Oszczędzanie czasu, wydajność pracy

Jak przedłużyć dzień?
W dobie internetu, zabiegania, ciągłych obowiązków i pracy od rana do rana, zdecydowanie brakuje nam czasu.
I mnie już w tym roku dopadło zagmatwanie czasowe, które przyniosło marne efekty – luki we wpisach, niedopracowane posty, niedosypianie, nieprzygotowanie na zajęcia aktorskie.

Nawet ja, maniaczka organizacji, planowania i działania według planu, mając na głowie zbyt wiele błahych obowiązków – poległam. Przewróciłam się na starcie i ledwo doczołgałam się do mety.
Na szczęście ten czarny etap życia mam za sobą. Z bagażem doświadczeń idę dalej, mając nadzieję na lepsze efekty.

Teraz już wiem, jak oszczędzać czas. Dopracowałam swój system planowania do perfekcji.
Bardzo prawdopodobne jest, że moje porady będą dla niektórych z Was zbędne; oczywiste, banalne, praktykowane od dawna. To świetny znak! Oznacza to, iż potraficie naprawdę dobrze rozplanować swój czas i nie potrzebujecie żadnych zmian w swojej metodzie.
Podejdźcie jednak do tematu na poważnie. Wydajcie trzeźwy osąd.
Komentujcie post, aby stworzyć bazę porad. Razem opracujmy najlepszy pod słońcem sposób na oszczędzanie czasu!

IMG_20170427_135202055.jpg

 

WIELOZADANIOWOŚĆ.
Każdy z nas jest inny, lecz dla świetnej organizacji warto jest wykrzesać z siebie predyspozycje do posiadania tej jednej cechy.
Bądźmy wielozadaniowi!
Hola hola, nie przesadzajmy. Sześć obowiązków do wypełnienia w tej samej chwili to stanowczo przesada. Jednak dwa zadania – czy nie jesteśmy w stanie ich wykonać? Sprzątanie i słuchanie ważnego audiobooka chyba nie rozproszy nikogo. Układanie ubrań w szafie i nauka tekstów na pamięć brzmi dla mnie świetnie! Tak samo, jak ważne rozmowy telefoniczne (przez zestaw głośnomówiący lub słuchawkowy, przecież każdy z nas to ma) podczas wykonywania innych obowiązków domowych. 

Pamiętajmy jednak, że istnieją obowiązki, nad którymi należy się skupić i nie da się ich wypełniać w towarzystwie innych. Dla mnie na pewno będzie to pisanie postów – choć czy naprawdę jest to obowiązek? 🙂
PLANUJ.
Znowu. Tak, znowu o tym wspominam, ale powinniście już przyzwyczaić się do tego, że bez planowania mój blog by nie istniał!
Dobre rozplanowywanie swojego dnia to podstawa do bycia zorganizowanym – organizacja zaś prowadzi bezpośrednio do zaoszczędzenia czasu!
Bez względu na metodę, z której korzystacie, warto dojść do perfekcji w planowaniu. Wybierajcie metody, które najlepiej sprawdzają się w Waszym przypadku i wyciągajcie z nich jak najwięcej korzyści dla Waszego zegarka.

Pssst! Zdradzę w sekrecie, że ja już posiadam jeden drobny trick w planowaniu pracy na blogu. Chcecie go poznać? Piszcie w komentarzach, a być może kiedyś zdradzę Wam, dzięki czemu udaje mi się wyrobić ze wszystkimi blogowymi zadaniami – i dzięki temu oszczędzam mnóstwo czasu, który wcześniej spędzałam przed komputerem.

Chcecie inspiracji plannerowych? Zajrzyjcie koniecznie:

własny planner od podstaw
planner – wskazówki i porady
ulubione przybory plannerowe
kupiony planner – pierwsze wrażenie


OD CELU DO CELU + IM SZYBCIEJ, TYM LEPIEJ.
To dwie metody, które używam nie tylko w rozplanowywaniu i wykonywaniu obowiązków.
Jeśli jest taka możliwość, dobrze jest wyznaczać sobie wiązane cele. Coś do zrobienia wynikające z czegoś, co już zrobiliśmy – na pozór skomplikowana, jednak dająca efekty zasada działania. To jak wspinanie się na niewysoki szczyt. Krok po kroku wykonamy całą masę obowiązków, a dzięki motywacji (im więcej zrobimy, tym bliżej jesteśmy mety wspinaczkowej) pójdzie nam to gładko i szybko. W wyniku tych działań zyskamy dodatkowe minuty do wolnej chwili.

Im szybciej, tym lepiej – wbrew pozorom nie namawiam Was do szybkiego działania, odhaczania obowiązków w zatrważającym tempie. Zachęcam do wykonywania pracy „na zaś”.
Między innymi ta metoda pomaga mi pogodzić blogowe pisaniny z obowiązkami.
Nie chcę jednak na chwilę obecną zdradzać Wam mojej tajemnicy organizacji pracy na blogu, więc o tym aktualnie cichosza…! 🙂

 

MEDIOM POWIEDZ STANOWCZE NIE.
Dla mnie to najbardziej zgubny pożeracz czasu. Ukochane gry otome, seriale, anime, simowe rozgrywki, czy nawet odpisywanie na facebookowych grupach to istny diabeł czasowy!

W telefonach na szczęście mamy opcję wyciszenia powiadomień, włączenia trybu offline czy nawet całkowitego rozłączenia się z siecią internetową.
Na mnie najlepiej działa zwyczajny tryb cichy. Dotykam okrągłej ikonki z podpisem „tylko alarmy” i odrzucam smartfon w kąt.
Mimo, że jest on moim fotograficznym przyjacielem, zawiera wiele danych, potrzebnych podczas tworzenia postów na bloga, na czas pracy trzymam się od niego jak najdalej, zmniejszając ryzyko wciągnięcia mnie w dotykowy świat.

Ja nie mam problemów z telewizją – najzwyczajniej w świecie mało mnie w niej interesuje. Ciężej jest mnie odciągnąć od książki, ale przecież…

POZWÓL SOBIE NA ODPOCZYNEK.
Wszyscy dokładnie wiemy, jak ważny jest sen w naszym życiu. Jednak nie tylko śpiąc wypoczywamy – czego nie każdy jest świadomy.
Powinniśmy odnaleźć czynność, która nas relaksuje – czy to zanurzenie się w treści ciekawej książki, opowiadania, czy może spacer, przejażdżka rowerowa, muzyka i inne banały – i oddawać się jej każdego dnia.
Po chwili przerwy, rozluźnieniu się, nasze akumulatory i nastrój naładowane będą na nowo. A my możemy oddać się pracy na nowo, pełni sił i w lepszych humorach.

Zdenerwowanie nie pomaga w szybkim ukończeniu danego zadania. Zdecydowanie lepiej jest odpuścić sobie, spróbować się uspokoić, zrelaksować, zapomnieć o stresie – i po tym powrócić do pracy. Na pozór tracimy czas podczas przerwy, w rzeczywistości go zyskujemy, albowiem nastawieni pozytywnie szybciej uporamy się z czynnością sprawiającą trud, a minuty nie będą nam uciekały w zatrważającym tempie.

Wracając do snu – starajmy budzić się o stałej porze, najlepiej jak najwcześniej się da.
Będąc jeszcze małym dzieckiem zawsze dziwiłam się, dlaczego mój dzień tak się dłuży, gdy wstawałam wcześnie. W okolicach szesnastej już marzyłam o wieczorze, by móc pójść spać, ponieważ wydawało mi się, że z nudów umrę mocno przedwcześnie.
W okresie gimnazjalnym co wakacje kładłam się spać o zwyczajnej porze, lecz do późna czytałam książki, przez co południe było najwcześniejszą dla mnie porą na śniadanie. Dzień kończył się po kilku godzinach, a noc ciągnęła w nieskończoność. Jak można się domyślić, byłam wiecznie niewyspana (choć szczęśliwa z lektury, gdyż zazwyczaj wczytywałam się w genialną prozę Harlana Cobena). To nie był produktywny czas.
Na mnie najlepiej działa wstawanie w okolicach siódmej rano – czasami wcześniej, czasami później. Ostatnio nawet nie włączam budzika, organizm sam budzi się o zbliżonych porach, gdy już jest wypoczęty.

Jak się ma wstawanie do oszczędzania czasu? Oprócz tego, że dzień po prostu trwa dla nas dłużej, jesteśmy wypoczęci i mamy siłę do działania. Proste.

IMG_20170427_135346889.jpg

To główne porady, które sama wykorzystuję w ciągu dnia. Odnoszą się one głównie do wydajności pracy, wypełniania obowiązków i nauki, ponieważ uznałam, że są to najważniejsze kwestie, które należałoby poruszyć.

Jak już wspominałam wyżej – koniecznie piszcie o swoich trickach na oszczędzanie czasu w ciągu dnia!

Zuza 😉

Porządkowanie rysunków + moja kreatywna półka.

Wytrwali czytelnicy, którzy zawędrowali tu z mojego poprzedniego bloga powinni kojarzyć post o pudełku z przyborami.

Na wiosnę lubię robić porządki – właściwie wszędzie. Moje pudełka z przyborami zazwyczaj ogarnia kreatywny bajzel, szczególnie podczas zawziętych prac. Artystyczny nieład trzeba czasami sprzątnąć – oczyścić przyborniki ze zbędnych śmieci, resztek materiałów, kartek, wycinek z gazet i opakowań po zużytych klejach.

Przy okazji wiosennych porządków nie mogłam więc ominąć półki z przyborami. Postanowiłam przejrzeć jej zawartość i pokazać Wam – jak już to robiłam na blogspotowej witrynie, co ciekawego udało mi się znaleźć i używać bardzo często.

1.jpg
NICI. Wszyscy, którzy znają moją pasję do szycia ręcznego, nie będą zaskoczeni moim zbiorem.
Pełny zestaw szpulek nici o różnych barwach i teksturze kupiłam już dawno temu (chyba w Biedronce). Przydają mi się bardzo często i – jak widać, są naprawdę wydajne. Ciężko jest od razu zużyć cały zestaw dostępnych nitek.

TAŚMY, WSTĄŻKI, TASIEMKI. Nie wiem, co bym bez nich zrobiła!
Już wielokrotnie wspominałam Wam o Washi – taśmach z papieru ryżowego, które świetnie sprawdzają się w dekorowaniu. W drewnianej skrzyneczce mam również taśmy materiałowe, wstążki, gotowe kokardki.
Serdecznie polecam chomikować tego rodzaju przybory i przechowywać je w osobnym pudełeczku. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.

2.jpg

PAPIER. Wow, Zuza. Niezłe przybory. Masz papierki w domu. No rewelacja.
Hola-hola, moi drodzy! Jestem posiadaczką pokaźnego zapasu kolorowych papierów o różnej teksturze. Bloki kolorowe zwykłe i techniczne to istny must have, ale nie można zapominać o papierze kredowym, bloczkach z tekturami do scrapbookingu, rolkach papieru dekoracyjnego, czy nawet gotowych kartek do wykonania laurek okazjonalnych. Mała rolka bibułek również jest niezwykle przydatna – o tym przekonacie się już w kolejnym wpisie.

4.jpg

KORALIKI, OZDOBY Z FILCU. Zazwyczaj kupuję je bezmyślnie. Widzę – biorę – jestem zadowolona z zakupu. Wiem, że te drobne elementy szczególnie przydadzą się w odpowiedniej okazji.
Święta? Mam filcowego reniferka. Wiosna? Zielone koraliki są świetną ozdobą. Walentynki? Te serduszka z filcu nadadzą się idealnie.
Nigdy nie wiesz, co przyda Ci się najbardziej podczas wykonywania kreatywnych prac.

Nie wspominam tu o oczywistych przyborach, które używam niezwykle często; ołówkach, nożach i nożyczkach, kredkach, flamastrach. To posiada każdy, nawet niezaawansowany dekorator!

Mowa o porządkach – grzechem byłoby nie wspomnieć o mojej uporządkowanej teczce z rysunkami i galerii prac.
Galerię znajdziecie TU oraz w zakładce u góry bloga.
Niestety problemy techniczne nie zostały pokonane i nadal nie posiadam skanera, dlatego w galerii znajdziecie zdjęcia moich prac.

Uff, wiosenne porządki są wyczerpujące.
Porządkujecie swoje otoczenie na wiosnę? Pamiętajcie z TEGO wpisu, że naprawdę warto jest urządzić generalne sprzątanie!

Zuza 😉

 

UWAGA, CZYTELNICY! Kolejny planowy wpis nie pojawi się w przyszłym tygodniu, a za dwa tygodnie w sobotę.

Postanowienia noworoczne + blogowe plany na 2017 rok

Mówiąc na temat postanowień noworocznych, spokojnie mogę dać sobie na imię Tomasz.
Niewierny Tomasz. Nie uwierzę, póki nie zobaczę, że udało Ci się dotrzymać danego samemu sobie słowa.
Nie potrafię powiedzieć, jakie były moje postanowienia noworoczne na 2016 rok! Czuję się, jakby znana wielu z Was kwestia celów do osiągnięcia w ciągu roku w ogóle mnie nie dotyczyła, omijała szerokim łukiem tak, jakby i ona sądziła, że wyglądam na niemiłą.

Szał planowania, wpisy i filmy motywacyjne, a także własna ciekawość sprawiły, że już od początku grudnia wymyśliłam pierwsze noworoczne postanowienie (właściwie: wyzwanie!), które chcę odhaczyć wraz z końcem 2017 roku.
Naczytałam się porad, włączyłam myślenie i doszłam do pewnych wniosków, którymi postanowiłam się z Wami podzielić właśnie w ostatnim wpisie miesiąca planowania. Przy okazji wspomnę także o moich planach blogowych, przewidywanych przerwach w blogowaniu oraz tematach, jakie postaram się poruszać jak najczęściej w tym roku.

1.jpg
PLANUJ.
Ha! Zuzka, niezły żart. Kolejny wpis poświęcasz planowaniu. Zapętlasz się we własnym szale, ale daruj nam już to planowanie.
Zanim podzielicie się ze mną niepochlebnymi uwagami na temat planowania, przypomnę Wam słowa, które na pewno już nie raz mieliście okazję usłyszeć; łatwiej jest wytrwać w postanowieniu, jeśli jego treść zapiszemy na kartce, czy jakoś tak. Mniejsza z tym, ważne jest planowanie.
Wyobraźcie sobie, że długą listę zakupów trzymacie zawsze w głowie. Naturalnym zjawiskiem będzie nagła amnezja. W trakcie załatwiania sprawunków kwestia włożenia selera do koszyka może być sporna – i zastanawiaj się potem, czy seler został zakupiony, czy może wypadł z reklamówki i osamotniony płacze na rogu marketu, czekając na nabywcę.
Dzięki liście zakupów nie można wątpić w swoją pamięć. Seler jak byk figuruje wśród zapisków i zadowolony obserwuje cię, leżąc pomiędzy pomidorem a zbożową kawą w torbie na zakupy.
Rozumiecie, o co mi chodzi?

Nasze postanowienia stają się konkretem, jak seler i jak byk figurują wśród zapisków.
Podobnie do planu dnia – cele zanotowane na ostatniej stronie kalendarza są naszym obowiązkiem! Musimy je odhaczyć. Nie ma odwrotu.

Widzicie tę tabelkę na (celowo) nieostrym zdjęciu powyżej? To jest tabelka moich postanowień. Za każdym razem, gdy tylko sięgam po notes, widzę wypisane cele na ten rok.
Już teraz czuję się, jakbym je osiągnęła. To już siedzi w mojej głowie, w styczniu czuję się jak w grudniu. Nie umiem gotować, ale myślę, że umiem – bo napisałam, że chcę nauczyć się gotować. Jestem już w połowie drogi do finału, j u ż p r a w i e ż e wygrałam.

Zaplanowane = osiągnięte. Pamiętajcie o tej zasadzie! (I o selerach, żeby żaden porzucony seler nie wył wniebogłosy przy wejściu do spożywczaka.)

POSTANOWIENIA = CELE?
Choć używam tych słów zamiennie, mam na ten temat inne zdanie.
Nie. To nie to samo. Przynajmniej nie dla mnie.
Niektórzy mówią, że postanowienie warto jest sprowadzić właśnie do poziomu celów. Musisz dokładnie wiedzieć, czego chcesz. Wizualizować sobie Twój Mały Światek po osiągnięciu tego.
Dla mnie to zabawny mit – pokroju techniki małych kroczków i porad dietetyka. Coś w rodzaju: koleżance-kuzyna-ciotki z Gdańska się sprawdziło, to i ty możesz. Bo sąsiadka-znajomej-szwagierki-pani z kiosku przeczytała o tym w gazecie, wydanej sześć lat temu.

Moja tabelka dzieli się na trzy części; postanowienia, cele i marzenia.

Postanowienia to rubryka, w której mieszczą się wszystkie cele nie do końca określone; zapuścić włosy, nauczyć się historii, nauczyć się gotować. Do tej części tabeli wpadło to, co chcę robić w trakcie całego roku – i prawdopodobnie kilku kolejnych lat.
Dzięki tej rubryce nie poddam się mocy impulsu i nie, tym razem nie zrobię sobie grzywki samodzielnie. Nie, nie obetnę się już tak, jak Tyler Young. Zapuszczam włosy.

Cele zawierają konkretne informacje, które muszą wydarzyć się na przestrzeni roku 2017.
Muszę zrobić dokładnie to, co jest napisane. Określona czynność do odhaczenia dopiero po jej wykonaniu.

Marzenia – w tej rubryce umieściłam wszystko to, co chciałabym, by wydarzyło się w tym roku. Dostać się na studia, jechać na koncert, rozwinąć bloga. Wypisane w niej zachcianki nie zawsze wiążą się z moimi działaniami i nie muszą zostać odhaczone. Niech się dzieje wola nieba!

Podsumowując: postanowienia i cele, choć są słowami używanymi przeze mnie na zmianę, nie zawsze mogą oznaczać to samo i nie są sobie równoważne. Cele są skonkretyzowane, postanowienia nie do końca.
Lepiej Wam tego nie wytłumaczę 🙂

2.jpg


WYZWANIE NA TEN ROK.
Podjęłam poważne wyzwanie, które postaram się w tym roku wypełnić – i dzielić się z Wami na bieżąco postępami! Jest to wyzwanie przeczytania pięćdziesięciu książek.

Dla każdego mola książkowego zapewne nie jest to imponujący cel – również dla mnie nie do końca jest.
Postanowiłam, że 50 książek to dobry start. Przez ostatnie trzy lata czytałam głównie lektury szkolne!

Jeśli chcecie dołączyć do mnie – lub towarzyszyć mi ze swoją listą (pokaźniejszą lub nie), zachęcam: zaglądajcie do zakładki 50 książek. W tej zakładce będę umieszczać tytuły przeczytanych książek, daty rozpoczęcia i zakończenia czytania oraz często kilka słów na temat owej lektury.

BLOGOWE PLANY.
W minionym roku za cel przybrałam sobie uświadomić Wam, że dekorować każdy może. Jak będzie w tym roku – zdecydujmy razem!

Na pewno w roku 2017 chciałabym pokazać siebie – to, co mnie się podoba, co lubię, co robię. Możecie spodziewać się postów z poradami i inspiracjami.
Zdecydowanie pojawi się kilka postów kulinarnych. Poruszę między innymi kwestie zdrowego odżywiania się, oszczędnego gotowania. Bez wątpienia na blogu pojawią się dekoracje oraz projekty kreatywne.

Każdy miesiąc dostanie ode mnie myśl przewodnią.
Styczeń dostał miano miesiąca organizacji –  pojawiały się posty dotyczące planowania, podsumowań i celów. Powielając styczniowy tok, w każdym miesiącu pojawią się wpisy tematycznie odpowiadające tytułowi.

Dokładny plan wpisów na rok 2017 możecie zobaczyć TU!

Jaki możecie mieć wkład w tę stronę?
Jeśli chcecie zobaczyć post na dany temat, przeczytać moje zdanie lub poznać, jakie mam doświadczenie w danej kwestii, zachęcam do dzielenia się pomysłami!
W rozpisce planów na rok 2017 wypisałam Wam wszystkie tytuły, jakie nadałam miesiącom. Choć mam już dokładne plany co do postów, które wówczas się pojawią, bez problemu mogę dopisać kolejny post lub zmienić koncepcję.
Wszelkie propozycje na temat postów, które mogłabym zamieścić, możecie składać w komentarzach tutaj lub w zakładce PLAN WPISÓW.

 

Mam nadzieję, że w miesiącu organizacji wyjaśniłam wszystkie ważne kwestie. 
Serdecznie zachęcam do wyrażania swojej opinii – zarówno w temacie postanowień noworocznych, jak i na tematy organizacyjne na blogu.

Zuza 😉

Przybory przydatne w planowaniu

Dzisiaj pomówię o tym, jakie przybory wykorzystuję w prowadzeniu mojego planneru.
Co najczęściej mam w łapkach, kiedy chcę wprowadzić zmiany w życiowym notesie? Co sprawdza się (według mnie!) najlepiej?

Planowanie towarzyszy mi nie od dziś!
Zapewne jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie, że to właśnie od plannerów zaczął się mój blog. Choć nie jest to prawdą, jednak właśnie od plannerowego wpisu na poprzednim blogu zauważyłam wzrost popularności mojej poprzedniej strony.

W dzisiejszych czasach trzeba planować. Choćbyście chcieli żyć bez planu i funkcjonować bez zapisu obowiązków – no nie da się, uwierzcie mi. To nieefektywne. Próbowałam!
Spośród wszystkich możliwości ja zawsze wybieram jak najbardziej podstawowe. Zamiast korzystać z kalendarzy i reminderów w telefonie czy na tablecie, od początku postawiłam na papierową wersję organizera życia. To mój sposób. Zaklepany.

Jako, że nie wystarczy stukać palcami w papier, by pojawiły się na nim zapiski – a żeby zaznaczyć daną informację nie wystarczy zmienić koloru czcionki – warto mieć przy sobie podstawowe przybory. Dzisiaj wybrałam propozycje, bez których mój planner nie do końca byłby mój.
Przy okazji zobaczycie, jak spersonalizowałam swój organizer!

1
UKOCHANE PRZYBORY
MANIACZKI PLANOWANIA
personalizacja; porządek i bałagan

DŁUGOPIS.
Wiem, jak banalnie to brzmi! Jednak myślę, że każdy, kto ma na swoim koncie przygodę z plannerami, kalendarzami i dziennikami podzieli moje zdanie.
Narzędzie piśmiennicze musi spełniać wiele wymagań!
Pisałam o tym już w poście o wskazówkach i poradach (TU!). Pisadło (i jego jakość) jest ważne!

długo — kopia.jpg

Przede wszystkim warto zaopatrzyć się w swój ulubiony długopis. Niektórzy potrafią precyzyjnie określić wszelkie wymagane przez siebie parametry i poszukiwać pisadła długi czas – ja nadal testuję i szukam!

W tym roku na pewno mogę polecić Wam wszelkie długopisy, których tusz można wymazać. Zupełnie nieświadomie stałam się posiadaczką długopisu z gumką i jestem bardzo zadowolona! Dzięki temu, że mogę wymazać z kartki to, co napisałam, w plannerze nie panuje bałagan. Jest to świetna opcja dla tych, których plany są niepewne, mogą szybko się zmieniać.

KOLOROWE CIENKOPISY.
Warto wybrać co najmniej trzy kolory cienkopisów, które będą Wam towarzyszyły przez cały okres planowania. Moje główne kolory na ten rok to zieleń, czerwień i fiolet (żeby przynajmniej kolor ich tuszu pasował do okładki!).

Jeśli preferujecie zakreślacze, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ich używać. Też je lubię!
Kolorowe zapiski na pewno szybciej rzucają się w oczy, szczególnie, jeśli wcześniej stworzymy klucz oznaczeń.

cienk.jpg

ZAKŁADKI INDEKSUJĄCE, KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE.
Od czasów liceum jestem ich wierną fanką.
Jeśli w Waszych plannerach brakuje wstążek i zakładek, zakładki indeksujące będą dobrym wyborem.
Karteczki samoprzylepne są dobrym uzupełnieniem; można je przeklejać w dowolne miejsca i zawsze mieć przed oczami najważniejsze obowiązki, informacje.
Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju ozdobne sticky notes i małe zakładki!

5

KLEJ.
Tego zawsze mi brakuje!
Klej w sztyfcie jest bardzo ważnym elementem porządkowania plannera.
Osobiście uwielbiam rozszerzać strony kalendarza o własne notatki, wklejone i złożone na jednej z jego kartek. Lubię też przyklejać kolorowe sticky notes w miejscu, gdzie na pewno zostaną na stałe.

Klej to zdecydowane must have mojego trybu plannowania.

ZAKŁADKI WŁASNEJ ROBOTY.
Mnie zakładek zawsze jest mało! W plannerze dobrze sprawdzają się zakładki na spinaczach, które wykonywałam w TYM WPISIE.

Przyznajcie sami; personalizacja plannera nie mogłaby być zakończona bez zakładek, które wykonaliśmy sami.

zakl.jpg

KOPERTY.
Do plannerów własnej produkcji zawsze przyklejałam kopertę z tyłu. To świetny schowek na przeróżne papierki, naklejki – wszystkie nieduże elementy, których nie chcemy zgubić.
Nie trzeba ich przyklejać – wystarczy mieć ją zawsze pomiędzy kartkami.

To nie wszystkie przybory, które wykorzystuję podczas uzupełniania kalendarzyka!
Wybrałam tylko te, które zdecydowanie pomagają mi w tworzeniu własnego dziennika obowiązków.

A Wy, macie swoje ulubione przybory do planowania?
Zróbmy wspólną listę przyborów! Może napiszecie w komentarzach, co u Was sprawdza się najlepiej?

Zuza 😉

 

Planner 2017: pierwsze wrażenie

Nie przewidzieliście się. Testuję zakupiony planner.
Nie jest to forma clickbaitani reklamy. Kieruje mną czysta ciekawość.

Podczas uporządkowywania mojego zeszłorocznego notesu, nagle do głowy wpadła mi owa myśl:
A co, gdybym w tym roku… nie zrobiła plannera? Co, jeśli papierowy organizer życia zamówiłabym przez internet?
Tak, Zuzanno. Zdradziłaś swoje zwyczaje. Nie, Zuzanno. Nie zaśniesz już spokojnie.

Zapytałam Askowiczów*, co o tym sądzą. Większość była zadowolona z pomysłu.
Test plannera w 2017 roku? Super sprawa. W końcu coś nowego. Szkoda, że nie kreatywnie. Połowiczne gratulacje, Kreaty…ekhem… Zuzku.

Negatywnie nastawiona do gotowców zdecydowałam się na projekt Magdaleny Tekieli. Eko-super-ultra-hiper planner. Na to wydałam swoje oszczędności.

Oto, co zobaczyłam, kiedy swe podwoje uchyliła skrytka paczkomatowa:

1.jpg

– O nie, Zuzanno – myślałam skrycie. – Nie zachwyci Cię gotowiec. Nie namęczyłaś się przy tworzeniu. Tylko kiwnęłaś paluszkiem nad ekranem telefonu, zatwierdzając przelew bankowy.
Daj spokój sobie. To zasługa sklepu.
Nie mogąc się doczekać do powrotu do domu, otworzyłam pakunek jeszcze w samochodzie. Wówczas… zachwyciłam się.

2.jpg

– Dlaczego, ach dlaczego oceniasz produkt przed wyciągnięciem go z papieru? Dlaczego tak pochopnie wyceniasz jego wartość? Toć nie wiesz, czy to szlachetny kruszec, czy podróba jego marna.
Rzeczy Same, moi Drodzy, pakują zamówione produkty jak mistrzowie. Musiałam Wam pokazać, w jak prosty i skradający serce sposób sprawili, że już teraz poczułam, jakby gwiazdka zalśniła nad mą łepetyną o caluteńki rok wcześniej.

Spodziewam się, że ku Waszej uciesze – kończę rozważania na temat paczkomatów i sposobu zapakowania przesyłki. Tym samym przechodzę do sedna, istoty, samej kwintesencji wpisu. Planner.

3.jpg

Jego wygląd mnie nie zdziwił, bo to ja wybrałam projekt okładki. Zdziwiło mnie porządne wykonanie.
Trzymając planner w ręku czuję, że posiadam konkretny produkt (wiecie: k o n k r e t n y).
Okładka wykonana jest z naprawdę grubej tektury. Mimo, że sam notatnik wydaje się być po brzegi wypełniony arkuszami nie byle jakiego papieru, zeszyt nie należy do ciężkich. Ba – jest naprawdę lekki. Naprawdę. Jak Boga kocham. Poważnie.**

pl od boku.jpg

W środku znajdują się kolejno:

kalendarz całoroczny,
kalendarz stały na cały tydzień,
planner na każdy dzień tygodnia,
kartki ze szkicownika (puste),
kartki do rysowania w perspektywie,
instrukcja: jak pozaginać kartkę z wiadomością,
miejsce na pozostawienie swojej wiadomości (zapewne po to, by pozaginać kartki),
kartki dzielące się na bileciki korespondencyjne (dzięki perforacjom).

4

6.jpg

Wnętrze tego plannera zdecydowanie nie jest przepakowane zbędnymi kartkami. Wydaje mi się, że w środku znajduje się tylko to, co powinno, a mianowicie; dużo miejsca na zapiski, szkice, plany.

Bardzo cieszę się z dwóch bajerów: gumki na zewnątrz okładki, dzięki której nie będzie się ona otwierać oraz wstążki wewnątrz, pełniącej rolę zakładki.
To dwa elementy, które wykorzystałam w swoim poprzednim plannerze.

5.jpg

Kalendarz szyty jest czarnymi nićmi, zewnętrzną część zszycia chroni gładki, dosyć śliski materiał nieznanego mi pochodzenia. Żywię głęboką nadzieję na to, że nie jest on pochodzenia naturalnego.

Ciekawym dodatkiem jest również linijka, która została nadrukowana na wewnętrzne strony okładki. To przydatny gadżet, dzięki któremu nie będę zła na siebie, kiedy zapomnę o linijce, a będę jej potrzebować (bywa tak naprawdę często!).

pl lmiarka.jpg

Podsumowując: Planner z kolekcji Magdaleny Tekieli wywarł na mnie dobre pierwsze wrażenie. Nie mogę przyczepić się do niczego, prócz materiału, którego pochodzeniem powinnam zainteresować się wcześniej.
Notes wydaje się być starannie wykonany. Nie brakuje w nim niczego.
Dzięki temu, że daty nie zostały dokładnie określone, planowanie można zacząć w dowolnie wybranym momencie.

Test zakupionego plannera będę przeprowadzać przez cały rok 2017.
W razie niespodziewanego wypadku zastrzegam sobie możliwość przerwania testu i kontynuowania go na innym produkcie.

TUTAJ zobaczycie mój poprzedni planner – wykonany własnoręcznie.
Możecie być pewni, że ten rok zaplanuję dokładnie – jak nigdy dotąd!

Co sądzicie o wybranym przeze mnie kalendarzu na niedawno rozpoczęty rok?
Czy odpowiada Wam ta nietypowa forma wpisu? 🙂

Zuza 😉

*Ask jest tymczasowo zawieszony. Nie wiem, kiedy się odwiesi.
**Wybaczcie, zainspirowałam się książką „Wybacz mi, Leonardzie”. Ja – w przeciwieństwie do głównego bohatera, rzeczywiście mówię teraz prawdę. Planner jest bardzo lekki jak na swoje gabaryty.