Opowiadanie: wattpad + wywiad z Wolfgangiem

Dzisiaj przybywam do Was z misją aktualizacyjną. 

Od dłuższego czasu miałam w głowie publikowanie opowiadania na wattpadzie – teraz w końcu spełniam tę zachciankę.

Ogłaszam wszem i wobec, że:

TU znajdziecie moje konto na platformie wattpad

TU znajdziecie „To tylko sen…” – pierwszą część opowiadania.

Obiecuję, że to Wy – czytelnicy bloga będziecie jako pierwsi dostawać nowe fragmenty opowiadania, jakie tylko stworzę. Na wattpadzie będą pojawiać się z co najmniej jednodniowym spóźnieniem.

Druga sprawa – z okazji rozpoczęcia działalności wattpadowej, chciałabym rozpocząć cykl wywiadów z postaciami. Na pierwszy ogień wybrałam Waszego ulubieńca – Wolfganga III van Helfena, czyli naszego uroczego szlachcica.

Co chcielibyście się o nim dowiedzieć? Macie konkretne pytania do niego samego? Być może chodzą Wam po głowie sprawy, które macie okazję rozwiązać, bowiem Wolfgang z pewnością postara się odpowiedzieć na wszystkie zadane pytania i wyjaśnić wszelkie sporne kwestie.

Pytanie związane z fabułą czy nie – śmiało piszcie je w wiadomości na mój adres e-mail: zuzamaj081@gmail.com. Serdecznie zachęcam do współtworzenia ze mną dodatku do opowiadania, które piszę w samotności od dzieciństwa 😉

Mam nadzieję, że pomysł z wywiadami przypadnie Wam do gustu i ochoczo weźmiecie udział w małej akcji piśmienniczej.

Zuza 😉

Rozdział *I* – „Poszukiwani”

Najdroższe Borsuczki! ❤

Niektórzy odgadli, co mam na myśli, pisząc i mówiąc o wpisie – niespodziance.
Tak jest, moi mili! To pierwszy rozdział specjalny opowiadania!

Powstał nagle, zupełnie niespodziewanie, pod wpływem impulsu. Bywam bardzo impulsywna. Tym razem – mam nadzieję, że – mój impuls szczęśliwie okazał się być bodźcem do stworzenia czegoś, co Was usatysfakcjonuje.

Niezwykle ciężko pisze się takie rozdziały. Nie zrozumcie mnie źle – pisało mi się świetnie! Chodzi mi o kombinacje, które trzeba stosować, by uniknąć dramatycznej wpadki z wyjawieniem fabuły z oficjalnej drugiej części, która wciąż się pisze.
Koniecznie przeczytajcie podany Wam na świąteczny deser rozdział – i w wolnych chwilach piszcie, co o nim sądzicie!

Nie będę przedłużać – przechodzę do treści:


ROZDZIAŁ *I*

„Poszukiwani”

— Czy mogę mieć pytanie?

— Wal.

— Dlaczego zawsze śpiewasz tę samą piosenkę, gdy gdzieś jedziemy? – spojrzał na partnera badawczym wzrokiem, starając się powstrzymać mimowolnie wkradający się na jego twarz uśmiech.

— Ta melodia działa na mnie niezwykle uspokajająco. Jestem zestresowany. – Stukając dłońmi w kolana, w przyspieszonym tempie zanucił kolejną frazę Clementine. Głośno przełknął ślinę, po czym założył na nos duże okulary przeciwsłoneczne.

— Twoje okulary wyglądają jak z kosmosu, Wolf. Nie pasują ci do koszuli, to zupełnie inna bajka. Kosmiczna bajka.

— Przestań – warknął, spozierając z ukosa.

— Wyglądasz trochę jak ufolud. Krótkie włosy, okulary nie z tego świata. Dramat.

— Przestań – powtórzył nieco głośniej, nerwowym ruchem ściągając okulary. Wiedział, że wybór sportowych dodatków do eleganckiej stylizacji nie będzie trafny. Nie był idiotą i miał wyczucie stylu – tak samo wyborne, jak poczucie humoru.

— Boisz się mojej rodziny, Wolf? Naprawdę nie musisz, naprawdę. Na pewno cię polubią. Jestem pewien, że będziesz się świetnie dogadywał z moim tatą, a mama zdecydowanie się w tobie zakocha, to pewne. Za to Gaby i Tommy…

Wolfgang uśmiechnął się. Uważnie słuchał, co Daniel ma do powiedzenia, wyglądając przez autobusowe okno na piękne widoki okolicy Vinceville.
Poprzednią Wielkanoc spędził ze swoim najlepszym przyjacielem. Z sentymentem wspomniał święta w ich wykonaniu – pełne grillowanych potraw i jego ukochanej whisky. Każdy wczesnowiosenny dzień wydawał się na chwilę przebiec mu przed oczyma; zobaczył szczery uśmiech szofera, jego popisy żonglerskie obok rozżarzonych węgli i gorącego rusztu, toasty wznoszone na cześć ich przyjaźni. Każde wspomnienie wydawało się być nierealne, jednak przychodziło do jego głowy i kreowało się, jak najlepszy seans w kinie.

— Wolfgang, czy ty mnie słuchasz? Ja się produkuję, całkowicie blisko ciebie, plotę jakieś dyrdymały i nie słyszę reakcji. Chcę usłyszeć reakcję. – Chłopak zmarszczył brwi, wsuwając okrągłe oprawki na właściwe miejsce. Ciężkie szkła zsunęły się na czubek zgrabnego nosa.

— Kocham twoje słowotoki, Dan. Po prostu kocham – zachichotał szlachcic.

***

Nie musiała otwierać oczu, by wiedzieć, gdzie jest. Czuła obok siebie jego obecność.
Zapach kolejnego z gotowych zestawów śniadaniowych sprawił, że zaburczało jej w brzuchu. Nie miała ochoty wstawać i rozmawiać z nim – wiedziała jednak, że nie zdoła dłużej udawać, że śpi.
Niczym w zwolnionym tempie słyszała, jak nabiera powietrze, by wypowiedzieć powitalne zdanie. Miała nieodpartą ochotę, by zatkać uszy palcami wskazującymi. Zamiast tego postanowiła otworzyć oczy i zacząć żyć.

— Dzień dobry, słoneczko! Dobrze ci się spało?

— Nasz sportowiec jak zwykle we wspaniałym humorze… – wyjęczała znudzona.

— Za to nasz młody Sherlock znowu nie w sosie. Kupiłem śniadanie, trzymaj. – Wręczył jej pakunek i uśmiechnął się szeroko.

— Jaki mamy dziś dzień? – zapytała, siląc się na uśmiech. Wymuszony wyglądał na jej twarzy naturalnie.

— Niedziela. Niedziela Wielkanocna.

— Takie dni spędza się z rodziną. Zazwyczaj.

Boris uśmiechnął się jeszcze szerzej, niż zwykle. Sięgnął do kieszeni bluzy i wyciągnął trzy niewielkie czekoladowe jajka – zawinięte w kolorowe sreberka.
— Wesołych Świąt, Lilci. – Wręczył dziewczynie słodycze. Liliana wybuchnęła śmiechem. Przyjęła słodki upominek i ważąc czekoladki w dłoni, spojrzała na szofera.

— Dziękuję, Boris. Bardzo dziękuję – odparła, spuszczając głowę.
Przyjrzała się małym jajeczkom. Różnobarwne, błyszczące opakowania skrywały czekoladową słodycz. Odłożyła cukierki, chcąc zostawić je na deser, lecz straciła apetyt na jedzenie czegokolwiek. Musiała ukryć wzruszenie, które odebrało jej mowę. W gardle czuła nieprzyjemny uścisk, łzy napłynęły jej do oczu.

Kolejny raz pomyślała, że Boris jest naprawdę dobrym człowiekiem.

***

Vinceville – jego rodzinna miejscowość, w której się wychował, tej wiosny była jeszcze bardziej kolorowa, niż poprzednim razem.
Kwiaty zdobiły każde nieduże okienko stojących obok siebie kamienic i domów. Zieleń młodych listków drzew ożywiała kamienne miasteczko.

Z całych sił zaciągnął się świeżym powietrzem, stojąc przed malutkim domem rodziców. Poprawił okulary, wsuwając je na odpowiednie miejsce, a te jak zwykle zsunęły się nieposłusznie. Wsunął je ponownie – srebrne oprawki znów opadły, zatrzymując się na czubku nosa. Zezując uniósł je palcem wskazującym – powoli, próbując zachować spokój. Eleganckie okulary kolejny raz obsunęły się.

— Powinieneś odwiedzić optyka, synu. W święta jest zamknięte, ale możecie zostać na kilka dni, wybierzesz nowe oprawki.

— Nie potrzebuję, te mi odpowiadają. Są stylowe i mi pasują.

— Za to okulary twojego Wolfisia… – mężczyzna skrzywił się na samo wspomnienie widoku szlachcica w specyficznych sportowych okularach przeciwsłonecznych. Mimowolnie spojrzał na stojącego nieopodal van Helfena i momentalnie spłonił się ze wstydu. Wolfgang patrzył na nich, przysłuchiwał się uważnie i spotykając wzrok ojca swojego partnera uśmiechnął się, krzyżując ręce na piersi.

— Mówiłem mu! – usprawiedliwił się Daniel. Sportowe okulary nie współgrały z błękitną koszulą i granatowymi, eleganckimi spodniami. Dobrze, że nie założył sandałów – to byłoby przegięcie.

— … jak z kosmosu, inna bajka zupełnie.

Wolfgang westchnął ostentacyjnie. Nie czuł się tu dobrze.

Mimo, że zgodnie z zapewnieniami Daniela jego rodzina zaakceptowała go, czuł się nieswojo.
Mimo, że atmosfera uroczego miasteczka opanowała każdy kąt niewielkiego domu, czuł się naprawdę źle. Wspólne posiłki, miłe rozmowy, luźne pogawędki z rodzicami, przekomarzanie się z rodzeństwem – to wszystko Daniel miał na wyciągnięcie ręki od urodzenia. Dla niego Wielkanocny obiad był czymś naturalnym; potrafił śmiać się z żartów ojca, puszczać oczko do matki, gdy ta zalotnie uśmiechała się do szlachcica. Swobodnie bawił się z młodszym rodzeństwem; gonił ich po salonie, łaskotał, podrzucał do góry lub czołgał się pod stół, by poznać nowe bazy dowodzenia dzieciaków. Świetnie odnalazł się w tej sytuacji. To dla niego normalne.

Westchnął ponownie, tym razem szczerze i ze zmartwieniem. Naprawdę nie czuł się tu dobrze. Rodzinne obiady pamiętał jako nudny czas, spędzany w ciszy – przy delikatnym akompaniamencie sztućców muskających porcelanowe talerze.

Rozejrzał się dookoła. Ogródek oddzielony od ulicy żywopłotem był tak mały, że skromny, prostokątny stół i sześć krzeseł zajęły praktycznie całą jego przestrzeń. Szlifowane kamienie wyznaczały krótką trasę poza jego granice.

Z drzwi, obok których stał, wybiegły dzieci – Gaby i Tommy, rodzeństwo Daniela.
Dziewczynka – długowłosa blondyneczka o okrągłych policzkach, popchnęła lekko brata bliźniaka, piegowatego malca – jej wierną kopię. Chłopiec upadł na trawnik i bez chwili namysłu wstał, wytrzepał jasne spodnie i pobiegł za siostrą. Wszyscy świadkowie zdarzenia zignorowali zielone plamy na kolanach.

Do ogrodu weszła Janette, mama Daniela. Według Wolfganga, kobieta mogła mieć około czterdzieści pięć lat. Niewysoka, ubrana w zwiewną, wiosenną sukienkę w kwiaty, w rękach niosła tacę z dzbankiem pełnym lemoniady i szklankami. Siwiejące blond włosy przewiązała niebieską wstążką. Uśmiechnęła się do męża i syna (swoją drogą ci prawdopodobnie nadal plotkowali o jego sportowych okularach, które miał w kieszeni), sięgnęła po dwie szklaneczki. Nalała do nich orzeźwiający napój, po czym zawołała bliźniaków. Dzieci musiały napoić się przed poszukiwaniami słodkich, czekoladowych jajeczek.

— Wolfgangu, napijesz się lemoniady? – spytała, trzymając dzban w ręku. Posłała mu ciepły uśmiech.

Nie chciał wierzyć, że to się dzieje naprawdę. Czuł się tak, jakby właśnie był na planie starego filmu. Wszedł do telewizora, aby pokolorować czarno-białą projekcję. Święta jak z obrazka. Zrobiło mu się niedobrze i aż ocknął się, patrząc na kobietę. Matka idealna.

— Dziękuję. Przepraszam. – Tylko tyle zdołał wydusić z siebie. Omijając uroczy obrazek, wyszedł na ulicę Vinceville. Nie chciał, aby jego zachowanie odebrano jako nietaktowne, lecz musiał pooddychać w spokoju. Wierzył, że Dan wytłumaczy rodzicom, skąd się wzięła jego reakcja na rodzinne szczęście.  — Kolorowe życie w niedużej chatce. Święta rodzina. – klął pod nosem, uciekając jak najdalej od rodzinnego domu Daniela.

***

Siedziała nieruchomo przy suto zastawionym, eleganckim i dużym stole.

W bogatym pałacu można było znaleźć tylko jeden przesadnie elegancki pokój jadalniany. Brązowe ściany ze złotymi ornamentami przygnębiały ją – przynajmniej tę wersję wolała dopuszczać do siebie. Nie miała zamiaru inaczej tłumaczyć sobie swojego złego nastroju.
Złote świeczniki, ozdobna porcelana. Drewniany stół okryty śnieżnobiałym obrusem nie uginał się pod ciężarem potraw i zastawy. Plastikowe stoły, przy których jadała przez ostatnie lata, nie były tak wytrzymałe.

Do pomieszczenia wkroczyła starsza kobieta. Dumnym krokiem podeszła do stołu. Odchrząknęła.
Claire spojrzała na nią, zamyślona. Lekko potrząsnęła głową i wstała szybko.

— Dzień dobry, mamo.

— Dzień dobry, Leonore. Siadaj. – Najstarsza z rodu van Helfen poprawiła krótko obcięte, zakręcone na wałkach siwe włosy i usiadła obok córki. –– Zwolniłam już służbę. Należy im się odpoczynek w święta.

— Dobra decyzja, mamo – odparła, nie podnosząc wzroku z pustego talerza.

— Bynajmniej nie potrzebuję twojej aprobaty. – Lisa powolnym ruchem sięgnęła po wazę z zupą, spoglądając na Claire znacząco. Nie doczekała się reakcji, na co głośno westchnęła. Córka ponownie się ocknęła.

— Przepraszam. Pomóc ci, mamo? – Skierowała wzrok na kobietę. Matka bezemocjonalnie patrzyła w jej oczy. Poczuła się… dziwnie.

Wiele lat czekała na powrót do rodzinnego domu. Żyjąc u boku Borisa, przyglądając się Wolfgangowi i donosząc rodzicielce o wybrykach brata miała wrażenie, że po zakończeniu swojej misji będzie najszczęśliwszą córką, jaką zna świat. Oczyma wyobraźni widziała swój powrót – szczęśliwa, że w końcu będzie się nią zajmować wykwalifikowana służba, dosłownie nie mogła doczekać się rozmów z matką. Wyobrażała sobie konwersacje o sztuce, literaturze, polityce. Postać Lisy urosła do rangi bogini – Claire każdego dnia wstawała z łóżka z myślą, że coraz bliżej jest powrotu do domu, do wspaniałej kobiety, wykształconej, dumnej królowej.

Zderzenie z rzeczywistością cholernie ją bolało. Oschła, podła kobieta nie była taką, jaką pamiętała z wczesnych lat dzieciństwa. Miała wrażenie, że życie bez dzieci ją wyniszczyło – być może realna, a być może złudna nadzieja na to, że z powodu tęsknoty zmienił się charakter Lisy, trzymała ją w Holandii.

W jej głowie pojawiła się myśl i nie potrafiła się powstrzymać, by nie wyjawić na głos swojego nagłego pragnienia.

— Chciałabym, by był z nami Wolfgang.

Lisa zamarła. Całe jej ciało spięło się, jakby w oczekiwaniu na kolejny słowny cios. Pomalowane na naturalny różowy kolor usta wyglądały teraz jak dwie cienkie kreseczki. Podbródek zadrżał podejrzanie.

— Mamo, Wolfgang jest cudownym mężczyzną.

— Milcz… – warknęła przez zaciśnięte zęby. Na delikatnie wyróżowanych policzkach widać było emocjonalną czerwień. Czoło powoli zmarszczało się coraz bardziej.

— Dlaczego nie chcesz o nim rozmawiać? To twój syn, mamo…

— Milcz! – krzyknęła, wstając od stołu. Rozzłoszczona spojrzała kolejny raz na córkę. Złożyła ręce w pięści, zamknęła oczy i westchnęła głęboko. –– Wiem, że jest cudownym mężczyzną. Wiem to, Leonore. Wiem.

Szybkim krokiem wyszła z pokoju. Claire po krótkiej chwili usłyszała głośne trzaśnięcie drzwi sypialni matki. Po huku nastała błoga cisza. Uśmiechnęła się do siebie i sięgnęła po wazę z zupą.

Przynajmniej będzie mogła zjeść w spokoju – bez dbałości o bezbłędne zachowanie przy stole. A później po sobie posprzątać.

***

Gaby i Tommy szli przodem, trzymając mocno swoje nieduże koszyki.

Nie było to utrzymywaną od pokoleń tradycją. Prekursorem zwyczaju szukania jajek był Daniel. Mając młodsze rodzeństwo, nastoletni chłopak wymyślał jak najwięcej nowych zabaw i zajęć. W Vinceville żadne z dzieci nie chodziło z koszykiem po mieście – oprócz dzielnych bliźniaków.

— Dan, a gdzie się podział twój chłopak? – zapytała melodyjnie rezolutna dziewczynka. Przystanęła, w oczekiwaniu na dużego brata i wyciągnęła wolną dłoń w jego stronę.

— Szczerze, Gab? Nie mam pojęcia. Źle się poczuł, musiał wyjść na spacer.

— Nie boisz się, że się zgubi? Długo nie wraca.

— No co ty! Wolf to duży chłopak, wiesz? – Nachylił się i szybko cmoknął ją w czubek głowy. Mała zaśmiała się uroczo i ścisnęła mocniej jego dłoń.

— Twój chłopak ma ładne okulary – wypowiedziała, na co Tommy żywo zareagował.

— O tak, ma ładne okulary.

— Młodzi, nie śmiejcie się z jego okularów! – Rodzeństwo roześmiało się jeszcze głośniej. Daniel westchnął z uśmiechem. – Do roboty, szukać jajek! Zajączek na pewno dużo ich dla was zostawił.

Do domu wrócili po ponad trzech godzinach poszukiwań. Usatysfakcjonowane, brudne czekoladą bliźniaki dźwigały za sobą koszyczki pełne słodyczy. Podejrzewał, że wiele czekoladek podrzucili sąsiedzi – w tym roku dzieciaki uzbierały w parku zapas czekoladek na kilka tygodni. Mieszkający nieopodal mili ludzie ukrywali słodycze, by jego rodzeństwo mogło nacieszyć się tym szczególnym czasem w swój dziecięcy sposób.

Żartując i śmiejąc się głośno, weszli razem do ogródka. Machinalnie rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu Wolfganga. Przy stole siedzieli tylko rodzice.

— Gaby, musisz umyć ryjek. Jesteś cała w błocie, świnko! – Zażartował, a siostrzyczka zachrumkała w odpowiedzi. Grzeczny Tommy jako pierwszy postawił koszyk na stole i pobiegł do łazienki. — Był tu Wolf?

— Nie było go… – odpowiedziała mu mama, przyglądając się pełnym słodyczy koszykom dzieci. — Zwiał nam?

— Przy okazji spaceru z młodymi rozglądałem się za nim, ale go nie spotkaliśmy. Dzwoniłem, nie odbiera. – Usiadł przy stole, zrezygnowany. Miał pustkę w głowie. Partner zniknął na cały dzień i nie dawał znaku życia. To naturalne, że martwił się o niego.

— Wystraszyliśmy go, synu? – zmartwiony ojciec Daniela – Julian, nachylił się delikatnie nad stołem. Widział, że Wolfgang trzyma się z daleka od ich rodziny. Razem z żoną starali się przyjąć mężczyznę najlepiej, jak potrafili.

Stresowali się przyjazdem szlachcica. Wiedzieli o jego pochodzeniu, co potęgowało ich zakłopotanie. Mieli obawy, czy van Helfen będzie usatysfakcjonowany skromnym obiadem w gronie najbliższej rodziny. Chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, w końcu mężczyzna nie tylko skradł serce ich syna – ale także zaopiekował się nim i dbał o jego dobro. Bez Wolfganga uparty Daniel nadal żyłby w biedzie. Szlachcic zaufał mu, dał ich synowi piękne uczucia i dobra materialne. Młody artysta mógł przejmować się tylko swoją pasją i studiami, co dawało wspaniałe efekty na uczelni. Szlachetny mężczyzna pomógł Danielowi i to liczyło się dla nich najbardziej.

— Po prostu… Wolfgang miał dosyć trudne dzieciństwo. Może nie był jeszcze gotów na rodzinne spotkania, nie wiem.

— Bardzo nam przykro, Dan… – niemalże wyszeptała Janette, chwytając siedzącego naprzeciwko syna za rękę. — Wolfgang jest świetnym facetem. Te jego okulary… ma wspaniałe poczucie humoru.

— Jeśli zechce, sam powie nam o swoich problemach. Ten dom jest otwarty także dla niego, pamiętajcie o tym.

— Dzię…

— Dziękuję państwu! Bardzo państwu dziękuję, naprawdę.

Wszyscy zwrócili się w stronę Wolfganga i zaniemówili. Musiał przerwać tę dziwną, ale zdecydowanie nie niezręczną ciszę. Być może miał niecodzienne pomysły, ale tylko w ten sposób mógł naprawdę poczuć klimat Wielkanocy. Przy okazji chciał rozluźnić atmosferę.

— Zawsze działam impulsywnie, ktoś zostawił ten kostium na molo, więc ubrałem…

Gaby jako pierwsza głośno się roześmiała – gdy tylko wyszła z domu, podbiegła do Wolfganga i wtuliła się w miękkie, różowe futerko jego nowopożyczonej zdobyczy.
Po niej Tommy oraz Daniel, przytuleni do zająca śmiali się głośno.

Nie czuł się źle, choć cała rodzina jego chłopaka ściskała go tak mocno, że mało brakowało, by przestał oddychać. Jako różowe, wielkie zwierzę dzielnie znosił wszystkie upokorzenia.

Kolejny idealny obrazek. Pieprzona święta rodzina! – pomyślał i cieszył się jak nigdy wcześniej, że ogromny, cukierkowo-różowy łeb uniemożliwi  rodzinie Anderson zobaczyć, że ich wielkanocny zając ze wzruszenia płacze jak bóbr.

 


 

Mam nadzieję, że nikt nie będzie narzekał na długość rozdziału – tak właściwie zakwalifikowałabym ten fragment do kategorii one-shotów. 

W chronologii opowiadania ten rozdział oczywiście mieści się po wydarzeniach z pierwszej części. Nadal jesteście na bieżąco!

Jak podobał się Wam niespodziankowy powrót do świata Wolfganga? Piszcie w komentarzach, jakie macie odczucia po lekturze.

Wesołego Alleluja!
Zuza 😉

Rozdział X – EPILOG – „To tylko… sen?”

 

ROZDZIAŁ X – EPILOG

To tylko… sen?

 

– Bardzo miło mi cię poznać. – uśmiechnął się szerzej. Puścił moją dłoń i wrócił do stołu.

– Czegoś tutaj nie rozumiem… – wydukałam, zdziwiona. Serce biło mi mocno i szybko. – Kim pan jest?

– Mieszkam tuż obok, dopiero się wprowadziłem.

– Skąd pan pochodzi? – spytała go babcia, uśmiechając się przyjaźnie.

Ciągle te uśmieszki, miłe gesty. Herbatka, ciasteczka, uściski dłoni. Coś mi tu nie pasuje.

– Jestem z Kanady, ale mam holenderskie korzenie.

– Imię dostałeś po pradziadku. – dokończyłam, zwracając na siebie uwagę świetnie bawiącej się trójki.

– Bingo! Liluś, jesteś niesamowita. – pochwalił mnie, dureń.

– Ma pan dwadzieścia dziewięć lat i gustownie urządzoną piwnicę.

– Liliano, co ty wyprawiasz? – spytała mnie mama, patrząc na mnie karcącym wzrokiem.

– Wiek się zgadza, ale piwnica… nie wiem. Szczerze mówiąc, nie zaglądałem tam jeszcze.

Tym razem to ja uśmiechnęłam się szeroko. Klasnęłam dłońmi.

– A tak dobrze ci szło. Polubiłam cię.

– Liliana, uspokój się! – Zdenerwowana mama podniosła na mnie głos, jednak w tej chwili istnieliśmy tylko my – ja i Wolfgang. Patrzył na mnie, przerażony.

Zbliżyłam się do niego i położyłam rękę na jego ramieniu. Nachyliłam się, by powiedzieć mu do ucha:

– Lecz za kłamstwo się płaci.

Sięgnęłam ręką w stronę dźwigni, która pojawiła się wraz z moim klaśnięciem. Położyłam na niej dłoń i pociągnęłam mocno, mówiąc:

– Do zobaczenia, Wolfie.

Zerwałem się ze snu z uczuciem strachu.

***

– Wolf? Co się stało? – Leżący obok mnie Daniel potrząsnął moim ramieniem. – Znowu te dziwne sny?

– Tak. To był… koszmar… – odpowiedziałem, gwałtownie łapiąc oddech. – Nie wiem, co o tym myśleć…

– To był sen, kochany. To był tylko sen… – pogłaskał mnie czule po głowie i przytulił mocno. Złożył delikatny pocałunek na gładkim policzku, sięgnął po moją dłoń. Nie wypuszczając jej z mocnego uścisku, zamknął oczy.

To niemożliwe. Sen wydawał się być niezwykle realistyczny.

Zamykając oczy zdecydowałem, że muszę poznać tajemnicę.

 


 

NO, KOCHANI!

To już koniec opowiadania. Ten rozdział, spełniający rolę epilogu, jest zdecydowanie najkrótszy. Wiedzcie, że to zamierzony zabieg. Specjalnie zostawiłam sobie furtkę do wprowadzenia kolejnych pomysłów w życie.

To opowiadanie towarzyszy mi już od dawna. Jest dla mnie niezwykle ważne! Zżyłam się z opisywanymi postaciami. Kocham Wolfiego, uwielbiam Daniela. Liliana mi imponuje swoim intelektem i umiejętnościami, jest bardzo młoda.

Podobnie jak czytelnicy, za każdym razem, kiedy tylko wgłębiałam się w treść, przeżywałam tę historię jak dobry film. Wciąż na nowo i na nowo.

Dużo czasu zajęło mi pisanie. Wiele godzin spędziłam na sprawdzaniu treści (i powinnam spędzić drugie tyle!), na rozmyślaniu o dalszych przygodach szlachcica. W głowie mam wiele pomysłów.

Sama nie wiem, co więcej mogę powiedzieć! Ogromne emocje włożyłam w opowiadanie. Starałam się pokazać w nim siebie i moją wyobraźnię. Mam nadzieję, że pozytywnie to odebraliście.

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze. Dziękuję każdemu, kto na bieżąco zapoznawał się z moją twórczością! Dziękuję też wszystkim tym, którzy poznają opowiadanie już po jego premierze.

Dajcie mi znać, co sądzicie o tej historii i moim młodzieńczym stylu pisania.

Jeszcze raz wielkie dzięki!

Zuza 😉

Rozdział IX – „Zdarzenia paranormalne”

Przedostatni rozdział, najdroższe Borsuczki!

Mam nadzieję, że choć trochę będzie Wam brakowało Wolfganga i bandy. Na szczęście mam jeszcze jeden rozdział z epilogiem, które wrzucę za tydzień.

Jeśli dopiszę dużą część kolejnego tomiku opowiadania, wrzucę je.

Zostawiajcie komentarze!

Zuza 😉


ROZDZIAŁ IX

Zdarzenia paranormalne

 

– To jest chore, Daniel! Chore, rozumiesz? – Wolfgang krążył w tę i z powrotem, mając nadzieję na jakikolwiek znak z wewnątrz. Cisza sprawiała, że powoli wpadał w szał.

– Musi być na to jakieś wytłumaczenie. Proszę cię, uspokój się.

– Jak mogę się uspokoić? Jak?

– Nie wiem! – krzyknął. Sam nie rozumiał, co dzieje się dookoła. – Wiem, że to chora sytuacja. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Może po prostu wyszła z domu?

– Daniel, ale ty nie uciekniesz, prawda? – Złapał go mocno za ramiona, patrząc mu prosto w oczy. Nie czekając na odpowiedź, z całych sił przyciągnął szczupłe ciało do swojego i uściskał je mocno. Był bliski płaczu.

– Nie panikuj. Musimy dostać się do środka – chłopak wyszeptał mu do ucha. Wiedział, że szlachcic jest w złym stanie. – Ale najpierw siadaj. Ustalamy fakty.

Popchnął go na niewysokie schodki. Wolfgang usiadł posłusznie, obserwując Daniela, ustawiającego okulary na ich miejsce.

– Pierwszy fakt, nikogo nie ma. Nie ma Claire, nie ma Borisa, nie ma Liliany i jej rodziny.

– Mamy i babci, tata nie żyje – dopowiedział, smutny. Czuł się bezsilny, pozbawiony nadziei. Jego życie prawdopodobnie kończyło się w bardzo pokręcony, psychodeliczny sposób.

Może w jego ukochanej whisky coś jest? A może niczego już nie ma?

– Okeeej. To bez znaczenia. Oni zniknęli, ale inni tu są. I ja też tutaj jestem, choć ci się przyśniłem.

– Co masz na myśli? – Z trudem przyswajał słowa Daniela.

– Sny. W tej całej historii główną rolę grają nasze sny. – Usiadł obok szlachcica. – Pomyśl tylko. Boris śnił o tobie, a potem cię spotkał. To samo wydarzyło się w przypadku Liliany. I ja śniłem o tobie, ale ty też śniłeś o mnie.

– Nic mi to nie daje. Nadal nie rozumiem.

– Ja też, cholera, Wolf! Również tego nie rozumiem. Mam mętlik w głowie, ale ustalam fakty. – Uwielbiał to robić. W stresujących sytuacjach nagle budził się w nim skryty przywódca.

Czuł, jakby jego głowa miała zaraz eksplodować. Chciał, by to się stało. Niezrozumiała zagadka zniknięcia każdego, kogo cenił doprowadziła go do szaleństwa, graniczącego z utratą rozumu.
Wolał umrzeć, niż stracić bliskich.

– Ja nie znikam, ty również. Wolf, może to z nami jest coś nie tak?

– Musimy wejść do tego domu. Jak najszybciej. Może coś im się stało? – Mężczyzna wstał i spojrzał na budynek, oceniając go. W ostateczności wyważą drzwi, ale najpierw chciał znaleźć chociażby uchylone okno.

Wolałby nie niszczyć mienia sąsiadów. Na wszelki wypadek.

Okrążyli domek w poszukiwaniu wejścia awaryjnego. Nie znaleźli nawet okienka piwnicznego.

– Stłuczemy szybę, tak będzie najłatwiej! – zadecydował młodszy, sięgając po jeden z kamieni, leżących w ogródku.

– Co ja bym bez ciebie zrobił! – powiedział Wolfgang, patrząc, jak Daniel rzuca pociskiem w szkło. – Po głowie chodziło mi wyważanie drzwi.

– Nie wyważylibyśmy ich nigdy. Za słabi jesteśmy – zauważył. Miał rację. – Okna są nisko, łatwo będzie się wspiąć.

Podeszli bliżej zniszczonej okiennicy. Pięścią van Helfen poprawił dzieło młodego, który krzywił się na widok zmagań szlachcica z ostrymi krawędziami szyby. Na szczęście Wolfgang nie pokaleczył rąk.

– Kto wchodzi pierwszy? – spytał i nie czekając na odpowiedź, ustąpił Danielowi. Ten uśmiechnął się i z całych sił podciągnął się rękoma o wąski parapet. – Nie skalecz się!

– Tu jest dużo szkła. – Partner pomógł mu wejść do środka. – Wolf, tu jest… strasznie.

– Jak to? – zapytał, a Dan nie pofatygował się odpowiedzieć. Wolfgang sam wskoczył na parapet, wszedł do pomieszczenia i zaniemówił.

Dom był pusty.

Nie było w nim ani jednego przedmiotu. Po skromnych meblach, regałach z książkami, bibelotach należących do Sophie – ani śladu.

Jednomyślnie postanowili przeczesać teren.

Zajrzeli do każdego pokoju i żadne pomieszczenie nie wyglądało tak, jak we wspomnieniu szlachcica. Po oględzinach parteru, z nadzieją weszli na piętro.

– Jesteś pewien, że one tu mieszkają? – spytał cichutko Dan, coraz bardziej przerażony. Wolfgang nie odpowiedział.

Weszli do pokoju Liliany. Ich wzrok przykuła szara koperta, leżąca na podłodze.

– Znam ten papier – poinformował. – Kopertę i jej specyficzny zapach.

Daniel słuchał go uważnie. Wcisnął ręce do kieszeni bluzy. Nie spuszczał wzroku z przerażonego mężczyzny.

– Ten jasnoszary, chropawy papier. – Odwrócił kopertę. Na moment wstrzymał oddech. – Imię starannie napisane intensywnie niebieskim atramentem i holenderski znaczek. Zazwyczaj te listy oznaczają, że ktoś z mojego rodu zmarł pewien czas temu, jednak rozsyła się je tylko i wyłącznie do członków rodziny. Tej koperty nie dostaje nikt, kto nie nosi mojego nazwiska. Tym razem list zaadresowano do… – urwał i podniósł ważną przesyłkę na wysokość oczu chłopaka.

– Liliany. – dokończył Dan.

Postanowili wyjść z pustego domu. Czuli się w nim nieswojo.

Aby mieć budynek na oku, Wolfgang zadecydował, że muszą pozostać na jego ukochanej werandzie. Usiedli na schodach, kopertę położyli na stoliku za sobą.

– Może upewnijmy się, że w twoim domu są meble? – zaproponował Daniel poważnie. Wolfgang bezgłośnie przyznał mu rację. Gwałtownie rzucił się do drzwi i odetchnął z ulgą na widok nienaruszonego wyposażenia willi.

– Wszystko jest. – Uśmiechnął się lekko, siadając obok chłopaka. – Co robimy dalej?

– Musimy rozwiązać zagadkę – stanowczo stwierdził młodszy. Popatrzył na kopertę. – Musimy ją otworzyć.

Daniel niewątpliwie miał rację, musieli ją otworzyć. To był jedyny trop w tej dziwnej historii.

Być może właśnie w tej kopercie znajduje się odpowiedź na wszystkie ich pytania, na które nie potrafili udzielić odpowiedzi? Nie dowiedzą się, dopóki jej nie otworzą, jednak Wolfgang miał pewne obawy.

– A jeśli wtedy znikniemy? – spytał, a Dan roześmiał się.

– Wolę zniknąć uświadomiony, niż żyć w pustce. – Sięgnął po kopertę i wręczył ją mężczyźnie. Ten skrzywił się zabawnie.

– Ech, wolałbym nie ryzykować.

Daniel zaśmiał się głośniej.

– Nie mów, że wymiękasz? – Patrzył na niego, rozbawiony. – Wolf, przecież to ja tu jestem nierozgarnięty. Tracisz rozum w takich sytuacjach?

– Najwyraźniej. – Chłopak znowu miał rację. Stracił rozum! Nie miał czasu, nie mógł szacować, jak wiele argumentów posiada za, a ile przeciw. Chwilę patrzył w oczy jedynej bliskiej mu osoby, która jeszcze istniała w jego świecie.

To krótkie spojrzenie dało mu odwagę.

Wziął kopertę do rąk i otworzył ją. Papier nie stawiał oporu, nie był więc zaczarowany.

Nieustannie patrząc w oczy Daniela, wyciągnął delikatny arkusz papieru. Rozłożył kartkę i razem spojrzeli na zawartość listu.

kolejność nieprzypadkowa

 

Wolfgang Drugi van Helfen

Ja

Judy Colton

Sophia Howard

Terez Howard

 

Bądźcie czujni.

B.

– Wolfgang? Przecież ty żyjesz.

– Mój ojciec, ja jestem Trzeci. – wyjaśnił szlachcic.

– Niczego nie rozumiem… Co to oznacza? – Daniel poprawił opadające okulary. Wyczekując na odpowiedź, patrzył z nadzieją na twarz mężczyzny.

– Nie wiem – stwierdził ze smutkiem. – Wiem tylko jedno. Prawdę musi znać Boris.

Ramię w ramię szli w stronę mieszkania Judy. Wydawało im się, że było to jedyne miejsce, w którym mogli znaleźć coś więcej.

Dom Lilki był pusty. Dom Borisa pewnie też, ale tam nie chcieli wchodzić.

Pozostało im tylko małe mieszkanko Judy i jej kwiaciarnia.

– Judy mieszka niedaleko mnie. Jej lokal też nie jest oddalony. Wszystko mieści się w dwóch sąsiednich dzielnicach.

– I dziwiło cię, że ja mam przyjaciół obok siebie? – spytał. Brzmiał ostro, bo był spięty.

Dan nie odpowiedział.

– Najpierw sprawdzimy jej mieszkanie. Jeśli będzie puste, sprawdzimy kwiaciarnię.

– A ty nie masz rodzeństwa? – Tym razem to on zmienił temat. Być może nie była to odpowiednia pora… lub była to jedyna pora, w której mogli się poznać.

Nigdy nie wiadomo, kiedy i kto zniknie z ich życia.

– Mam, można tak powiedzieć. Moi rodzice adoptowali dwójkę dzieciaków, dziewczynka i chłopiec, bliźniacy.

– Pięknie! Ty i twoja rodzina naprawdę mnie zachwycacie. – Wolfgang odważył się i wyciągnął do niego rękę. Chłopak rozpromienił się i ochoczo złapał ją, niemalże zgniatając jego dłoń w swojej, o wiele zgrabniejszej. – Masz zadbane ręce.

– Jestem muzykiem, dbam o narzędzia pracy.

– Cudnie! – krzyknął z entuzjazmem, a młodszy spojrzał na niego z ukosa.

– Przestań, Wolf – warknął z uśmiechem.

Dotarłszy na miejsce, weszli szybko do budynku. Chcieli mieć to za sobą.

Daniel wprowadził towarzysza na odpowiednie piętro. Bez zawahania przekręcił okrągłą klamkę – ustąpiła bez oporu.

– Zostawiła otwarte drzwi? – van Helfen zmarszczył czoło.

– To do niej niepodobne. To moja działka – przyznał, powoli wchodząc do środka.

Dwupokojowe, nieduże mieszkanie, które do tej pory wypełnione było meblami Judy, na podobieństwo domu pań Howard, zostało opustoszone.

Białe ściany, jasna podłoga i koperta pozostawiona na środku pokoju.

Daniel szybkim ruchem zabrał specyficzną przesyłkę.

– Tym razem zaadresowana do mnie – powiedział, zdziwiony.

– Boris wiedział, że to ty będziesz szukał Judy.

– Więc dlaczego w domu Liliany koperta była zaadresowana do niej?

Wolfgang zawahał się. Przypomniał sobie list od Borisa.

– Nie było jej na liście. Zniknięcie Lilki nie było zaplanowane.

Patrzyli naprzemiennie na siebie i na kopertę. W końcu Daniel otworzył ją. Chciał się uspokoić, lecz jego ręce drżały bez udziału jego woli.

Danielu,

Proszę cię, bądź cierpliwy i rozwijaj swój talent.

Pamiętasz, co zawsze mówiłam ci przed wyjazdem?

Tylko cierpliwość i wytrwałość pozwoli ci zdobyć szczyt.

Całuję, J.

 

Przekazał kartkę w ręce szlachcica. Ten zapoznał się z treścią listu, westchnął – tym samym informując, że to dla niego ślepy trop.

– Chyba tylko ty możesz to rozumieć. Co Judy chciała ci przekazać?

Spojrzał na niego poważnie.

– To nie Judy, Wolf. To moja mama.

Rozdział VIII – „Niepokonani chodzą parami”

ROZDZIAŁ VIII

Niepokonani chodzą parami

 

Wolfgang uchylił ciężkie powieki tylko po to, by w panice je zamknąć.

Usłyszał delikatny chichot. Chłodne palce delikatnie musnęły go w zarośnięty policzek.
To była nowość dla niego. Zawsze golił się dokładnie.

– Nie udawaj, że śpisz – wyszeptał Daniel, przyglądając się mężczyźnie.

– Jak długo spałem?

– Całe Boże trzy dni.

– Jezu. – Otworzył oczy. Chciał unieść się, by chociażby usiąść, jednak ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma na to siły. Rozradowany chłopak siedział na krześle obok jego łóżka. Podał mu wodę.

– Nie pij więcej, Wolf. Bardzo ci to szkodzi.

– Co ty tutaj robisz? – Przyjął napój z ulgą, pochłaniając zawartość szklanki. Pragnął więcej wody. Musiał szybko ogarnąć, na czym stoi.

Przebrany w piżamę, okryty białym, wełnianym kocem. Ten koc używał tylko w zimowe święta.

Najwyraźniej Daniel musiał się nim zająć. On nie zna jego zwyczajów.

– Liliana zadzwoniła, że ona ma ważną sprawę a ty jesteś niedysponowany. Po tym wszystkim musiała mieć pewność, że nie zrobisz sobie nic złego. A ja mogłem… poprzyglądać ci się z bliska i spędzić czas z kimś ciekawie milczącym.

– Co z Judy? – Jak najlepiej starał się nadrobić zaległości z życia. Młody spochmurniał.

– No… nie żyje.

– Był tu Boris?

– Nie. A przynajmniej go nie widziałem. Masz duży dom, mogliśmy się minąć. – Wolfgang musiał się rozchmurzyć. Jego brzuch zaburczał głośno. Chłopak spojrzał na niego, uśmiechając się. – Nie martw się, umiem robić tosty i gotować parówki.

Szlachcic roześmiał się głośno. Daniel sprawiał wrażenie zadowolonego, pomimo śmierci przyjaciółki. Nie dziwiło go to, był świadkiem przeróżnych reakcji na śmierć. Młody mógł nawet nie być do końca świadom faktu, że dziewczyna już nigdy nie wróci.

W ciszy zeszli do kuchni na obiecane tosty i parówki. Stłuczone talerze, leżące obok kosza na śmieci nie uszły uwadze szlachcica. Pamiątka z uczestnictwa w pchlim targu rozbita na niewielkie kawałki. W zamian za opiekę, wybaczył chłopakowi drobne potknięcia. Zauważył, że ma problem z koordynacją ruchową.

Usiadł przy niedużym stole.

Umeblowanie jego domu było nielogiczne i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Przyzwyczajony do dużej rodziny i co najmniej kilkunastu służących, stworzył sobie willę, w której mieszkał sam. Duża, przestronna kuchnia mieściła stolik dla służek, choć takowych nie posiadał. Nie potrzebował nikogo, prócz Borisa.

Tradycyjne, bogato zdobione meble wykonano z wysokiej jakości drewna. Uwielbiał otaczać się drogimi przedmiotami. Na ścianach zawiesił obrazy – te w kuchni przedstawiały martwą naturę. Na stołach zawsze umieszczał owoce w koszykach. Sięgnął po dojrzałe, pachnące jabłko.

Spojrzał na Daniela. Gotował parówki na patelni.

Cóż, pomyślał. Każdy ma swoje kuchenne tajemnice.

Jego myśli ponownie skupiły się na wydarzeniach ostatnich dni. Bardzo chciał zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się dookoła, lecz nie potrafił. Zbyt głupi na to był. A może za stary?

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia dwa.

– Aha. – I wszystko jasne. Jest za stary. Siedem lat to nie taka znowu ogromna różnica, dodawał sobie otuchy i nadziei.

Parówka upadła z widelca, gdy chłopak chciał podać ją na talerz. Syknął, ale wrzucił ją z powrotem do naczynia. Wolfgang uśmiechnął się. Cokolwiek od niego chciał, sam przybiegł do parku. Nie mógł zarzucić sobie działania wbrew jego woli. Młodego decyzją było odszukanie go.

Daniel podał do stołu dwie porcje parówek i tosty z serem.

– W twojej rodzinie zapewne nikt tak nie jada.

– To prawda, ale ja lubię parówki i tosty. – Spojrzał na chłopaka. Ten uśmiechnął się. – Czym się zajmujesz?

– Studiuję. Jestem klarnecistą.

– Och! – Mężczyzna wpadł w zachwyt. – Nie znam się na muzyce, ale uwielbiam słuchać.

– Cieszę się. Może kiedyś zechcesz posłuchać, jak gram?

– Chętnie! – Nie potrafił oderwać od niego wzroku. Daniel zachwycał go całym sobą. Nie chciał wystraszyć chłopaka, ale już teraz wiedział, że musi poznać go jeszcze lepiej.

– Tosty są wyśmienite. Co to za zioła?

– Autorska mieszanka wszystkiego, co miałeś w kuchni i co nadawało się do spożycia. – Uśmiechnął się znowu. Miał wrażenie, że przy Wolfgangu śmieje się non stop.

„Pamiętaj, żeby do mnie przyjść. Razem stawimy czoła wszystkiemu, co złe.” – przypomniał sobie słowa mieszczucha. Ten facet naprawdę jest dla niego stworzony. Ma świetne poczucie humoru, dystans do siebie i klasę.

Drobne zmarszczki pojawiały się obok oczu, gdy uśmiechał się szczerze. Dołeczki w policzkach były tak urocze, że miał ochotę się do nich przytulić. Podobał mu się nawet jego krzywy nos.

– Jakie masz plany na dzisiejszy dzień? – spytał, chcąc zająć swe myśli. Miał nadzieję, że będzie mu dane spędzić więcej czasu z Wolfgangiem, choć nie robił sobie na to nadziei.

Mimo, że był roztrzepany i trochę szalony, był tylko skromnym, delikatnym grajkiem. Samotnym, dla ścisłości. Chciał mieć kogoś, do kogo mógłby zwrócić się w potrzebie.

To, że był gejem, było dla niego oczywiste od zawsze. Jego rodzice akceptowali go w pełni i kochali, tak samo, jak inni członkowie rodziny oraz wszyscy mieszkańcy Vinceville. Oczywiście mógł powrócić do domu, lecz wiedział, że jeśli to zrobi – utknie tam na zawsze. Nie chciał polegać na bliskich.

Chciał polegać tylko na własnych, samodzielnie podjętych decyzjach.

– Mam zamiar spotkać się z Borisem. Wziął wolne po wybrykach żony, ciekaw jestem, co z nim.

– To twój bliski przyjaciel?

– Poznaliśmy się od razu, gdy wprowadziłem się do Kanady. Była zima, sezon na sport na śniegu. Boris był wtedy skoczkiem narciarskim.

– Czekaj… – zamyślił się Daniel. – Boris? Ten Boris? Boris Carter to twój służący? – Aż zmarszczył czoło, niedowierzając. Jego ojciec uwielbiał skoki.

– Szofer, a tak naprawdę wierny pomocnik. Poznaliśmy się na jego zawodach. Wiesz, że jemu też się przyśniłem? – Wolfgang uznał to za ciekawostkę, jednak Dan wyglądał na zaniepokojonego. – Coś się stało?

– A tobie śnił się Boris?

– Nie. Ja akurat korzystałem z życia, robiłem wszystko, co tylko wpadło mi do pustego, młodego wtedy łba. Zresztą – obydwoje byliśmy bardzo młodzi. – Szlachcic przerwał swoją opowieść. Spojrzał w niespokojne oczy chłopaka. – Dan, słuchasz mnie?

– Nie wydaje ci się to dziwne? – odłożył widelec i oparł się łokciami o stół.

– Co masz na myśli?

– Komu jeszcze się śniłeś, Wolf?

***

– Dzień dobry. Mówi Liliana Howard. Czy dodzwoniłam się do posiadłości van Helfenów? Och, świetnie. Zastałam Cla… Leonore? Czy jest Leonore van Helfen? – Rozmowie przysłuchiwała się babcia.

Od zawsze wierzyła w swoją zdolną wnuczkę. Kibicowała jej w każdym, nawet najprostszym wyzwaniu. Teraz, gdy dowiedziała się o kłamstwach Claire, wiedziała, że nastolatka będzie chciała pomóc sąsiadowi.

Nie do końca rozumiała, dlaczego dziewczynka uwielbia towarzystwo pana Wolfganga. W jej oczach był bogatym, dystyngowanym mężczyzną. Wierzyła, że Liliana jest zbyt dojrzała, by przyjaźnić się z rówieśnikami. Jeszcze większe zamieszanie w jej głowie wprowadził Boris.

Każdy w okolicy wiedział, kim jest Boris Carter. Lilka zaprzyjaźniła się ze sportowcem, świetnie się dogadywała ze starszymi od niej mężczyznami.

Nie była zacofana. Miała nadzieję, że każda nowoczesna babcia w takiej sytuacji zmartwiłaby się.

– Bardzo proszę przekazać pani Leonore, że nie mogę przybyć w jej rodzinne strony. To pilna sprawa, chodzi o naszego wspólnego znajomego. Liliana Howard, na pewno mnie zna.

– Przykro mi, pani Leonore odmawia rozmowy z panną i nie wierzy w rzekomą znajomość pani i twoją, panno Howard. – usłyszała po drugiej stronie słuchawki. Znudzony, lecz w gruncie rzeczy miło brzmiący głos jednego ze służących, zdawał się być uparty.

– Rozumiem, że jeśli chcę skontaktować się z Leonore, jestem zmuszona przebywać w Holandii?

– Yy… To jedno z możliwych wyjść, jednakże nie mogę zapewnić Pannie, iż Leonore van Helfen zgodzi się na wizytę.

Liliana zaklęła w myślach. Teraz, gdy wszystko zaczęło mieć sens, Claire zwiała na wezwanie. Bardzo różniła się od Wolfganga.

Pożegnała się i odłożyła słuchawkę. Smutnym wzrokiem spojrzała na babcię, która zrozumiała ją bez słów.

– Musisz porozmawiać z panem Wolfgangiem, kochanie.

– Tak, wiem – odparła, jednak wiedziała, że to mija się z celem. Wolfgang nie wierzył w pokrewieństwo jego i Claire. Miał rację – do tej pory nie mógł podejrzewać, że ma rodzeństwo. Mógł nie pamiętać drugiej ciąży swojej mamy, w końcu pomiędzy nim a Leonore był tylko rok różnicy.

– Ciekawa jestem, dlaczego rodzice ukrywali przed Wolfim fakt, że ma siostrę.

Sophie czule pogłaskała ją po policzku.

– Nie każdą zagadkę można tak łatwo rozwiązać, Lilusiu.

Miły gest przerwał jej dzwonek do drzwi. Kobieta wstała i skierowała się w stronę wejścia do domu, Liliana zaś otworzyła swój notes i skreśliła wypisane i sprawdzone wyjście z kłopotu.

Usłyszała głos Borisa. Ucieszona pobiegła go przywitać, chcąc poinformować go o wyjeździe Claire. Być może to on będzie wiedział, jak pomóc ich wspólnemu przyjacielowi?

***

– Dzielisz kobiety na grupy? – Oczy niemalże wyszły mu z orbit, gdy usłyszał, co Wolfgang mówi o dręczeniu kobiet. Szlachcic zachichotał wesoło.

– Lilka spytała mnie dokładnie o to samo. Tak, dzielę je. Mam już na tyle lat, by móc być zirytowanym ciągłymi ich zaczepkami.

Daniel uśmiechnął się uroczo.

– Wiesz, poprawiasz mi humor. Teraz, gdy już nie ma Judy… Myślałem, że będę sam. Okazuje się, że mam ciebie.

– Piękne wyznanie miłości – wyśpiewał zadowolony. Przy chłopaku czuł się młodszy o kilka lat i naładowany energią w ilościach nie do spożycia.

– To nie było wyznanie… – Chciał udać rozzłoszczonego. Nie udało mu się. – …no dobra, może i było to coś w rodzaju wyznania miłości. Wstępnej miłości. Zauroczenia.

– Pochlebiasz mi, chłopcze. Cieszę się, że przyszedłeś.

– Gdzie mieszka Boris? – Nagła zmiana tematu zdziwiła Wolfganga tak bardzo, że aż rozchylił usta i spojrzał na rozmówcę. – Słyszysz, stary? Gdzie – mieszka – Boris – C.?

– Bardzo niedaleko. Kilka kroków. To ta sama ulica.

– Wszyscy tu mieszkacie?

– To zbieg okoliczności. Ja kupiłem drogi dom, Boris wybrał mniejszy, tani. Lilkę poznaliśmy po przeprowadzce do Londynu. Ona mieszała tu od zawsze. To tutaj. – wskazał ręką na mały domek, ogrodzony metalowym płotkiem.

– Nie mają ogrodu? To smutne. – Twarz Daniela rzeczywiście wyrażała ogromny żal. Jego mimika twarzy była niezwykle rozbudowana. Emocje ukazywał niemalże tylko mrugnięciem oka.

Szlachcic parsknął śmiechem, wchodząc za furtkę.

Zapukał do drzwi. Czekali chwilę w ciszy, po czym zapukał ponownie.

– Może wyjechali? – zasugerował Daniel.

– Bez słowa? To nie w stylu Borisa. – Wolfgang uderzył w drzwi pięścią, uważnie nasłuchując odgłosów z wnętrza domu. Nie usłyszał nic.

– Panowie do państwa Carter? – odwrócili się, wystraszeni. Starsza pani nie wyglądała przerażająco.

– Tak, szukamy Borisa. – odpowiedział znajomej.

– Pani Carter wyjechała jakieś trzy, może cztery dni temu. Borisa nie widziałam już od kilku dni.

– Pani jest z sąsiedztwa? – spytał Dan. Szlachcic zaniemówił, zmartwiony. Czyżby przyjaciel uciekł przed nim razem z Claire? Może sam był kłamcą? Nie chciał czuć zawodu. Potrzebował przekonać się, że jego przyjaźń naprawdę będzie trwała wiecznie.

– Tak, mieszkam tu obok. – palcem pokazała sąsiednie drzwi. Uśmiechnął się do niej, dziękując za pomoc. Stanął naprzeciwko Wolfganga. – Co teraz robimy?

– Biegusiem do Lilki. – odparł momentalnie. To była ich ostatnia nadzieja.


No, wielkimi krokami zbliżamy się do końca!

Sama za każdym razem czytam dodawany rozdział, by się upewnić, czy wszystko z treścią jest okej. Mimo to nadal proszę o wskazywanie mi błędów, często może zdarzyć się tak, że nie odnajdę byka w tekście!

Opinie koniecznie zostawiajcie w komentarzach.

Zuza 😉

Przypominam, że z problemów technicznych w sobotę wpis planowy się nie pojawi. Wpisu możecie się spodziewać dopiero w sobotę za tydzień.

Rozdział VII – „Niefortunny wypadek…?”

ROZDZIAŁ VII

Niefortunny wypadek..?

 

W bramie miasteczka Vinceville postanowili rozdzielić się na dwie grupy.

Grupa pierwsza, do której należeli Liliana i Daniel, miała za zadanie dowiedzieć się czegoś na temat topielicy, którą poprzednim razem widzieli.

Na barkach Judy ciążył obowiązek trzymania Wolfganga z dala od posterunku. Lepiej było nie zadzierać z policją.

Poinformowała go, że pójdzie do toalety. Nie należał do cierpliwych, nie mógł stać w jednym miejscu – nie w tak stresującej chwili.

Chciał zadzwonić do Borisa, jednak ten nie odbierał. Wziął dziś wolne, to u niego nowość. Miał kłopoty z Claire, która udaje kogoś, kim nie jest – zrozumiałe, że potrzebował czasu wolnego.

Nie wierzył w to, o czym mówiła Lilka. Mimo, że ta nigdy się nie myli. Przez dwadzieścia dziewięć lat był jedynakiem. To niemożliwe, że nagle ma siostrę, choć był to duży kawał pokręconej układanki, który o dziwo pasował. Dopóki sam się nie upewni, nie uwierzy w to.

Ten ciężki dzień dłużył się niemiłosiernie. Sekundy były dla niego godzinami.

Przechadzając się po wąskiej uliczce miasteczka, spoglądał w nisko osadzone okna budynków. Ludzie wydawali się go rozpoznawać. W to nie wątpił, w końcu ostatnio nieźle tu namieszał. Powinien wrócić przed bramę, by Judy się nie martwiła, lecz usłyszał Głos. Nazywanie go tak sprawiało mu niemałą przyjemność, pomimo to chciał wysilić się i wymyślić lepsze, pieszczotliwe przezwisko.

– Wolf? Co ty tutaj robisz? Gdzie Judy? – krzyczał Daniel, idąc obok Liliany i posterunkowego.

– Poszła do toalety, a ja się nudziłem. – Na te słowa młody zaklął. Nastolatka z przerażeniem zakryła usta dłońmi.

– No to mamy problem – stwierdził policjant.

– Wiecie coś? – zignorował go. Nie wierzył, że sprawa topielicy jest ważna. Samobójstwo kobiety z Vinceville nie mogło mieć nic wspólnego ze sprawą jego rodziny.

– Znamy nazwisko zmarłej, Helfen. Nazywała się Judy Colton.

– Tak samo, jak moja Judy, Wolf. To ta sama osoba. – Zdenerwowany chłopak uważnie patrzył na szlachcica.

– Nie rozumiem – odparł bezemocjonalnie. – Niczego nie rozumiem. Nie wiem, co się dzieje.

– Idziemy nad jezioro. Trzeba znaleźć panią Colton i wyłowić ją drugi raz – posterunkowy powiedział stanowczo, omijając mężczyznę. – Wataha dziwaków idzie za mną.

– Wataha dziwaków?

– Zadajesz dziwne pytania, Wolfie – ucięła Liliana, podążając za policjantem.

Spacerował po molo nad jeziorem Vince.

Spokojna okolica jego rodzinnej miejscowości zawsze działała na niego dobrze. Szum wody koił nerwy, których tracił dużo na uczelni i przy pulpicie.

Budki z hot-dogami, grille i kiełbaski. Odkąd Vinceville odwiedza coraz więcej londyńczyków, biznes fast-foodowy kwitnie. Nawet stoiska z pachnącą niezdrowym, starym tłuszczem żywnością nie przyćmiły uroku miejscowości. To najpiękniejsze miasteczko na świecie.

Słońce raziło go w oczy, lecz nie przeszkadzało mu to. W Vinceville wszystko staje się wspaniałe.

Zobaczył Judy. Stała na końcu pomostu, rozmawiała z facetem, który tego samego dnia ukradł jego rower. Fakt – narzekał na drania. Nie lubił być obiektem drwin. To, że jednoślad nie był zabezpieczony nie oznacza, że do nikogo nie należał.

Miastowi z Londynu zawsze drwili z mieszkańców miasteczka, a jednak nadal tu przyjeżdżali. Vinceville miało ogromny urok.

Zauważył, że mieszczuch zdenerwował dziewczynę. Gestykulowała, zmarszczyła mały nosek. Zdecydowanie się kłócili. Van-Coś nachylił się nad nią lekko. Różnica wzrostu była duża pomiędzy nimi. Judy mierzyła zaledwie metr sześćdziesiąt.

Miał poprosić o colę. Obserwując przyjaciółkę stanął w kolejce po napoje.

Facet odepchnął ją mocno. Judy wpadła do wody.

Chciał zerwać się i pobiec, by ją uratować, ale nie był w stanie, gdy drań odwrócił się w jego stronę.

Przyjrzał się jego twarzy. Duże, ciemnoniebieskie oczy wydawały się być przerażone. Palce zatopiły się w ciemnych loczkach. Ubrany w jeansowe spodnie i czerwony podkoszulek…

– Jeansowe spodnie i czerwony podkoszulek? – Wolfgang patrzył na niego z niedowierzaniem. – Jak mogłeś mnie tak ubrać?

– Och, Wolfgang. Nie miałem pojęcia, że jesteś z tych w garniakach, którzy mają własnego szofera. Choć twoje imię…

– Mamy duży problem, wataho. Duży, bardzo duży problem. Niezrozumiały – powiedział Gavin i skinął głową w stronę jeziora.

Spokojna tafla tkwiła w bezruchu. W tym samym miejscu, co poprzednio, pływało ciało. Kasztanowe, długie włosy okalały głowę kobiety. Nie widzieli twarzy. Biała, długa sukienka unosiła się na wodzie.

– Czy to Judy Colton? – spytał.

– Tak, to Judy Colton – wymamrotał Dan, niedowierzając.

Wszyscy stanęli nad jej zwłokami i patrzyli. Żadne z nich nie miało sił, by chociażby się poruszyć.

 

***

 

Wrócili do domu autobusem.

Martwiła się o Borisa. W drodze postanowiła, że zadzwoni do niego, gdy odpocznie. Wolfgang wytłumaczył jej, że przyjaciel potrzebuje teraz samotności, lecz ona miała złe przeczucia.

Ponowny widok ciała topielicy wywarł na niej zdecydowanie mniejsze wrażenie. Nie była przerażona, choć dziewczynę poznała osobiście. Czuła się po prostu nieswojo.

W domu powitał ją zapach sernika. Nie poprawiło to jej humoru. Bez słowa powłóczyła nogami do kuchni. Babcia spojrzała na nią z uwagą.

– Lilusia? Gdzie byliście?

– To był długi i ciężki dzień, babciu – westchnęła, bezsilnie opadając na krzesło przy stole. Kuchnia nie była duża, dzięki czemu sprawiała wrażenie przytulnej. Stół postawiony niedaleko okien oddzielony był od części kuchennej niewysoką ladą. W każdym kącie pomieszczenia można było znaleźć gustowne bibeloty – przez babcine zamiłowanie do zbierania ich. Tak samo jak cały domek, kuchnia nie wyróżniała się niczym szczególnym. – Gdzie mama?

– Nastawia pranie – odparła, stawiając przed wnuczką talerz z jeszcze ciepłym ciastem. – Chcesz kakao?

– Poproszę. – Wbiła widelec w miękki sernik.

– Liluś, o co chodzi? Coś z panem Wolfgangiem?

– No, trochę. Zmarł jego ojciec.

– Och, to dlatego była tu pani Claire. – Kobieta podała nastolatce kakao, sama w ręku trzymała swój kubek z czekoladowym napojem.

Niewysoka, pełna energii, dzielnie zajmowała się domem po tragicznej śmierci syna. Pomagała owdowiałej synowej i swojej wnuczce, jak najlepiej potrafiła. Marc zginął podczas interwencji wojskowej niedługo po narodzinach córki. Dziewczyna znała ojca ze zdjęć i opowieści.

– Liluś, jesteś nareszcie! – Terez wbiegła do kuchni, z torebką w ręku. – Rozpadało się? Pochmurnie jest. Dostałam wezwanie, kobietki. Lecę do szpitala.

– Mamo, a co z Claire?

– Zostawiła list dla Wolfganga. I proszę cię, następnym razem nie włócz się z nim tak długo. Cały dzień was nie było, ten mężczyzna jest starszy od ciebie, Lil.

Kobieta – z zawodu pielęgniarka, wybiegła z domu.

Zostawiła dla niego list, więc pewnie to ona zostaje wezwana do domu.

– Wolfgang będzie miał chłopaka. – Na tę informację Sophie rozszerzyła oczy i podniosła brwi, uśmiechając się.

– Poważnie? – usiadła obok wnuczki. Położyła jej dłoń na szczupłym ramieniu.

– Ma na imię Daniel, jest studentem. Ładny blondynek. – Wgryzła się w kawałek ciastka, starając się zapomnieć o Borisie, Judy i innych dziwnych przypadkach.

***

Jak teraz będzie żył? Marnie.
To jedyna odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące życia bez Judy.
Nie docierały do niego informacje o dziwnych wydarzeniach, powtarzających się wypadkach, snach i… śmierci Judy.

Śmierć Judy. Śmierć? Och nie, to niemożliwe. Nie mogła umrzeć dwukrotnie. Gdy pobiegnie do jej kwiaciarni, na pewno tam będzie. Uśmiechnie się do niego, powie, że jest chudy, nierozgarnięty i uroczy.
To najlepszy plan. Tak właśnie będzie.

Z rozwiązaną sznurówką białego buta, nie zwracając uwagi na deszcz, stał przed drzwiami Kwiaciarni Judy. Dziewczyna nie była kreatywna. Nie wysiliła się, myśląc nad nazwą.  Zgaszone światła nie wróżyły niczego, co by go uszczęśliwiło. Jak zwykle naparł mocno na drzwi, które powinny ustąpić sile jego ciała. Powinny otworzyć się. Intensywny zapach kwiatów powinien uderzyć w jego nozdrza, a on powinien przymrużyć oczy. Judy powinna zaprosić go do środka, nakazać starcie podłogi – a potem sama ją myć. Powinni wyjść razem na spacer, rozmawiać o niczym. Powinni.

Dzwoniący telefon niemalże wypadł mu z rąk, gdy nieudolnie starał się wyciągnąć go z kieszeni jasnych, luźnych jeansów. Trzęsącą się dłonią odebrał połączenie.

– Halo?

– Daniel? Tu Liliana. Koniecznie musimy się spotkać.


Teraz i ja widzę, że rozdział jest znacznie krótszy.

Nie wiem, od czego zależy długość rozdziałów, nie starałam się, by były równe. Pisałam tak, jak czułam. Wybaczcie!

Mam nadzieję, że Wam się podobało. Zostały mi do dodania tylko dwa rozdziały! Historia pierwszej części dobiega końca. Jestem ciekawa, co o niej sądzicie i jaki koniec podejrzewacie? Aż się boję!

Zostawiajcie komentarze, bardzo miło byłoby poczytać Wasze opinie. Wytykajcie błędy.

Zuza 😉

Rozdział VI – „Prawda nie ukoi bólu”

Jesteśmy już w drugiej połowie opowiadania!

Na początku wspominałam, że ma ono tylko 10 rozdziałów. Moim zamierzeniem jest stworzenie kolejnej dziesięciorozdziałowej części. Być może następna część również ujrzy światło dzienne, stay tuned 😉

Zapraszam do lektury!

Zuza 😉

 


ROZDZIAŁ VI

Prawda nie ukoi bólu

 

Pomysłem szalonego Daniela było, by wszyscy usiedli razem na trawniku.

Sam dziwił się sobie, że się na to zgodził. Dookoła było dużo miejsc siedzących; wolne ławki, murek fontanny, okoliczne kawiarenki i lokale, cieszące się dobrą opinią mieszkańców. Mimo wszystko nie mógł się oprzeć i musiał sprawić mu przyjemność tym drobnym gestem.

Daniel powiedział: „Usiądźmy na trawie! Razem, w kółeczku, tak będzie najlepiej!”

Dziewczęta skrzywiły się na jego pomysł. On zaś uśmiechnął się szeroko, powiedział: „Dobra myśl, usiądźmy na trawie!”, choć sam nie rozumiał, dlaczego wybrali akurat zielone połacie parku.

Gdy długie palce chłopaka przeczesały równo ścięty, żywy dywan, jego twarz rozpromieniła się i mężczyzna nie miał sumienia, by zmieniać zdanie.

– Poukładajmy wszystkie fakty! – podjął głos jako pierwszy, stanowczo patrząc w stronę  siedzącego na przeciwko szlachcica, Liliany i Judy – dokładnie w tej kolejności. Gdy mówił, mocno gestykulował, jak gdyby tańczył lub dyrygował. W jego ruchach tkwiła moc ekspresji i finezji.

– Wolfgang wcale nie jest jedynakiem, ma starszą siostrę, którą przed nim ukryto – głos Liliany wyrwał go z zamyślenia i nagle poczuł się jak stary, nieokrzesany, zakochany kundel. Spojrzał na nią, chcąc skupić się na rozmowie, choć przychodziło mu to z dużym trudem. Czuł ogromną potrzebę, by obserwować chłopaka. – Tyle wiemy o Claire.

– Pisała do mnie dzisiaj jakaś kobieta… – powiedział.

– To byłam ja – wytumaczyła Judy.

– Judy jest ode mnie, nie ma nic wspólnego z twoją rodziną.

– Skąd macie mój adres mailowy?

– Z Facebooka. Masz wyłączoną opcję wiadomości, nie mogłam do ciebie napisać tam.

– Twoje nazwisko, numer telefonu i dokładny adres zdobyłem od wuja. Jest komendantem. – Melodyjny głos Daniela uspokajał go. Gdy poruszał ustami, ich kąciki unosiły się delikatnie. Przy nawet najmniejszym skinięciu głową, włosy opadały mu na wysokie czoło – szybkim ruchem odgarniał je na bok, przeczesując kosmki szczuplutkimi palcami. Miał zadbane ręce i równiutko przycięte paznokcie. Blada, aksamitna skóra przykrywała widoczne kostki, ścięgna i żyłki.

– Po co wam Wolfie? Byłeś na niego wściekły w Vinceville. – Nagle głos Liliany wydawał mu się być zbyt ostry, głośny i męczący dla jego uszu. Aż skrzywił się, gdy na nią spojrzał.

Długie, nieuczesane włosy nieudolnie zakrywały lekko odstające uszy. Nie zauważył wcześniej, że nastolatka ma suchą skórę. Był świadom tego, że nie dbała o wygląd, jednak w zestawieniu z Aniołem, piękna do tej pory Lili okazała się być zdecydowanie nieidealna.

Wszystko go w niej drażniło. Od nieistotnego wyglądu, po sposób, w jaki wymawiała jego imię.

– Wolfgang przyśnił mi się w nocy. – Och, Daniel mówił zupełnie inaczej; był jednocześnie męski i subtelny. – Śniło mi się, że zabił Judy. Utopił ją w jeziorze Vince, a ja chciałem być na niego zły. Nie mogłem, bo zawrócił mi w głowie… we śnie.

– Niesamowite… – wyszeptał rozmarzony Wolfgang, wpatrzony w chłopaka. Ten rzucił mu zalotne spojrzenie spod długich rzęs.

– Wolfie, ogarnij się. – Liliana kolejny raz wybudziła go z transu. Musiała go ocucić. – Mogę cię prosić na moment? – Uśmiechając się do nowopoznanych rozmówców, nie czekała na jego reakcję. Mocno pociągnęła go za rękę i popchnęła w stronę fontanny.

– Co ty wyprawiasz? – spytała groźnym głosem. Patrzyła na niego z wściekłością.

– To mój ideał… – westchnął.

– Właśnie widzę! – zdenerwowana odwróciła go tyłem do chłopaka. – Gapisz się na niego maślanym wzrokiem, a on tylko chce nam pomóc.

– I po to mnie szukał? Nie wydaje mi się.

– Nie! Może i nie po to, ale twoje zachowanie krępuje nas wszystkich. Nawet on jest zmieszany! – skinęła głową na Daniela. Nic nie zostało z ich wspólnego flirtu.

Na jego policzkach wykwitły delikatne rumieńce. Głowa spuszczona w dół, nerwowe, nieokrzesane ruchy rąk, gdy chciał poprawić nieustannie wpadające do oczu włosy. Szlachcic myślał, że ten złamie sobie chude palce, kiedy zdejmował i na nowo zakładał stylowe okulary. Zmarszczył czoło.

– Przed chwilą wydawało mi się, że ze mną flirtował.

– Świetne spostrzeżenie Wolfie. Wydawało ci się – powiedziała, po czym szybko wróciła do chłopaka i Judy.

Szlachcic ponownie poczuł się tak, jakby coś wyssało z niego całe pokłady energii. Stał tak jeszcze chwilę – zmieszany, smutny i zły na samego siebie. Przypomniał sobie słowa ojca; „Powinieneś mieć siłę, by zawsze móc zmierzyć się z prawdą, Szlachcicu” i również powrócił na swoje miejsce na trawie. Musieli podzielić się faktami i ustalić wspólną wersję wydarzeń. Sam nie wiedział, kto jaką rolę odgrywa w jego życiu.

Żadne z nich nie miało pojęcia, co postanowił zrobić Boris.

***

Klucze do domu Wolfganga dostał wcześniej, niż posadę szofera.

Szofer – to za dużo powiedziane. Nie był jego szoferem, był przyjacielem. Mógł zawozić go, gdzie tylko szlachcic sobie zażyczył, robić mu zakupy, płacić rachunki i mimo to nigdy nie potrafił nazwać się jego służącym. Żartobliwie często mówili do siebie tak, jakby był podwładnym, jednakże łączyła ich silna więź. Przyjaźń silniejsza, niż niejeden związek… niż związek jego i Claire.

Poznali się niedługo po przyjeździe Wolfganga do Kanady. Młody szlachcic uciekł z domu, bo było mu źle w rodzinnym środowisku. Wyzwolony i szczęśliwy, bogaty, chciał podbić świat swoją pewnością siebie i urokiem osobistym.

To był najlepszy wieczór w jego życiu. Skoczył 232 metry, tym samym pobijając rekord skoczni i po dziś dzień fani pamiętają go jako mistrza i legendę. Stał na podium, gdy nagle podbiegł do niego młody mężczyzna z aparatem.

– Można prosić o zdjęcie? Byłeś niesamowity! – wykrzyczał, walcząc z ochroną. Odpychał ich z całych sił, o dziwo dając sobie radę. Nie mógł nie zareagować, miał świetny humor i uwielbiał kontakt z wielbicielami.

– Proszę go zostawić – zwrócił się do mężczyzn. – Zapraszam, chodź bliżej!

Uśmiechnął się szeroko, pozując do zdjęć. Jedno z chłopakiem, kolejne z medalem. Pełen energii, elegancko ubrany facet chyba szalał na jego punkcie.

– Jak się nazywasz?

– Wolfgang – wypowiedział, obserwując reakcję sportowca. Ten zdębiał.

– Wolfgang? Jak to… nie rozumiem. – Przyjrzał mu się uważnie, przypominając sobie swój wczorajszy sen. Młody chłopak, który zaczepił go na ulicy informując, że będzie w tarapatach i jego jedynym ratunkiem będzie właśnie on.

– Tak, wiem. To dziwne. Wszystkim najpierw się śnię.

– Musimy poznać się bliżej – stwierdził, uśmiechając się szeroko. Podał mu rękę. – Jestem Boris.

Uśmiechnął się na to wspomnienie. Od tego momentu stali się nierozłączni. Początkowo chciał wykorzystać jego propozycję pomocy ze snu. Przywiązali się do siebie zbyt mocno, by się rozstać.

Dobrze wiedział, gdzie Wolfgang ukrywa wszystkie skarby. Szybkim krokiem wspiął się po schodach, pokonując po trzy stopnie na raz. Skręcił w lewo. Kroczył szerokim korytarzem w stronę sypialni mężczyzny.

Naparł na ciężkie, ciemne, drewniane drzwi, nie zamykając ich za sobą. Rozejrzał się dookoła.

Duże łóżko, na którym leżała biała, delikatna narzuta, zajmowało większą część pokoju. Nad łóżkiem okno, przyozdobione drogimi zasłonkami dobrej jakości. Kremowe ściany zdobiły nieduże obrazy, utrzymane w chłodnych, ciemnych barwach. Na stoliku przed łóżkiem stała szklanka i dwie napoczęte butelki whisky. Cały Wolfie – pomyślał Boris, uśmiechając się. Od zawsze miał słabość do tego trunku.

Po lewej stronie stała duża szafa. Nie było to dla niego wyzwaniem, codziennie ćwiczył, podnosząc ciężary. Trenował sztuki walki i tańczył. Sport miał we krwi. Kiedyś był skoczkiem narciarskim.

Bez problemu odsunął mebel wahając się, czy na pewno znajdzie to, czego potrzebuje. Jedno spojrzenie na ścianę upewniło go i uradowało.

W ścianę wbudowany był sejf.

Nie znał szyfru, lecz mógł go odgadnąć. Dziewięć lat przyjaźni, dziesięć lat bez domu. Data urodzenia. Miał wiele możliwości i wahał się. Dla zabezpieczenia sejfu, szlachcic był gotów zmieniać szyfr częściej, niż skarpety. On wiedział, że zmienia go każdego roku.

09 – 10 – 21 – 09, skucha.

21 – 09 – 10 – 09, znowu źle. Jeśli teraz się pomyli, być może nie będzie miał już szans.

Uporządkował liczby rosnąco. To w stylu Wolfganga.

09 – 09 – 10 – 21. Bingo! Rozradowany otworzył drzwiczki, wyciągnął szkatułkę i w zamian za nią włożył kopertę.

Kiedyś Wolfgang będzie musiał tu zajrzeć.

Zamknął sejf, ustawił szafę w jej pierwotnym położeniu. Mocno wciągnął powietrze nosem, upajając się zapachem perfum przyjaciela po raz ostatni.

Wychodząc z jego domu, zauważył Claire, siedzącą na werandzie.

– Co ty tutaj robisz? – spytała go, jednak nie odpowiedział. Zamknął drzwi i szybko pobiegł w stronę samochodu.

Długo patrzyła za znikającą sylwetką sportowca. Zrozumiała, że dowiedział się o wszystkim, ale nie zrobiło to na niej wrażenia.

Nauczyła się żyć w kłamstwie, ale on zasługiwał na prawdę. Był naprawdę dobrym człowiekiem.

***

– Nie uważacie, że to szaleństwo? – wysapał, zmęczony.

– Nie! – Usłyszał trzy zgodne głosy.

– To nie ma sensu. Przecież niczego się nie dowiemy, oni mnie nie znoszą – wyjęczał. Naprawdę nie sądził, by było to jedyne i słuszne rozwiązanie.

– Ale mnie kochają. To moi ludzie, Wolf. – Daniel spojrzał na niego przez ramię. Szlachcic wyglądał na… strudzonego.

– Wolf, niezłe. Jeszcze nikt na to nie wpadł. – Idąca obok niego Liliana uśmiechnęła się przyjaźnie. Polubiła chłopaka. Była pewna, że szlachcic miał rację – Daniel szukał ich ze względu na niego. Muzyk sprawiał wrażenie przyjaznego, otwartego i niezdarnego. Wpatrzony w van Helfena jak w cud świata, wodził wzrokiem za jego sylwetką, jakby zahipnotyzowany. Słuchał, co mówi Wolfie. Starał się nawiązać kontakt z mężczyzną.

– To jak imię dla psa – wtrąciła się Judy. O dziwo nie miała dzisiaj wiele do powiedzenia.

– Miałem kiedyś psa. Nazwałem go Joseph. – Na słowa Wolfganga towarzysze parsknęli śmiechem.

– Joseph? Nie mówiłeś o nim wcześniej – powiedziała roześmiana nastolatka.

– To był labrador. Nie żył długo, miał jakąś wadę genetyczną. Razem z Borisem płakaliśmy długo, gdy weterynarz zdecydował się go uśpić. – Daniel spochmurniał.

– Boris? Kim jest Boris? – spytał, marszcząc brwi.

– To mój przyjaciel i ktoś w rodzaju szofera. Polubicie się.

– Uhm.

– Przynieś, podaj, pozamiataj, wieź mnie gdzie zechcę, bo nie masz kasy. Opłacę ci rachunki i dam forsę na życie, bo jesteś super i masz fajne ciało. – Z żartu Liliany głośno zaśmiał się szlachcic, jednak nie rozśmieszyło to chłopaka.

Nie miał powodów, by być zazdrosnym. Z Wolfgangiem nic go nie łączyło. To jego wieczne oczekiwanie na życiowy sukces zwodzi go na tory smutku i melancholii.

Przebrnęli przez leśną ścieżkę, rozmawiając, śmiejąc się. Czuli się ze sobą świetnie, jak gdyby to właśnie Daniel był brakującym ogniwem ich grupy przyjaciół.

Tylko Judy nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś w tym wszystkim nie gra tak, jak powinno.