego wpisu na temat zakładek dobrze wiecie, że lato jest dla mnie porą szczególnie obfitą w lektury.

Każdego roku zarywam nocki, żeby tylko zapoznać się z kolejnymi przygodami moich ukochanych bohaterów. To nie moja wina, że najbardziej lubię towarzyszyć Myronowi w nocy!

Mam nadzieję, że moje małe inspiracje ponownie zachęcą Was do wykonania własnej poręcznej i ozdobnej zakładki.
Przetrwajcie do końca wpisu, ponieważ czeka tam na Was niewielka niespodzianka 🙂


ZRÓB TO SAM, MOLU!

inspiracje dla zaciętych czytelników

ZAKŁADKA Z JELENIEM.
Wystarczy spojrzeć na baner bloga. Jeleń to mój znak rozpoznawalny. Widnieje u góry strony, na kartkach z przepisami do wydruku, na wielu moich szybkich szkicach i kartkach wszystkich dzienników.

Zdecydowałam, że ta zakładka będzie miała okrągły kształt. Starałam się równo wyciąć naszkicowane wcześniej koło z tektury po to, by nakleić na nie kremowy, gładki papier (po dwóch stronach). Farbkami wodnymi w stonowanych odcieniach brązu i beżu zrobiłam kilka paców pędzlem.
Na wyschniętym tle naszkicowałam głowę jelenia, po czym wypełniłam ją figurami geometrycznymi, posługując się czarnym cienkopisem.
Otwór na sznurek lub wstążkę wycięłam dziurkaczem.
Odczekałam, aż tusz dobrze wyschnie, po czym nałożyłam dwie ochronne warstwy lakieru akrylowego na zakładkę.

jel.jpg

Porady:
1. Jeśli nie macie lakieru akrylowego, za wierzchnią warstwę ochraniającą dzieło może posłużyć rozcieńczony klej introligatorski lub akrylowy.
2. Należy długo czekać po klejeniu kartek oraz nakładaniu każdej z napigmentowanych warstw. Zakładkę najlepiej robić przez trzy dni – skleić – namalować – narysować. Dopiero po trzech dniach warto ochraniać ją lakierem – jak widać mój tusz się nieco rozmazał, ponieważ nie byłam cierpliwa i nie odczekałam do kolejnego dnia.

ZAKŁADKA PILNEGO UCZNIA.
Przyda się nie tylko w szkole. Idealnie sprawdzi się w dziennikach, plannerach. Dobry gadżet dla wielbicieli zakładek indeksujących.

Do jej wykonania przyda się farba tablicowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że jej zakup kłóciłby się z moimi zasadami oszczędzania, dlatego zdradzę Wam mój sekret na zrobienie własnej farbki, za którą zapłacicie znacznie mniej!

Typowy dla zakładek prostokątny fragment tektury pokryłam z jednej strony farbą tablicową domowej roboty. Odczekałam do wyschnięcia, po czym nałożyłam kolejną warstwę.
Z drugiej strony zakładki zdecydowałam się nakleić czarną tekturę.
Po porządnym wyschnięciu zakładkowej konstrukcji na przyklejonej tekturze umieściłam kilka niewielkich, kolorowych zakładek indeksujących.

szk tyl.jpg

Jak zrobić farbę tablicową?
Potrzebne przybory:
farba akrylowa,
mąka kukurydziana.

Wykonanie:
Farbę akrylową wlać do (najlepiej) szklanego pojemnika. Wsypać niewielką ilość mąki kukurydzianej, dobrze wymieszać.
UWAGA! Nie potrafię określić proporcji farby do mąki. Konsystencja powinna być nieco gęstsza od zwykłej farbki. Należy porządnie rozmieszać mąkę w farbie, ażeby nie powstały duże grudki.
Do stworzenia farby tablicowej nada się również talk, mąka ziemniaczana, mąka owsiana. Można kombinować z innymi rodzajami mąk – i pisać o efektach w komentarzach 🙂

szk front.jpg
ZAKŁADKA FANKI.
Dobrze mnie znacie, więc chyba Was to nie dziwi? Ponownie postanowiłam wykonać zakładkę fanowską. Tym razem zdecydowałam się umieścić na niej postać Victora z Yuri! on Ice.

Na kwadratowy wycinek tektury nakleiłam jasny kremowy papier.
Tło zakładki namalowałam błękitną farbką wodną. Po wyschnięciu farby naszkicowałam szybki portret Victora. Wypełniłam podobiznę kolorowymi farbkami wodnymi, poprawiłam kontury ołówkiem. Otwór na wstążkę wycięłam dziurkaczem. Ozdobny brelok zrobiłam z wstążki, kolorem najbardziej odpowiadającej kolorowi włosów Victora (czyli platynowej 😉).
Całość pokryłam ochronną warstwą lakieru akrylowego – po dokładnym sprawdzeniu, czy zakładka z podobizną mojego ulubieńca jest mocno przeschnięta.

victor.jpg
BRELOK MOLA KSIĄŻKOWEGO.
Oto i niespodzianka dla wytrwałych.
Oprócz zakładek zdecydowałam się spróbować swoich sił w wytwarzaniu breloczków.
Handmade – brelok musi spełniać dwie funkcje:

  1. Być najpiękniejszy na świecie,
  2. Być trwały i niezniszczalny.

Starałam się jak mogłam. Mój minibreloczek z pewnością nie zniszczy się szybko.

Okładkę małej książki zrobiłam z niewielkiego kawałka czarnej, sztywnej tekturki o wymiarach podanych na zdjęciu poniżej.

br okl.jpg

Jak widać na powyższym zdjęciu, przed wycięciem okładki rozrysowałam jej plan bezpośrednio na tekturze. Po wycięciu zagięłam okładkę, by sprawdzić, czy została odpowiednio wymierzona.

Wnętrze breloczka wykonałam z wielu kawałków białego papieru o wymiarach takich, jak górna i dolna część okładki – podanych na zdjęciu poniżej.

br kar.jpg
Na wewnętrzną stronę minigrzbietu książeczki nalałam porządną porcję kleju a’la kropelka. Włożyłam wkład, starając się robić to równo i nie wylewając kleju poza wnętrze książki.

br kart.jpg

Zanim wzięłam się za ozdabianie czarnej okładki, malutkim gwoździkiem wybiłam otwór na kółko breloka w górnym rogu książeczki.

Okładkę ozdobiłam dwiema literami alfabetu runicznego. Nakreśliłam je białym żelopisem.
Gdy tusz dobrze wysechł, okładkę książeczki pokryłam ochronną warstwą lakieru akrylowego. Po wyschnięciu nałożyłam kolejne cztery warstwy. Założyłam kółko do zawieszki – i gotowe!
Brelok może wisieć przy kluczach, suwaku piórnika czy torby. Wygląda mrocznie i tajemniczo. Co mogą oznaczać dwie literki umieszczone na okładce? 🙂

br cal

br kol.jpg
Widzicie? Jestem molem książkowym i mimo to wytwarzam wszystko, co tylko wpadnie mi do łepetyny. Wy również możecie.
Może macie ochotę wykonać własne minidzieła użytkowe? Jeśli nie dla siebie – przynajmniej zróbcie je dla kogoś bliskiego. Takie urocze upominki muszą zachęcać do zawziętego czytania!

Zuza 😉

Czym wypełniać dzienniki?

Macham do Was po miesięcznej przerwie od stałego blogowania i dziękuję za to, że wytrwaliście tu sami podczas mojej nieobecności! 🙂

Tym postem nie tylko przerywam ciszę – jest on jednocześnie pierwszym wpisem w najważniejszym miesiącu roku – lipcu, miesiącu kreatywności.
Dlaczego padło właśnie na lipiec? Otóż ostatniego dnia owego miesiąca wypadają moje urodziny. Jest to iście wakacyjny czas, który można wykorzystać na zajmowanie się pracami kreatywnymi. Jako samozwańcza królowa kreatywności nie wyobrażam sobie, by tematy kreatywne były poruszane o innej porze roku.
Swój urodzinowy miesiąc chciałam świętować razem z Wami, Borsukami, a kalendarz ułożył się tak pięknie, że pierwszy dzień lipca to właśnie sobota – dzień pojawiania się wpisów o głównej tematyce. Możemy wspólnie bawić się kreatywnością od samego początku miesiąca! ❤

Zacięci czytelnicy na pewno spostrzegli, że scrapbookingowe zabawy cieszą mnie od młodych lat. W tym poście zaprezentuję Wam podstawowe przybory, które wykorzystuję w wyklejaniu. Jak je zdobywam? Ile na nie wydaję? O wszystkim dowiecie się, czytając tekst wpisu.
W skład podstawowych przyborów scrapbookingowych wchodzą tak naprawdę głównie ozdobne, kolorowe kartki oraz klej. Dla upartego minimalisty owa podstawa powinna wystarczyć; w końcu nawet z białej kartki można wyczarować cuda.

tas.jpg

Aby skomplikować swoje kompozycje, warto jest dodać do skrzyni z przyborami przeróżne taśmy, wstążki, tasiemki. Często wspominane przeze mnie Washi nadają się idealnie – są to wzorzyste, różnorodne taśmy z papieru ryżowego o delikatnej strukturze, które nie tylko przyklejają do siebie dwie części kartki. Pełnią również funkcje ornamentacyjne, nie tylko na papierze.
Washi możemy wykorzystać jako dopełnienie kompozycji wybranych zdjęć. Małe fragmenty taśm odpowiednio dobranych kolorystycznie, same w sobie mogą wyglądać bardzo ładnie. Pamiętacie może post z ozdabianiem zeszytów ze starej odsłony bloga? Tam właśnie kombinowałam, oklejając okładkę tylko i wyłącznie ryżowymi pasmami tasiemek. Efekt okazał się być zadowalający.

W kolekcji mam również zwykłe oraz materiałowe taśmy. Bez względu na to, który typ tasiemki wybierzecie, dodatkowe elementy dekoracji zawsze wypełnią braki kompozycyjne, a nawet stworzą odrębną historię ornamentacyjną.

nakl.jpg

Różnorodne naklejki to szybki w obsłudze gadżet, który może spełniać równie wiele funkcji, co Washi. Można je zdobyć w większości sklepów z artykułami papierniczymi, lecz jeśli zależy Wam na konkretnych wzorach, macie dwie opcje do wyboru:

a) Szukać naklejek na Aliexpress,
b) Zrobić naklejki samodzielnie.

Dlaczego polecam zamawiać z Aliexpress? Tylko tam możecie odnaleźć przybory różnego rodzaju w niskiej cenie. Washi, naklejki, wstążki, długopisy, flamastry – dosłownie wszystko. W przypadku naklejek i taśm zamawianie jest szczególnie opłacalne. Wtajemniczeni znają ceny przyborów w dostępnych nam sklepach. Na Aliexpress warto kupować hurtowo i dla taniości. Minusem jest czas oczekiwania na zrealizowanie zamówienia, jednak dla zaoszczędzenia pewnej kwoty warto jet uzbroić się w cierpliwość.

Samodzielne wykonywanie naklejek jest banalnie proste.
Wydrukowany wzór wystarczy pokryć bezbarwną taśmą. Z drugiej strony przykleić taśmę samoprzylepną. Et voilà, hier ist mein Aufkleber. I możemy się chwalić nalepkami z własnej produkcji, z najlepszego sortu istniejących naklejek.

nal.jpg

Wszystko, co możemy wydrukować, najlepiej jest zdobywać na własną rękę. Papier do scrapbookingu – ten w całym bloku, w zestawach kolorystycznych – jest drogi i moim skromnym zdaniem nie opłaca się inwestować w duże zapasy owych bloków.
W internecie możecie znaleźć mnóstwo wzorów do druku.

Co więcej może się Wam przydać?
Na pewno zdjęcia – własne, cudze, z przyjaciółmi, bez przyjaciół. Wycinki z gazet; pojedyncze litery, jak i całe zdania lub strony przepełnione tekstem.

Przybory nie-papierowe to oczywiście:
klej, najlepiej Magik oraz zwykły klej w sztyfcie,
nożyczki, opcjonalnie o wzorkowanych ostrzach (ja takowych nie posiadam),
flamastry, najlepiej duże zestawy zwykłych, podstawowych pisaczków,
długopisy, im bardziej zróżnicowane kolorystycznie, tym lepiej.

Z nie-przyborów sprzyda się Wam kreatywność, cierpliwość oraz inspiracja. Aby zdobyć tę ostatnią, zachęcam do przejrzenia moich tekstów o ręcznych robótkach.

scr.jpg
Być może jesteście chętni, aby zobaczyć, jak ja odpicowywuję swój dziennik?
Jak myślicie, jaką tematykę dziennika mogłam wybrać? 😛

Zuza 😉

Nie zapominajcie o ANKIETACH!
Pochwały, skargi, komplementy, zażalenia – to właśnie w ankietach jest na to miejsce.

Wegańskie wtorki: 5 zalet weganizmu

Weganizm to najpiękniejsza przygoda, jaką mogłam podjąć w swoim życiu.
Podjęłam ją zupełnie naturalnie, choć jeszcze kilka lat temu w mojej głowie tkwił obraz weganina-wariata z sałatą zamiast włosów i pomidorkami koktajlowymi w miejscu gałek ocznych. Pierwszego dnia sierpnia będę świętować swoją czwartą rocznicę przejścia na dobrą (wręcz pyszną!) stronę mocy.

Jako, iż zdobyłam już wiele doświadczeń i ich bagaż ciąży mi już na plecach, postanowiłam wyznać Wam, jakie korzyści czerpię z bycia weganką oraz odżywiania się roślinami.

zdj.jpg

5 ZALET WEGANIZMU,
których doświadczam od dawna.

Zastanawiając się nad zaletami, które zdecydowałam się Wam przedstawić w drugim poście w cyklu Wegańskich wtorków, właśnie to przychodziło mi do głowy jako pierwsze. Oczywiście, że chciałam zacząć wpis od głębokich rozważań na temat ratowania zwierząt i działania dla dobra naszej Planety, jednak przemawiający przeze mnie egoizm wylewał się za każdym podejściem do pisania. Uległam – uznając, że skoro to właśnie te dwa słowa przechodzą przeze mnie, skoro to ich impuls czuję już w samych czubkach palców, czuwających nad klawiaturą, skoro również dziś mam ochotę wspomnieć o tym na pierwszym miejscu – takie jest przeznaczenie owej zalety. Mimo, że nie jest dla mnie najważniejsza, sprawia, że każdego dnia mam dobrą energię do działania (lub niedziałania).
Dobre samopoczucie. 
Żywiąc się jeszcze produktami odzwierzęcymi, czułam się ociężała. Nie miałam energii, nie chciało mi się zwlekać z łóżka każdego ranka. Jak już wspominałam, weganizm nawrócił mnie na dobrą drogę, naładował swoją energią, składnikami odżywczymi, wlał we mnie mnóstwo radości.
Co czuje niestara weganka z czteroletnim stażem? Ulgę, spowodowaną nie przyczynianiem się do śmierci i bestialskiego traktowania zwierząt (jak i ból, o czym poczytacie we wpisie o wadach weganizmu), radość, która napawa mnie każdego dnia, lekkość ciała i ducha – a to wszystko (i wiele więcej) składa się na moje wspaniałe samopoczucie.
Lekkość ciała wynika z szybkiego trawienia posiłków, które szamię. Jako, iż zjadam tony warzyw i owoców, można się domyślać, iż ich trawienie przebiega w szybkim tempie – na pewno znacznie szybszym, niż dawniej. Lekkość ducha to wynik z dodania do siebie wymienionej powyżej ulgi z miłością do istot żywych. Już od dawna sądzę, że weganizm zamieszał mi w głowie! Kocham praktycznie wszystkie zwierzęta, rozmawiam z kotami i ptakami na ulicach, rozczulam się na widok gołębia skubiącego wysypane ziarenka. Jedność ze światem, zaufanie, jakim darzą mnie zwierzęta, rozumienie ich – brzmi dziwnie? Może, ale odczuwam to od trzech lat i nie narzekam.

Różnorodność smaków.
Kto nigdy nie postawił (chociażby w myślach) tezy, iż wegańska kuchnia jest nudna i monosmakowa, niech pierwszy rzuci kamień! *rzuca kamieniem w głowy durniów, co nie wiedzą, że warzywa mają niepowtarzalny smak*
Dzięki weganizmowi przeszłam na jasną, niesłoną stronę mocy. Używam coraz mniej przypraw, preferuję ziołowe lub naturalne smaki. Dieta roślinna wyczuliła moje kubki smakowe, udowodniła, że nawet ogromna fanka soli i keczupu (jak ja z przeszłości) może rozkoszować się orzechową nutą zielonych szparagów, kremową słodyczą ziemniaków, intensywną ostrością rzodkiewki. Może czuć różnicę w smaku każdego koloru papryki, różnych rodzajów sałat, rozpoznawać zioła – choć wcześniej znała tylko zieloną pietruszkę i koperek.
Czuję się jak tastemaster. Wiem wiele o smakach, dziwacznych przyprawach i składnikach potraw, właściwościach przeróżnych roślinnych substancji. Gdybym jeszcze potrafiła dobrze gotować, mogłabym zostać masterchefem.

Kolejna cecha nie powinna zdziwić nikogo. Wspominałam o tym w TYM wpisie.
Oszczędności.
Bez względu na to, czy jem w domu, czy na mieście – zawsze moje pożywienie jest (według mnie) niedrogie. Wychodząc ze swojej bezpiecznej szarej nory, czasami nie mam przy sobie nic do jedzenia i jestem zmuszona wylądować w roślinnej knajpce lub w sklepie. Nie zważając na swój wybór, nie wydaję całego majątku na jedzenie!
Podobnie, jak wszystkożercy i wegetarianie, mogę wybrać owoce, warzywa w sklepie. Zamiast stołować się w wegańskim lokalu, kupuję jabłka, pomarańcze, pomidorki koktajlowe.
O wzbogacaniu się dzięki diecie roślinnej już pisałam. Płacę mniej za pełnowartościową szamę.

Świadomość.
Nawet będąc wegetarianką nie miałam pojęcia o tym, że krowa nie produkuje nieskończoną ilość mleka – ot tak sobie. Nie wiedziałam o tym, jak traktowane są kury, krowy. Nie zaprzątałam sobie głowy zwierzętami, na których testuje się kosmetyki (i wszystko inne). Zapewne jak większość z Was, nie chciałam być świadoma.
Przechodząc na weganizm nadal nie posiadałam tej wiedzy, jednak na szczęście otworzyłam oczy i do teraz staram się ich nie zamykać. Nie, gdy widzę, co się dzieje z niewinnymi istotami.
Choć owa świadomość może zaliczyć się również do wad, według mnie warto wymienić ją wśród najważniejszych pięciu zalet weganizmu.
Naprawdę wspaniale jest nie zamykać oczu; nie udawać, że jedzenie mięsa jest w porządku, że mleko po prostu jest w krowie od zawsze, a przecież krowę boli, jak się jej nie wydoi.
Pełna świadomości o otaczającym mnie bestialstwie mogę unikać go jak tylko mogę. Choć nie zawsze jest to możliwe, staram się całym swoim sercem nie podpisywać pod masowym mordem, bo choć śmierć mnie śmieszy, mordowanie nie jest ani ciut zabawne.
Ani pół ciuta.

Ostatnią zaletą jest coś, co łączy wszystkie wymienione punkty w jedno i jest czymś oprócz tego, o czym już pisałam! To bardzo cenna, ważna dla mnie cecha, którą zyskuje każdy, kto decyduje się stąpać z nami-weganami po pełnej radości (oraz niestety smutku, dla równowagi) ścieżce ku lepszemu światu.
Wiedza.
Zbiorowa dobrego samopoczucia, świadomości, kuchennych różnorodności, być może w pewnej części też oszczędzania. Wszystko w jednym i jeszcze ponad to.
Zauważyłam, że weganie są naprawdę świadomi tego, co w siebie wpychają. Robią to z głową, dbają o siebie od wewnątrz i na zewnątrz. Często są bliscy zwierzętom, (podobnie do mnie) inaczej spoglądają na te wspaniałe istoty żywe. Dobrze wiedzą, co się dzieje w przemysłowym, morderczym świecie konsumenckim. Znają kłamstwa, które powtarzają wielkie koncerny, znają też nieszkodliwe alternatywy produktów, które są nam ponoć niezbędne.
Wiedza o świecie, o odżywianiu się, o badaniach. To my, weganie, najczęściej kontrolujemy swoje wyniki badań krwi, suplementujemy składniki, których mamy chociażby niewielki deficyt (i nie, nie jest to B12, nie jest to też białko, moi Mili!).
Wiemy, że należy dbać o siebie i o otaczający nas świat.
To wspaniała zaleta drogi, którą wybrałam. Już mi nikt nie wciśnie kitu, że bez mięsa będę mdleć, a bez rybki wypadną mi wszystkie włosy. No i, że od ziemniaków przytyję. A bez żelatyny będę miała chore stawy. A krówka ma mleczko 24 h/7. A kurki na wolnym wybiegu są szczęśliwe i nikt ich nie wykorzystuje.

Pamiętajcie, że nie jest moją intencją prowokowanie kogokolwiek. Komentarze o definitywnie negatywnym zabarwieniu są zawsze usuwane.

Są tu jacyś weganie? (Wiem, że są!)
Pomachajcie łapkami w komentarzach i przy okazji zdradźcie innym, za co Wy cenicie sobie ten tryb życia.
Lepsza kondycja i wytrzymałość fizyczna? Poprawienie się stanu cery, zdrowia? Lepsza odporność? (U mnie wszystkie te plusy występują symultanicznie). Chwalmy się światu, jak natura nas nagradza za dobre serduszka!

Zuza 😉

Chcesz przeczytać post z tej serii o konkretnej tematyce? Złożyć pochwałę lub zażalenie?
Wypełnij formularz.

Czerwiec – przerwa blogowa

Zgodnie z planem – rozpiską pracy w 2017 roku, czerwiec jest jednym z miesiąców wolnych od blogowania.

W tym miesiącu czeka mnie dużo pracy pozablogowej – chciałabym głównie skupić się na egzaminach i przygotowaniach do lipca – miesiąca kreatywności, który zdecydowanie wymaga ode mnie poświęcenia czasu i energii! Jest bowiem miesiącem szczególnym.

O lipcowych wyczynach dowiecie się właśnie w lipcu; ja mogę jedynie zagwarantować, że postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby lipiec odznaczył się na tle innych miesięcy.

W czerwcu zaś – oprócz spraw prywatnych, uczelnianych i pracowniczych, czeka mnie również udoskonalanie opowiadania i pisanie dalszej jego części.

WAŻNE! Zmiany, których można się spodziewać to treść rozdziałów opowiadania. Planuję również małe zmiany w wyglądzie, jednakże nie jestem w stanie określić, kiedy wcielę je w życie.

Zachęcam do zaglądania tu, być może w wolnej chwili wyskrobię coś z okazji wegańskiego wtorku albo innej!

Mam nadzieję, że pomimo niedługiej przerwy, powrót w lipcu będzie bardzo przyjemny – i nie okaże się, że na stronie są komentarzowe i wyświetleniowe pustki! 🙂

Do poczytania w lipcu!

Zuza 😉