Bezbolesne oszczędzanie

W dzisiejszym wpisie chciałabym poruszyć kwestię oszczędzania pieniędzy.
Sama mam z tym duży problem! Jestem typem osoby, która nie potrafi długo oszczędzać. Lubię kupować potrzebne mi rzeczy, nie żałuję oszczędności, jeśli podczas spaceru przez galerię stylowe odzienie wierzchnie wpadnie mi w oko.
Na szczęście miałam do czynienia z oszczędzaniem, zbieraniem pieniędzy i gospodarowaniem nimi w jak najwygodniejszy dla mnie sposób. Przedstawię Wam moje sekrety oszczędzania z nadzieją, że i Wy podzielicie się własnymi – w panelu komentatorskim!

grosz.jpg

 

SKARBONKA NA DROBNE.
To trick, który stosuję od dawna – i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
Wszystkie drobne, które brzęczą w niedużej portmonetce, po każdych zakupach lub kontakcie z portfelem wrzucam  do słoika. Słoiczek zawsze stoi w najlepiej widocznym miejscu (u mnie jest to stolik obok łóżka), ażeby nie zapomnieć o uzupełnianiu go nowymi złotymi i srebrnymi monetami.
Bez względu na to, czy mam dwadzieścia groszy – czy może dwadzieścia złotych, rozmienione po piątaku, zawsze wrzucam monety do skarbonki. Opróżniam ją, kiedy nadarza się okazja na wymianę drobnych na grubsze pieniądze.

Na skarbonce można umieścić nalepkę indeksującą i opisać cel zbiórki. Ja tego nie praktykuję, gdyż te drobniaki wykorzystuję bez celu – na przykład przy najbliższych zakupach, wyjeździe do miasta lub opłacaniu zamówień internetowych.

skar.jpg

 

ODKŁADANIE MAŁYCH SUM.
Ten sposób jest dobry, jeśli mamy zapewniony w miarę stały dochód.
Stosowałam go, zbierając pieniądze na kurs aktorski, na który obecnie uczęszczam.
Należy ustalić kwotę, którą będziemy wrzucać do skarbonki w równych odstępach czasowych – przyjmijmy, że z rozpoczęciem każdego miesiąca. Tę samą sumę odkładamy w jedno miejsce, bez względu na to, czy oszczędności będą z nami fizycznie, czy wolimy je w wirtualnej wersji – na koncie bankowym.

Jeżeli ogranicza nas deadline (tak było w moim przypadku), bardzo dobrze jest obliczyć, ile miesięcy będziemy musieli odkładać daną kwotę.
Najlepiej jest podzielić potrzebną sumę na jak najmniejsze części, wówczas prawdopodobnie nie odczujemy, że odkładamy pieniądze każdego miesiąca. Do dyspozycji mamy przecież znacznie większą część zarobków!
CELE PIENIĘŻNE.
Urocza torebka, modne gacie, kreatywne przybory, zapas masła orzechowego, tygodniowa wycieczka za granicę – bez względu na to, jak dużo musimy odłożyć, by zdobyć naszą wymarzoną rzecz, warto jest wyznaczać sobie cele pieniężne – i do nich dążyć.
Dobrze jest połączyć cel z metodą z poprzedniego punktu – jednak nie trzeba, ponieważ nie każdy cel musi posiadać swój limit czasowy, prawda?

Załóżmy, że potrzebuję osiem tysięcy złotych na małą wycieczkę. Nie planuję jej już na te wakacje – chcę na nią wyjechać nawet za dwadzieścia lat.
Powoli, małymi kroczkami będę więc przybliżać się do spełnienia mojego marzenia, bo dziś odłożę dwie dychy, a za miesiąc dwieście złotych. 
Zmniejszmy przykładowy cel i załóżmy, że spodobała mi się torebka ze sklepu internetowego, ale nie zdążyłam jej kupić (wówczas nie miałam możliwości zakupu). Była w zeszłorocznej ofercie, więc i w tym sezonie mogłaby się pojawić…
Jest! Cudownie się pojawiła, a ja akurat z myślą o niej odłożyłam pięćdziesiąt złotych z miesięcznej wypłaty. Dołożę jeszcze drugie tyle za tydzień, a jeśli mi braknie, sięgnę do skarbonki. Uff! Mam wymaganą kwotę. Mogę składać zamówienie.

Celem pieniężnym może być nawet odłożenie danej kwoty w ciągu całego roku. Po osiągnięciu go warto odnowić cel – i działać tak bez końca.

Cele warto zapisać, jeśli wolicie widzieć je na własne oczy.
Jedyną trudnością jest pamiętanie o tym, że trzeba do nich dążyć. Nawet, jeśli nie spieszy nam się z osiągnięciem celów, należałoby na nie odkładać – ażeby stały się rzeczywistością, a nie utknęły pomiędzy niespełnionymi marzeniami!
PRZEMYŚLANE ZAKUPY.
O tym wspominałam już w poprzednim poście.
Kupujemy tylko to, co jest nam naprawdę potrzebne – lub to, o czym marzymy od dawna i jesteśmy w stanie sobie na to pozwolić.
Żadne naprzydasie nie wchodzą w grę, pamiętajcie!
Jeśli czegoś nie używamy, zawsze można próbować wykorzystywać daną rzecz w niekonwencjonalny sposób lub używać już stary, noszący pierwsze znamiona zużycia przedmiot w wiele sposobów, nadając mu nowe życie.

Szukanie tańszych opcji, zamawianie czegoś przez internet tak, by zaoszczędzić na produktach i przesyłce, nie spoglądanie na okazyjne promocje w sklepach, jeśli obniżka cen nie obejmuje produktów, którymi nie jesteśmy zainteresowani – to główne zasady moich zakupów.
+ bardzo ważne – nigdy nie wychodzę na zakupy bez listy!

wr.jpg
To moje główne sposoby na oszczędzanie.
Jak wspominałam na początku, nie jestem mistrzem oszczędzania – jestem dosyć rozrzutna i często mam pustki w portfelu! Potrafię jednak odkładać pieniądze na dany cel.

Jakie Wy macie sposoby na oszczędzanie? Podzielicie się nimi? 

Zuza 😉

Wegańskie wtorki: Grillowanie

Wesołym, kolorowym, pyszno-warzywnym postem, przepełnionym inspiracjami witam Was wszystkich w nowej serii blogowej.

Wegańskie wtorki będzie serią bogatą w inspiracje zdrowokulinarne, porady, pogadanki i relacje – wszystko na temat diety roślinnej i weganizmu.
Posty nie będą pojawiać się co tydzień, ale można się ich spodziewać we wtorki. Seria iście freelance’owa.

Jak podano w tytule, w dzisiejszym wpisie opowiem Wam o moim grillowaniu.

IMG_20170503_111432308_BURST001.jpg
Wiosna. Rozżarzone węgle śnią się każdemu wielbicielowi grillowania. Jak się okazuje – również ja bardzo lubię przyrządzać swoje posiłki na ruszcie!

Weganie i osoby na dietach roślinnych zapewne nie mają dużego wyboru. Przysmaki z grilla dla wegan? Sałatka. Sałatka z trawy i kamieni.
Hola-hola, chyba tak nie myślicie? 🙂

Grillowane warzywa to najprostsze i bardzo zdrowe danie, które my – weganie, możemy przyrządzić na grillowej kracie. Sama najbardziej lubię cukinię, paprykę i pieczone pomidory – najlepiej bez żadnych dodatków!

Tym razem rozpoczęłam sezon na grilla istną ucztą. Co znalazło się na moim papierowym talerzyku?

SAŁATKA.
Ale nie taka z trawy i kamieni. Moja sałatka była wielką improwizacją.
Świeży szpinak (z ogródka!), pomidor, resztka tofu, surowe białe szparagi, trochę suszonych buraków, zioła i pieprz mielony.

sal.jpg

Ożywiła smak grillowanych potraw, choć moje pyszności nie zabijały mnie sobą; nie czułam się ociężała, mimo najedzenia. Moi drodzy, Natura obdarowała nas wspaniałym prezentem – w postaci świeżych warzyw i owoców! Trzeba wykorzystywać je na grillu – bądź w sałatce.

SZASZŁYKI.
To chyba najprostsze (po sałatce) danie, jakie można przygotować w dosłownie pięć minut. Podpiekają się niedługo – bo wystarczy chwila, by warzywa przejęły ciepło żaru i delikatnie się zarumieniły.

szasz.jpg

Jak widać, ja preferuję delikatne podpieczenie. Zdecydowanie wolę, gdy warzywa zachowują swoją chrupkość.
Co nabiłam na cienkie patyczki? Jak widać, były to następujące dobroci: cukinia, tofu, pomidor, papryka, bakłażan. Szaszłyki oprószyłam tymiankiem i oczywiście sypnęłam pieprzem – do smaku.

Na chlebie mego życia – bakłażanie, możecie zauważyć…

SOS.
Choć jest to dodatek do grillowanych dań, warto poznać nań przepis, ażeby uzyskać pełny zestaw roślinno-grillowy u siebie na ruszcie.

sosior-1

Dobry przecier pomidorowy cechuje się wysoką zawartością pomidorów w składzie – i najlepiej, by był bez zbędnych dodatków i tak zwanych polepszaczy. Świetnie, jeśli macie zachowany swój handmade przecier pomidorowy! Będzie smakował bajecznie.

sos.jpg
BEZRYBNA.
Mój przepis na bezrybną można znaleźć we wpisie wegelijnym.
Przygotowałam ją identycznie – lecz zamiast do piekarnika, wrzuciłam ją na ruszt.

sel.jpg

Rada ode mnie: pozwólcie się jej mocno podpiec! Delikatnie przypalona seleryba zyskuje charakternego smaku.

MARŁBASKI.
Przepisów na parówki hotdogowe z marchewek w sieci krąży miliony.
Ja wykonałam je (jak zwykle) po swojemu i upiekłam na ogniu 🙂

mar-1

W pierwotnym przepisie do marchewek dodaje się dużo soli, aby zabić jej naturalny słodki smak. Ja tego (oczywiście) nie zrobiłam, dzięki czemu moje marłbaski mają delikatny posmak pomidora, ziół, są ostre i słodko marchewkowe 🙂

mar
Warto piec je długo, aby zmiękły, jeśli nie lubicie warzyw al dente według Zuzanny i preferujecie wbić zęby w miękki korzeń.
Ja do zestawu zaprezentowanego na zdjęciach dorzuciłam kolejne al dente białe szparagi i kilka liści świeżej, małej sałaty rzymskiej. Na deser zaserwowałam grillowane jabłko.
Co Wy grillujecie – oczywiście w wersji roślinnej? 
Idziecie na niezdrową łatwiznę i zaopatrujecie się w gotowe kiełbaski, czy sami przyrządzacie niezwykłe specjały? 

Zuza 😉

 

WAŻNA INFORMACJA.
Jeśli macie jakieś pytania/pomysły na tematy, które powinnam według Was poruszyć/prośby, wypisujcie je w komentarzach pod postami z serii Wegańskie wtorki.
Pomysły, które wypisujecie pod grafikiem, a nie zmieściły się w moim rocznym planie postów, już zapisałam na liście w kolejce do wtorków – lecz być może chcecie, bym pilnie o czymś napisała? Dawajcie znać!

Oszczędzanie na przyborach

Ten wpis rozpoczyna krótką serię wpisów o oszczędzaniu.
W maju możecie liczyć na poznanie sekretów mojego oszczędzania – a sądzę, że jestem w tym nie najgorsza.

Prawdopodobnie każdy, kto choć raz w życiu przeglądał oferty sklepów internetowych z produktami kreatywnymi lub błądząc po Empiku trafił w jego wytwórcze rejony – wie, jak wysokie ceny widnieją obok przyborów.
Ceny washi tape sprawiają, że kręci mi się w głowie. Ozdobny papier jest trzykrotnie droższy od zwykłego. Nawet na dobre cienkopisy trzeba wydać majątek, a pracuje się nimi równie krótko, jak zwykłymi, tanimi flamastrami z taniego zestawu.

4

Jak kupować przybory, aby nie zwariować? Oto moje sposoby na pozostanie w dobrej kondycji psychicznej (pomimo częstych odwiedzin sklepów kreatywnych):


NIE KUPOWAĆ NAPRZYDASI.
Rozumiem Was aż za dobrze, ja też (naprawdę też!) często walczę z ochotą włożenia tych pięknych naklejek do koszyka. Korci mnie jak jasna cholera no, a jak nie wezmę nalepek, to mi się będą śniły po nocach, aż w końcu umrę. Na pewno mi się przydadzą, na sto procent. Już w dniu zakupów je wykorzystam, zrobię coś z nimi, to pewniak. Wydam te całe 22,50 naprzydasie. Duże przydasie, bo komplet składa się z trzech kart naklejek – po sześć sztuk na jednej karcie.
Przecież we wszystkich pracach używam naklejek z kotkami, pieskami i świnkami. Te z brokatowymi napisami cute and love pod uroczym ryjkiem różowego zwierzątka.

Moja rada: nie kupujemy naprzydasi. Nawet te najbardziej cute and love naklejki omińmy szerokim łukiem.

Jak powinny wyglądać zaplanowane kreatywne zakupy?

1. Bardzo warto zrobić listę potrzebnych rzeczy. Najpotrzebniejszych – tych, które wykorzystujemy najczęściej i w najszybszym tempie. Klej, taśmy, ołówki, papier – to moja przykładowa lista.

2. Znajomość cen jest super. Jeszcze bardziej warto jest wiedzieć, gdzie w okolicy dostaniemy najtańszy klej, największy zestaw taśm w przystępnej cenie, najukochańsze ołówki za grosze i dobrej jakości papier w dużym kartonie. Nawet, jeśli sklepy dzieli kilka kroków, warto jest zrobić sobie spacerek po mieście i zakupić potrzebne przybory, wydając jak najmniej.
(Psst..! Nie sugeruję, że po klej musisz zapieprzać z buta na drugi koniec miasta. No chyba, że chcesz. Nie mam nic przeciwko.)

3. Po sporządzeniu listy zakupów i wypisaniu ich kosztów, pora na odliczanie, ile możemy przeznaczyć na przyborowe wydatki. Jeśli nasze zakupy mieszczą się w granicy finansowej na dany dzień, znamy swoje możliwości i jesteśmy świadomi swojej swobody wydatków.
Tak przygotowani możemy wyjść na zakupy, zgarniając do koszyka to, co figuruje na liście oraz dodatkowe (ewentualne!) naprzydasie, których koszt nie przekroczy ustalonej wcześniej kwoty. Finito!

Zasada jest prosta – powstrzymujemy się od wydawania oszczędności na przybory, które pod wpływem impulsu lub pierwszego wrażenia chcemy wrzucić do koszyka.
Kupujemy głównie to, co mamy w planach + ewentualnie dodatek do zakupów, jeśli możemy sobie na takowy pozwolić.
Jeśli nie chcemy żadnego naprzydasia, resztę z zakupów warto wrzucić do skarbonki z drobniakami.
Proste!

cienk


POLOWANIE NA PROMOCJE.
To jedyny typ polowania, w którym biorę czynny udział.
Czy to zniżki w sklepach internetowych, czy rabaty w ulubionych sklepach stacjonarnych – czaję się z bezpiecznej odległości na ukochane sklepiki i ostrzę pazurki.
W przypadku ekstremalnych promocji zdarza mi się nawet wydać oszczędności naprzydasie. Wiele superanckich przyborów pojawiło się na mojej półce właśnie podczas świetnych wyprzedaży – komplet wielu nici, materiałowe taśmy, zestaw ozdób w wiosennych kolorach. Te oraz inne kreatywne materiały zdobyłam pod wpływem naprzydasiowej myśli, na szczęście w bardzo niskiej cenie.

1


WIELOZADANIOWOŚĆ.
Nie zawsze trzeba kupować nowe przybory!
Między innymi o tej kwestii wspominałam we wpisie o błędach początkujących twórców. Czasami zamiast wydawać oszczędności na kolejne przybory i materiały do stworzenia projektów, warto jest przerobić starą ozdobę lub wykorzystać ją ponownie.
Tak samo, jak ja – ozdobione przeze mnie lampiony służyły mi w jesieni oraz na wiosnę. Nawet ich nie zmieniłam!
Tak samo uczyniłam z podstawką na drobiazgi i słoikiem – wazonem, dekoracjami, które zaprezentowałam w poprzednim poście.
Oprócz dekoracji, wielokrotnie można wykorzystywać również materiały, które zostały wykorzystane do ich wykonania. Tkaniny, okleiny, taśmy washi – to tylko przykłady przyborów wielokrotnego użytku.
Używając dany przedmiot wielokrotnie, nadajemy mu nowe życie + oszczędzamy miejsce w pokoju + oszczędzamy na przyborach.

2

To główne tricki, które stosuję, aby zaoszczędzić kilka dolców na mojej kreatywnej pasji.
Macie swoje sprawdzone przepisy na finansowy sukces – te związane z oszczędzaniem? Koniecznie uchylcie rąbka tajemnicy w komentarzach!

Zuza 😉

Mój wiosenny kącik

Aby dać Wam inspiracje do zrobienia czegoś kreatywnie wiosennego, postanowiłam zaprezentować, jak wygląda mój wiosenny kącik.

Tak naprawdę jest to stolik. Tak naprawdę nie tylko wiosenny, bo zamierzam na dłuższy czas wprowadzić jasne kolory w jego wystrój. Na szczęście wszystkie zmiany i dekoracje popełniłam wiosną, dlatego ze spokojnym sumieniem przypisuję mu tę zielono-kolorową nazwę pory roku.

ZIELEŃ.
Na stoliku postawiłam swoje nowe zdobycze.
Czy wspominałam już, że uwielbiam zielone, liściaste kwiaty? Jeśli nie, informuję o tym teraz. Uwielbiam zielone, liściaste kwiaty.
W białej doniczce, na którą nakleiłam kawałek taśmy washi, umieściłam (przygarniętego ze skromnych kwiatowych zasobów mamy) Juliana.
Posiałam własne kiełki! Starą podstawkę doniczkową wyłożyłam ligniną, zwilżyłam tkaninę i zasiałam rzeżuchę. To moja druga tura zielonych kiełków – świeżo posiane, jeszcze nie zzieleniały. Mam w planach poszerzenie kiełkowej działalności przynajmniej o len.

IMG_20170425_164304085.jpg

1.jpg
IMIONA.
Mam nadzieję, że nie tylko ja nadaję imiona własnym kwiatom?
Na razie mieszka ze mną jedynie Juluś i Hieronim. Mimo, że doskonale pamiętam, jak je nazwałam, zdecydowałam się dodać im urocze ozdoby, jakimi są karteczki z imionami.

Na patyczek szaszłykowy nawinęłam prostokątny kawałek papieru, na którym napisałam imiona zielonych kolegów. Wbiłam je w ziemię, oczywiście uważając, by nie uszkodzić korzeni żadnego z dżentelmenów.

IMG_20170425_162422329.jpg

Sądzę, że banalna w wykonaniu minidekoracja dodała kwiatom uroku.
Na chorągiewkach można opisać gatunek kwiatów, zapisać, w jakie dni należy je podlewać lub jeśli pamięta się o podlewaniu, a gatunek nie gra dużej roli, wystarczy zapisać imiona lub pseudonimy naszych roślinek. O ile takowe posiadają!
DONICZKA/WAZONIK.
Choć w moim wazonie nie ma jeszcze kwiatów, mogę Wam zagwarantować, że z pewnością się w nim pojawią.

Średniej wielkości słoik wystarczy pomalować farbą akrylową – można stworzyć dowolne wzory, naklejając uprzednio taśmę ryżową na szklaną powierzchnię.
Można też wykorzystać pomysł na firankowy zeszyt i przenieść patent na słoik – należałoby bardzo dokładnie przykleić materiał do szkła i powoli pryskać na nie farbę w sprayu.

IMG_20170425_162835932.jpg
LAMPIONY.
Na pewno pamiętacie – z jesiennego wpisu – jak bardzo lubię różnego rodzaju świeczki. Choć jesienna pogoda i nastrój mocniej zachęca do spędzania wieczorów w towarzystwie książki, kota i cynamonowych świec, jasne światło podgrzewaczy ożywiło mój wiosenny kącik.
Lampiony w formie niezmienionej z czasów jesieni stoją dumnie na stoliku. Ciepła poświata płomyków ogrzewa zielone liście wieczorem, kiedy mimo zmiany pory roku, decyduję się na zacięte czytanie.
Wszystkie mniejsze elementy ułożyłam na podstawce, którą często wykorzystuję w organizacji swojego miejsca pracy.

IMG_20170425_164406452.jpg

Podoba się Wam mój wiosenny kąt w pokoju?
Może wykonacie własny kolorowy pomysł? Czego według Was brakuje na moim stoliku? 

Zuza 😉

Błędy, które popełniają początkujący wytwórcy

Dzisiejszy post ma charakter pogadankowy. 

Niejednokrotnie po opublikowaniu wpisu z masą zdjęć – inspiracji, które wykonałam własnoręcznie, dostałam od Was takie komentarze:

Ja nie umiem tak rysować kółek, jak ty. Nie zrobię tego.

Nie mam odpowiednich przyborów. Gdybym miała, na pewno bym to zrobiła,

Jak ty to robisz sueh, że twoje robótki ręczne wyglądają dobrze? 

Ty masz talent do szycia. Ja nie.

Ten post musiał zaistnieć. Planowałam wcisnąć go w listopadowy ciąg przypadkowych wpisów, jednakże propozycji na tematy mam już zbyt wiele, by dokładać własne pomysły do zbiórczego miesiąca.
Niewypał radości stworzył lukę w grafiku postów. Oho! To znak, aby nareszcie poruszyć ten ciężki temat.

Przemyślałam sprawę najdokładniej, jak tylko potrafiłam i wybrałam – podstawowe błędy, które popełniacie podczas wykonywania prac kreatywnych.
Czym zabijacie swoje artystyczne dokonania? Jakie jest poprawne nastawienie wytwórcy robótek ręcznych? O tym dowiecie się, wgryzając się w ciąg dalszy moich wypocinek.

4

Błędy początkujących wytwórców podzieliłam na trzy główne kategorie; WYMAGANIA, NASTAWIENIE, MARNOWANIE. Każda z nich dostała swoje podkategorie.
Przedstawię Wam pozytywne podejście do pracy – oraz negatywne, które najczęściej jest sprawcą śmierci kreatywnych podbojów.
Zaczniemy od bardzo ważnej kwestii (każda z nich będzie bardzo ważna!) – jest to:

NASTAWIENIE.
NicnieumizmTo najczęściej pojawiająca się wśród aktywnych w panelu komentatorskim Czytelników przypadłość. Omówmy jej przyczyny oraz objawy.

Nicnieumizm (dokładniej: nic-nie-umiem-więc-nie-zrobię) — poważne schorzenie układu kreatywnego, przypadłość wielbicieli czyjejkolwiek kreatywnej działalności. Powszechne nastawienie początkujących wytwórców.
Nicnieumizm objawia się negatywnym myśleniem w kwestii własnych możliwości. Osoba dotknięta schorzeniem nie ufa swojej kreatywności oraz sprawności rąk. Zazwyczaj nie ma ochoty spróbować wytworzyć nawet najprostszą pracę kreatywną. Szuka wymówek, panicznie boi się porażki wytwórczej. 

Przyczyny schorzenia nie są określone. Może to być rozpamiętywanie porażki z dawnych lat, konkretna cecha charakteru, odpowiadająca za nastawienie wobec prac (tj. tchórzliwość, lenistwo), choroba fizyczna (np. anemia, brak kończyn górnych —  tylko w przypadku tej przyczyny nicnieumizm jest uzasadniony). Przyczynę należy ustalić, odnosząc się do konkretnych przypadków schorzenia.


Identycyzm
. Równie częsta przypadłość. Osobiście sądzę, że jest ona łagodniejsza, niż nicnieumizm – niestety groźniejsza w skutkach.

Identycyzm (dokładniej: ja-nie-umiem-więc-zrobię-tak-samo-jak-ty) — schorzenie układu kreatywnego, pojawiające się u wielu początkujących wytwórców.
Identycyzm objawia się poprzez kurczowe trzymanie się wskazówek, podanych w tutorialach. Chory idealnie odtwarza czyjąś pracę, często uwzględniając błędy wytwórcy, na którego pracy się wzorował. 

Identycyzm, choć jako osobny syndrom nie jest poważny i wyniszczający, prowadzi do najgroźniejszej choroby układu kreatywnego — owczopędzizmu — nieuleczalnego schorzenia; osoba nim dotknięta żyje w przeświadczeniu, iż nie potrafi samodzielnie wpaść na pomysł wykonania danej pracy kreatywnej, podążą wyznaczoną przez doświadczonych wytwórców ścieżką, nie kłopocze się wymyślaniem własnych patentów.

Jak pokonać scharakteryzowane powyżej schorzenia?

Warto wspomnieć, że:
a) inspirowanie się cudzą pracą jest dobre,
b) odtwarzanie czyjejś pracy w swój sposób jest świetne,
c) wymyślanie własnych projektów i wcielanie ich w życie jest idealne!

Ale:
a) inspirowanie się i wykonywanie cudzej pracy identycznie nie jest dobre,
b) odtwarzanie czyjejś pracy za każdym razem krok w krok tak samo jest złe,
c) wymyślanie własnych projektów i brak odwagi do wcielenia ich w życie jest DIABELNIE NAJGORSZE.

Nicnieumizm jest trudny do zwalczenia. Wymaga od chorego zacięcia i mocnej woli walki, jak i poświęcenia chwili na kreatywne produkcje. Im więcej prac wykona zarażony, tym bliższy będzie uzdrowieniu.
Każdy umie rysować – każdy, kto potrafi utrzymać ołówek w ręku.
Każdy umie ozdabiać, każdy umie składać origami, każdy potrafi działać kreatywnie. Trzeba wprawy i doświadczenia, by prace wyglądały coraz lepiej!
Jeśli do końca życia chory będzie powtarzał, że nie-zrobi-bo-nie-umie, to nigdy nie zrobi, bo się nie odważy. Łepetyna do góry, trzeba łapać za przybory i uczyć się na własnych błędach.
Szczególnie, że wytwórstwo prac kreatywnych nie jest nieprzyjemne.

Identycyzm i wynikający z niego owczopędzizm to schorzenia osób odważniejszych. Ci chorzy przynajmniej coś tworzą!
Warto jednak robić swoje prace.

Oglądając projekty na Pintereście, czy chociażby w Grafice Google, nigdy nie patrzę, jak należy coś wykonać. Jeśli spodoba mi się dana dekoracja, zeszyt, rysunek – zapisuję go w pamięci i odtwarzam po swojemu. To rozszerza zasięg mojej kreatywności, pobudza twórczą wyobraźnię, zmusza do kombinowania z przyborami.
I to (moim skromnym zdaniem) jest właśnie poprawne podejście w kwestii nastawienia! Umiem to zrobić po swojemu, bo korzystam z własnego pomysłu na dany projekt. I finito, praca płynie jak szybki, górski potok.

1

MARNOWANIE.
NaprzydasieTo słowo często wybrzmiewa z ust początkujących, którzy mają zapał do pracy i chcą od razu wydać wszystkie swoje oszczędności naprzydasie!

Przedstawię Wam powolny proces wygaszania się robótkowego zapaleńca:

1. Zapaleniec wykonał swoją pierwszą pracę kreatywną. Udała się. Jest zadowolony – pokazuje ją matce, ojcu, siostrze, bratu, babce, dziadowi, sąsiadce, sąsiadowi, psu, kotu, wróbelkowi, proboszczowi. Każdy w okolicy już wie o jego świeżej pasji i nowo odkrytym talencie.
2. Zapaleniec ma głowę pełną pomysłów. Główna strona jego Pinteresta zawalona jest inspiracjami. Ma odpowiednie podejście. Chce po swojemu wykonać dane projekty.
3. Zapaleniec dokonuje szybkiego przeglądu swoich półek z przyborami. Robi listę zakupów.
4. Zapaleniec szuka tanich sklepów z artykułami kreatywnymi. Uwaga – w tym momencie jego zapał maleje, wprost proporcjonalnie do wzrostu zawodu i niecierpliwości.
5. Zapaleniec podlicza najtańsze opcje – dokonał zamówienia na dwa tysiące złotych polskich.
6. Zapaleniec łka cichutko.
7. Zapaleniec liczy drobne ze skarbonki. Łącznie posiada czterdzieści trzy pięćdziesiąt.
8. Zapaleniec łka cichutko, ocierając ze złością łzy goryczy.
9. Zapaleniec odwołuje zamówienie w sklepie z artykułami kreatywnymi.
10. Zapaleniec traci zapał do prac kreatywnych uznając, że jest to pasja dla bogatych. Uwaga – od tego momentu należy nazywać go wypaleńcem.

 
NielogicyzmNie ma nic bardziej wkurzającego od nielogicznego wykorzystywania swoich przyborów oraz już skończonych prac.
Wyobraźcie sobie, że macie naprawdę nieduże pokoje. Spełniają one wiele funkcji; są sypialniami, pracowniami, czasami również jadalniami. Dołóżcie do tych funkcji kolejną – przechowywalnię prac, których już nie używamy.
Nie macie ochoty wyrzucić przez okna tych pudeł z oklejonymi zeszytami, słoikami, pudełkami?
Osobiście nie lubię marnować pieniędzy i przyborów na kolejne prace.
Zamiast wydawać oszczędności naprzydasie, lepiej wrzucić je z powrotem do skarbonki i czekać, aż stan przydasiów w szafce będzie krytyczny. Dobrze jest polować na rabaty, przeceny, wyprzedaże kolekcji sezonowych – nie kupować od razu wszystkiego. Przecież nie wszystko może nam się przydać!

Z wielu tutoriali i prezentacji wykonanych przeze mnie dekoracji można było wywnioskować, że wykorzystuję wielokrotnie te same słoiki, kawałki materiału, pudełka. To jak najbardziej normalne!
W zależności od sezonu nawet wskazane jest, by wcielać nowe wizje na ozdobienie danego przedmiotu. Tchnąć w niego nowe, kolejne życie. Cieszyć się starą-nową dekoracją.

Brak oszczędności w kieszeni nie zachęci do wykonywania kolejnych prac kreatywnych – a fakt, że przybory nie są tanie sprawi, że szkoda będzie je używać. Utkniecie w martwym punkcie, jeśli nie zwalczycie marnowania; będziecie mieć przybory i już gotowe dawne projekty, ale nie będziecie tworzyć ich więcej. Uwierzcie mi.
Wytwarzam, przetwarzam, chomikuję, nie wyrzucam, przerabiam.

3.jpg

WYMAGANIA.

Idealizm. Nie, nie chodzi mi o pogląd filozoficzny! Nazwałam tak podejście wobec siebie jako wytwórcy.

Drobnostkizm. To słowo brzmi i wygląda jak nazwa kraju w Azji (no, może i nie). W moim prywatnym słowniku odnosi się do postawy względem własnych prac.

Obydwie podkategorie łączę ze sobą w jedną, ogromną papkę obsesji. Właśnie one mogą być połączone z podkategoriami nastawienia.
Wymagania wobec siebie i swoich prac to ciężkie obciążenie. Oczywiście każdy by chciał wytwarzać najpiękniejsze dekoracje, najpiękniej szyć ręcznie, najwspanialej rysować portrety i najdokładniej oklejać zeszyty.
Te marzenia, gorące pragnienia warto odstawić na bok – szczególnie, gdy nie miało się wcześniej styczności z pracą kreatywną.

Nikt z nas nie jest cudotwórcą idealnym, który stworzy dzieło-coś-z-niczego. Nikt nie wytnie idealnie równego kwadratu z kartonu, jeśli wcześniej nie naniesie szkicu na papier. Nie każdy zszyje równo dwa kawałki materiału, nie każdy naklei koralik dokładnie w tym miejscu, w którym by chciał – szczególnie, gdy ręce trzęsą się z nerwów i napięcia, ażeby wszystko wyszło genialnie.

Podczas wytwarzania należy dać sobie możliwość popełnienia błędu!
To właśnie nasze błędy sprawiają, że własnoręcznie wykonane przedmioty są jedyne i niepowtarzalne. Ta plama kleju na okładce zeszytu czyni go jedynym w swoim rodzaju! A rozmazany długopis (bo nie odczekało się wystarczająco długo, by zmazać szkic, wcześniej wykonany ołówkiem) to całkiem niezły efekt wizualny. Krzywy piórnik? Tak miało być, na to się mówi „zabieg celowy”.
To projekt z duszą. Nie ma takiego drugiego na tym świecie.

Warto jest uwolnić się od wymagań, które sobie narzucamy. Nieidealna praca jest ładniejsza, niż ta bezbłędna – a jeśli nie ładniejsza, na pewno jest cenniejsza.

2.jpg

 

Podsumowując:

Nie każdy z nas ma takie same predyspozycje do wykonywania danej czynności – co nie zmienia faktu, że wszystkiego można się nauczyć.
Nie zabijecie swoich prac, jeśli zaprzestaniecie dążyć do hiperdoskonałego efektu końcowego. Mord kreatywności zakończy się po zwalczeniu obsesji. Nie ugasicie zapału, jeśli przestaniecie planować kreatywne wydatki.


Zamiast narzekać, że czegoś nie umiecie, nie możecie i nie zrobicie, bierzcie się w garść i pracujcie! Im więcej kreatywnych dusz, tym lepiej dla szarego świata!
Co sądzicie na ten temat?

Zuza 😉

Rozdział *I* – „Poszukiwani”

Najdroższe Borsuczki! ❤

Niektórzy odgadli, co mam na myśli, pisząc i mówiąc o wpisie – niespodziance.
Tak jest, moi mili! To pierwszy rozdział specjalny opowiadania!

Powstał nagle, zupełnie niespodziewanie, pod wpływem impulsu. Bywam bardzo impulsywna. Tym razem – mam nadzieję, że – mój impuls szczęśliwie okazał się być bodźcem do stworzenia czegoś, co Was usatysfakcjonuje.

Niezwykle ciężko pisze się takie rozdziały. Nie zrozumcie mnie źle – pisało mi się świetnie! Chodzi mi o kombinacje, które trzeba stosować, by uniknąć dramatycznej wpadki z wyjawieniem fabuły z oficjalnej drugiej części, która wciąż się pisze.
Koniecznie przeczytajcie podany Wam na świąteczny deser rozdział – i w wolnych chwilach piszcie, co o nim sądzicie!

Nie będę przedłużać – przechodzę do treści:


ROZDZIAŁ *I*

„Poszukiwani”

— Czy mogę mieć pytanie?

— Wal.

— Dlaczego zawsze śpiewasz tę samą piosenkę, gdy gdzieś jedziemy? – spojrzał na partnera badawczym wzrokiem, starając się powstrzymać mimowolnie wkradający się na jego twarz uśmiech.

— Ta melodia działa na mnie niezwykle uspokajająco. Jestem zestresowany. – Stukając dłońmi w kolana, w przyspieszonym tempie zanucił kolejną frazę Clementine. Głośno przełknął ślinę, po czym założył na nos duże okulary przeciwsłoneczne.

— Twoje okulary wyglądają jak z kosmosu, Wolf. Nie pasują ci do koszuli, to zupełnie inna bajka. Kosmiczna bajka.

— Przestań – warknął, spozierając z ukosa.

— Wyglądasz trochę jak ufolud. Krótkie włosy, okulary nie z tego świata. Dramat.

— Przestań – powtórzył nieco głośniej, nerwowym ruchem ściągając okulary. Wiedział, że wybór sportowych dodatków do eleganckiej stylizacji nie będzie trafny. Nie był idiotą i miał wyczucie stylu – tak samo wyborne, jak poczucie humoru.

— Boisz się mojej rodziny, Wolf? Naprawdę nie musisz, naprawdę. Na pewno cię polubią. Jestem pewien, że będziesz się świetnie dogadywał z moim tatą, a mama zdecydowanie się w tobie zakocha, to pewne. Za to Gaby i Tommy…

Wolfgang uśmiechnął się. Uważnie słuchał, co Daniel ma do powiedzenia, wyglądając przez autobusowe okno na piękne widoki okolicy Vinceville.
Poprzednią Wielkanoc spędził ze swoim najlepszym przyjacielem. Z sentymentem wspomniał święta w ich wykonaniu – pełne grillowanych potraw i jego ukochanej whisky. Każdy wczesnowiosenny dzień wydawał się na chwilę przebiec mu przed oczyma; zobaczył szczery uśmiech szofera, jego popisy żonglerskie obok rozżarzonych węgli i gorącego rusztu, toasty wznoszone na cześć ich przyjaźni. Każde wspomnienie wydawało się być nierealne, jednak przychodziło do jego głowy i kreowało się, jak najlepszy seans w kinie.

— Wolfgang, czy ty mnie słuchasz? Ja się produkuję, całkowicie blisko ciebie, plotę jakieś dyrdymały i nie słyszę reakcji. Chcę usłyszeć reakcję. – Chłopak zmarszczył brwi, wsuwając okrągłe oprawki na właściwe miejsce. Ciężkie szkła zsunęły się na czubek zgrabnego nosa.

— Kocham twoje słowotoki, Dan. Po prostu kocham – zachichotał szlachcic.

***

Nie musiała otwierać oczu, by wiedzieć, gdzie jest. Czuła obok siebie jego obecność.
Zapach kolejnego z gotowych zestawów śniadaniowych sprawił, że zaburczało jej w brzuchu. Nie miała ochoty wstawać i rozmawiać z nim – wiedziała jednak, że nie zdoła dłużej udawać, że śpi.
Niczym w zwolnionym tempie słyszała, jak nabiera powietrze, by wypowiedzieć powitalne zdanie. Miała nieodpartą ochotę, by zatkać uszy palcami wskazującymi. Zamiast tego postanowiła otworzyć oczy i zacząć żyć.

— Dzień dobry, słoneczko! Dobrze ci się spało?

— Nasz sportowiec jak zwykle we wspaniałym humorze… – wyjęczała znudzona.

— Za to nasz młody Sherlock znowu nie w sosie. Kupiłem śniadanie, trzymaj. – Wręczył jej pakunek i uśmiechnął się szeroko.

— Jaki mamy dziś dzień? – zapytała, siląc się na uśmiech. Wymuszony wyglądał na jej twarzy naturalnie.

— Niedziela. Niedziela Wielkanocna.

— Takie dni spędza się z rodziną. Zazwyczaj.

Boris uśmiechnął się jeszcze szerzej, niż zwykle. Sięgnął do kieszeni bluzy i wyciągnął trzy niewielkie czekoladowe jajka – zawinięte w kolorowe sreberka.
— Wesołych Świąt, Lilci. – Wręczył dziewczynie słodycze. Liliana wybuchnęła śmiechem. Przyjęła słodki upominek i ważąc czekoladki w dłoni, spojrzała na szofera.

— Dziękuję, Boris. Bardzo dziękuję – odparła, spuszczając głowę.
Przyjrzała się małym jajeczkom. Różnobarwne, błyszczące opakowania skrywały czekoladową słodycz. Odłożyła cukierki, chcąc zostawić je na deser, lecz straciła apetyt na jedzenie czegokolwiek. Musiała ukryć wzruszenie, które odebrało jej mowę. W gardle czuła nieprzyjemny uścisk, łzy napłynęły jej do oczu.

Kolejny raz pomyślała, że Boris jest naprawdę dobrym człowiekiem.

***

Vinceville – jego rodzinna miejscowość, w której się wychował, tej wiosny była jeszcze bardziej kolorowa, niż poprzednim razem.
Kwiaty zdobiły każde nieduże okienko stojących obok siebie kamienic i domów. Zieleń młodych listków drzew ożywiała kamienne miasteczko.

Z całych sił zaciągnął się świeżym powietrzem, stojąc przed malutkim domem rodziców. Poprawił okulary, wsuwając je na odpowiednie miejsce, a te jak zwykle zsunęły się nieposłusznie. Wsunął je ponownie – srebrne oprawki znów opadły, zatrzymując się na czubku nosa. Zezując uniósł je palcem wskazującym – powoli, próbując zachować spokój. Eleganckie okulary kolejny raz obsunęły się.

— Powinieneś odwiedzić optyka, synu. W święta jest zamknięte, ale możecie zostać na kilka dni, wybierzesz nowe oprawki.

— Nie potrzebuję, te mi odpowiadają. Są stylowe i mi pasują.

— Za to okulary twojego Wolfisia… – mężczyzna skrzywił się na samo wspomnienie widoku szlachcica w specyficznych sportowych okularach przeciwsłonecznych. Mimowolnie spojrzał na stojącego nieopodal van Helfena i momentalnie spłonił się ze wstydu. Wolfgang patrzył na nich, przysłuchiwał się uważnie i spotykając wzrok ojca swojego partnera uśmiechnął się, krzyżując ręce na piersi.

— Mówiłem mu! – usprawiedliwił się Daniel. Sportowe okulary nie współgrały z błękitną koszulą i granatowymi, eleganckimi spodniami. Dobrze, że nie założył sandałów – to byłoby przegięcie.

— … jak z kosmosu, inna bajka zupełnie.

Wolfgang westchnął ostentacyjnie. Nie czuł się tu dobrze.

Mimo, że zgodnie z zapewnieniami Daniela jego rodzina zaakceptowała go, czuł się nieswojo.
Mimo, że atmosfera uroczego miasteczka opanowała każdy kąt niewielkiego domu, czuł się naprawdę źle. Wspólne posiłki, miłe rozmowy, luźne pogawędki z rodzicami, przekomarzanie się z rodzeństwem – to wszystko Daniel miał na wyciągnięcie ręki od urodzenia. Dla niego Wielkanocny obiad był czymś naturalnym; potrafił śmiać się z żartów ojca, puszczać oczko do matki, gdy ta zalotnie uśmiechała się do szlachcica. Swobodnie bawił się z młodszym rodzeństwem; gonił ich po salonie, łaskotał, podrzucał do góry lub czołgał się pod stół, by poznać nowe bazy dowodzenia dzieciaków. Świetnie odnalazł się w tej sytuacji. To dla niego normalne.

Westchnął ponownie, tym razem szczerze i ze zmartwieniem. Naprawdę nie czuł się tu dobrze. Rodzinne obiady pamiętał jako nudny czas, spędzany w ciszy – przy delikatnym akompaniamencie sztućców muskających porcelanowe talerze.

Rozejrzał się dookoła. Ogródek oddzielony od ulicy żywopłotem był tak mały, że skromny, prostokątny stół i sześć krzeseł zajęły praktycznie całą jego przestrzeń. Szlifowane kamienie wyznaczały krótką trasę poza jego granice.

Z drzwi, obok których stał, wybiegły dzieci – Gaby i Tommy, rodzeństwo Daniela.
Dziewczynka – długowłosa blondyneczka o okrągłych policzkach, popchnęła lekko brata bliźniaka, piegowatego malca – jej wierną kopię. Chłopiec upadł na trawnik i bez chwili namysłu wstał, wytrzepał jasne spodnie i pobiegł za siostrą. Wszyscy świadkowie zdarzenia zignorowali zielone plamy na kolanach.

Do ogrodu weszła Janette, mama Daniela. Według Wolfganga, kobieta mogła mieć około czterdzieści pięć lat. Niewysoka, ubrana w zwiewną, wiosenną sukienkę w kwiaty, w rękach niosła tacę z dzbankiem pełnym lemoniady i szklankami. Siwiejące blond włosy przewiązała niebieską wstążką. Uśmiechnęła się do męża i syna (swoją drogą ci prawdopodobnie nadal plotkowali o jego sportowych okularach, które miał w kieszeni), sięgnęła po dwie szklaneczki. Nalała do nich orzeźwiający napój, po czym zawołała bliźniaków. Dzieci musiały napoić się przed poszukiwaniami słodkich, czekoladowych jajeczek.

— Wolfgangu, napijesz się lemoniady? – spytała, trzymając dzban w ręku. Posłała mu ciepły uśmiech.

Nie chciał wierzyć, że to się dzieje naprawdę. Czuł się tak, jakby właśnie był na planie starego filmu. Wszedł do telewizora, aby pokolorować czarno-białą projekcję. Święta jak z obrazka. Zrobiło mu się niedobrze i aż ocknął się, patrząc na kobietę. Matka idealna.

— Dziękuję. Przepraszam. – Tylko tyle zdołał wydusić z siebie. Omijając uroczy obrazek, wyszedł na ulicę Vinceville. Nie chciał, aby jego zachowanie odebrano jako nietaktowne, lecz musiał pooddychać w spokoju. Wierzył, że Dan wytłumaczy rodzicom, skąd się wzięła jego reakcja na rodzinne szczęście.  — Kolorowe życie w niedużej chatce. Święta rodzina. – klął pod nosem, uciekając jak najdalej od rodzinnego domu Daniela.

***

Siedziała nieruchomo przy suto zastawionym, eleganckim i dużym stole.

W bogatym pałacu można było znaleźć tylko jeden przesadnie elegancki pokój jadalniany. Brązowe ściany ze złotymi ornamentami przygnębiały ją – przynajmniej tę wersję wolała dopuszczać do siebie. Nie miała zamiaru inaczej tłumaczyć sobie swojego złego nastroju.
Złote świeczniki, ozdobna porcelana. Drewniany stół okryty śnieżnobiałym obrusem nie uginał się pod ciężarem potraw i zastawy. Plastikowe stoły, przy których jadała przez ostatnie lata, nie były tak wytrzymałe.

Do pomieszczenia wkroczyła starsza kobieta. Dumnym krokiem podeszła do stołu. Odchrząknęła.
Claire spojrzała na nią, zamyślona. Lekko potrząsnęła głową i wstała szybko.

— Dzień dobry, mamo.

— Dzień dobry, Leonore. Siadaj. – Najstarsza z rodu van Helfen poprawiła krótko obcięte, zakręcone na wałkach siwe włosy i usiadła obok córki. –– Zwolniłam już służbę. Należy im się odpoczynek w święta.

— Dobra decyzja, mamo – odparła, nie podnosząc wzroku z pustego talerza.

— Bynajmniej nie potrzebuję twojej aprobaty. – Lisa powolnym ruchem sięgnęła po wazę z zupą, spoglądając na Claire znacząco. Nie doczekała się reakcji, na co głośno westchnęła. Córka ponownie się ocknęła.

— Przepraszam. Pomóc ci, mamo? – Skierowała wzrok na kobietę. Matka bezemocjonalnie patrzyła w jej oczy. Poczuła się… dziwnie.

Wiele lat czekała na powrót do rodzinnego domu. Żyjąc u boku Borisa, przyglądając się Wolfgangowi i donosząc rodzicielce o wybrykach brata miała wrażenie, że po zakończeniu swojej misji będzie najszczęśliwszą córką, jaką zna świat. Oczyma wyobraźni widziała swój powrót – szczęśliwa, że w końcu będzie się nią zajmować wykwalifikowana służba, dosłownie nie mogła doczekać się rozmów z matką. Wyobrażała sobie konwersacje o sztuce, literaturze, polityce. Postać Lisy urosła do rangi bogini – Claire każdego dnia wstawała z łóżka z myślą, że coraz bliżej jest powrotu do domu, do wspaniałej kobiety, wykształconej, dumnej królowej.

Zderzenie z rzeczywistością cholernie ją bolało. Oschła, podła kobieta nie była taką, jaką pamiętała z wczesnych lat dzieciństwa. Miała wrażenie, że życie bez dzieci ją wyniszczyło – być może realna, a być może złudna nadzieja na to, że z powodu tęsknoty zmienił się charakter Lisy, trzymała ją w Holandii.

W jej głowie pojawiła się myśl i nie potrafiła się powstrzymać, by nie wyjawić na głos swojego nagłego pragnienia.

— Chciałabym, by był z nami Wolfgang.

Lisa zamarła. Całe jej ciało spięło się, jakby w oczekiwaniu na kolejny słowny cios. Pomalowane na naturalny różowy kolor usta wyglądały teraz jak dwie cienkie kreseczki. Podbródek zadrżał podejrzanie.

— Mamo, Wolfgang jest cudownym mężczyzną.

— Milcz… – warknęła przez zaciśnięte zęby. Na delikatnie wyróżowanych policzkach widać było emocjonalną czerwień. Czoło powoli zmarszczało się coraz bardziej.

— Dlaczego nie chcesz o nim rozmawiać? To twój syn, mamo…

— Milcz! – krzyknęła, wstając od stołu. Rozzłoszczona spojrzała kolejny raz na córkę. Złożyła ręce w pięści, zamknęła oczy i westchnęła głęboko. –– Wiem, że jest cudownym mężczyzną. Wiem to, Leonore. Wiem.

Szybkim krokiem wyszła z pokoju. Claire po krótkiej chwili usłyszała głośne trzaśnięcie drzwi sypialni matki. Po huku nastała błoga cisza. Uśmiechnęła się do siebie i sięgnęła po wazę z zupą.

Przynajmniej będzie mogła zjeść w spokoju – bez dbałości o bezbłędne zachowanie przy stole. A później po sobie posprzątać.

***

Gaby i Tommy szli przodem, trzymając mocno swoje nieduże koszyki.

Nie było to utrzymywaną od pokoleń tradycją. Prekursorem zwyczaju szukania jajek był Daniel. Mając młodsze rodzeństwo, nastoletni chłopak wymyślał jak najwięcej nowych zabaw i zajęć. W Vinceville żadne z dzieci nie chodziło z koszykiem po mieście – oprócz dzielnych bliźniaków.

— Dan, a gdzie się podział twój chłopak? – zapytała melodyjnie rezolutna dziewczynka. Przystanęła, w oczekiwaniu na dużego brata i wyciągnęła wolną dłoń w jego stronę.

— Szczerze, Gab? Nie mam pojęcia. Źle się poczuł, musiał wyjść na spacer.

— Nie boisz się, że się zgubi? Długo nie wraca.

— No co ty! Wolf to duży chłopak, wiesz? – Nachylił się i szybko cmoknął ją w czubek głowy. Mała zaśmiała się uroczo i ścisnęła mocniej jego dłoń.

— Twój chłopak ma ładne okulary – wypowiedziała, na co Tommy żywo zareagował.

— O tak, ma ładne okulary.

— Młodzi, nie śmiejcie się z jego okularów! – Rodzeństwo roześmiało się jeszcze głośniej. Daniel westchnął z uśmiechem. – Do roboty, szukać jajek! Zajączek na pewno dużo ich dla was zostawił.

Do domu wrócili po ponad trzech godzinach poszukiwań. Usatysfakcjonowane, brudne czekoladą bliźniaki dźwigały za sobą koszyczki pełne słodyczy. Podejrzewał, że wiele czekoladek podrzucili sąsiedzi – w tym roku dzieciaki uzbierały w parku zapas czekoladek na kilka tygodni. Mieszkający nieopodal mili ludzie ukrywali słodycze, by jego rodzeństwo mogło nacieszyć się tym szczególnym czasem w swój dziecięcy sposób.

Żartując i śmiejąc się głośno, weszli razem do ogródka. Machinalnie rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu Wolfganga. Przy stole siedzieli tylko rodzice.

— Gaby, musisz umyć ryjek. Jesteś cała w błocie, świnko! – Zażartował, a siostrzyczka zachrumkała w odpowiedzi. Grzeczny Tommy jako pierwszy postawił koszyk na stole i pobiegł do łazienki. — Był tu Wolf?

— Nie było go… – odpowiedziała mu mama, przyglądając się pełnym słodyczy koszykom dzieci. — Zwiał nam?

— Przy okazji spaceru z młodymi rozglądałem się za nim, ale go nie spotkaliśmy. Dzwoniłem, nie odbiera. – Usiadł przy stole, zrezygnowany. Miał pustkę w głowie. Partner zniknął na cały dzień i nie dawał znaku życia. To naturalne, że martwił się o niego.

— Wystraszyliśmy go, synu? – zmartwiony ojciec Daniela – Julian, nachylił się delikatnie nad stołem. Widział, że Wolfgang trzyma się z daleka od ich rodziny. Razem z żoną starali się przyjąć mężczyznę najlepiej, jak potrafili.

Stresowali się przyjazdem szlachcica. Wiedzieli o jego pochodzeniu, co potęgowało ich zakłopotanie. Mieli obawy, czy van Helfen będzie usatysfakcjonowany skromnym obiadem w gronie najbliższej rodziny. Chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, w końcu mężczyzna nie tylko skradł serce ich syna – ale także zaopiekował się nim i dbał o jego dobro. Bez Wolfganga uparty Daniel nadal żyłby w biedzie. Szlachcic zaufał mu, dał ich synowi piękne uczucia i dobra materialne. Młody artysta mógł przejmować się tylko swoją pasją i studiami, co dawało wspaniałe efekty na uczelni. Szlachetny mężczyzna pomógł Danielowi i to liczyło się dla nich najbardziej.

— Po prostu… Wolfgang miał dosyć trudne dzieciństwo. Może nie był jeszcze gotów na rodzinne spotkania, nie wiem.

— Bardzo nam przykro, Dan… – niemalże wyszeptała Janette, chwytając siedzącego naprzeciwko syna za rękę. — Wolfgang jest świetnym facetem. Te jego okulary… ma wspaniałe poczucie humoru.

— Jeśli zechce, sam powie nam o swoich problemach. Ten dom jest otwarty także dla niego, pamiętajcie o tym.

— Dzię…

— Dziękuję państwu! Bardzo państwu dziękuję, naprawdę.

Wszyscy zwrócili się w stronę Wolfganga i zaniemówili. Musiał przerwać tę dziwną, ale zdecydowanie nie niezręczną ciszę. Być może miał niecodzienne pomysły, ale tylko w ten sposób mógł naprawdę poczuć klimat Wielkanocy. Przy okazji chciał rozluźnić atmosferę.

— Zawsze działam impulsywnie, ktoś zostawił ten kostium na molo, więc ubrałem…

Gaby jako pierwsza głośno się roześmiała – gdy tylko wyszła z domu, podbiegła do Wolfganga i wtuliła się w miękkie, różowe futerko jego nowopożyczonej zdobyczy.
Po niej Tommy oraz Daniel, przytuleni do zająca śmiali się głośno.

Nie czuł się źle, choć cała rodzina jego chłopaka ściskała go tak mocno, że mało brakowało, by przestał oddychać. Jako różowe, wielkie zwierzę dzielnie znosił wszystkie upokorzenia.

Kolejny idealny obrazek. Pieprzona święta rodzina! – pomyślał i cieszył się jak nigdy wcześniej, że ogromny, cukierkowo-różowy łeb uniemożliwi  rodzinie Anderson zobaczyć, że ich wielkanocny zając ze wzruszenia płacze jak bóbr.

 


 

Mam nadzieję, że nikt nie będzie narzekał na długość rozdziału – tak właściwie zakwalifikowałabym ten fragment do kategorii one-shotów. 

W chronologii opowiadania ten rozdział oczywiście mieści się po wydarzeniach z pierwszej części. Nadal jesteście na bieżąco!

Jak podobał się Wam niespodziankowy powrót do świata Wolfganga? Piszcie w komentarzach, jakie macie odczucia po lekturze.

Wesołego Alleluja!
Zuza 😉

Wegański obiad Wielkanocny

Wielkanoc – komu nie kojarzy się ona z jajkami, wędliną i białą kiełbaską, pływającą w kwaśnym, aromatycznym żurku?

Czy jako jedyna podnoszę właśnie łapkę, nieśmiało uśmiechając się do obecnego tu zgromadzenia?
To nie pierwsza moja roślinna Wielkanoc. Co roku kombinuję z przepisami i głowię się, co mogę dorzucić do rodzinnej święconki. Marchewki? Dobry plan, niech będą marchewki. I cynamon zamiast soli. I jeszcze trochę czerwonej herbaty.

Pomijając śniadanie – jak wiecie z TEGO wpisu, na śniadania uwielbiam raczyć się owocowymi mieszankami słodkości. Wielkanocne śniadanie z koszyczka raczej mnie nie dotyczy – dopóki nie zdobędę własnego wiklinowego kosza i nie wpadnę na świetne pomysły co do jego wypełnienia. Nie ma co się nad tym skupiać. Trzeba myśleć o świątecznym obiedzie!

Mój roślinny Wielkanocny stół nie będzie przepełniony typowymi, tradycyjnymi potrawami. Nie poddaję weganizacji żurku, nie robię wegańskich jajek. Nie kręcę majonezu, nie gotuję białych kiełbasek.
Postanowiłam zrobić skromny, wegański zestaw obiadowy – pełen aromatów i smaków wiosennych ziół.

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

 

Moja Weganoc,
czyli roślinne wariacje na temat potraw Wielkanocnych!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

Tegoroczne Wielkanocne menu nie jest skomplikowane.
Jak wiecie, nie umiem dobrze gotować. Nie dodaję soli, cukru, rafinowanych olejów do swoich potraw. W tym roku postawiłam na prostotę i ziołowy minimalizm, który (mam nadzieję, że) zaowocuje cudownym, nieskomplikowanym smakiem.

Obok sałatki jarzynowej, na którą przepisu chyba nie muszę podawać, na pewno stanie Bezrybna rybna z Wegilijnego zestawu dań.

☼ Żurkowa ogórkowa.

Kiedy chciałam popełnić własny zakwas okazało się, że nie zdąży on zrobić się do niedzieli. O sztucznych, sklepowych zakwasach nie było mowy.
Uwielbiam zupy, ponieważ bardzo rzadko je jadam. Zrobienie smacznej, roślinnej zupy nie jest trudnym wyczynem – wystarczy przygotować bulion warzywny i dorzucić do niego wybrane dodatki.

Chciałam coś kwaśnego, co zastąpi mi smak żurku w tym roku. Postanowiłam zrobić jałową ogórkową, która pomimo swych bladych nazw jest pełna smakowych barw.

zurkowaogorkowa-1.jpg

 Bulion należy wykonać tak samo, jak ten do wigilijnego barszczu (przepis znajdziecie w linku, który zamieściłam już powyżej!).

zupa.jpg
Wbrew wszelkim pozorom, tofu smakuje wyśmienicie z kwaśnym wywarem – uwierzcie mi i spróbujcie! Antyfani sojowego przetworu, będziecie zdziwieni!

☼ Pieczeń soczewicowa.

O pieczeni (możecie mówić na to pasztet, ja nie lubię tego słowa!) marzyłam od dłuższego czasu. Tę opcję smakową zrobiłam ostatnio bardzo dawno temu i najlepiej wspominam ją spośród wszystkich pieczeniowych kombinacji mojego autorstwa.
Dobre zblendowanie zapewnia kremową konsystencję potrawy. Zapach czerwonej, słodziutkiej papryki przechodzi przez całą pieczeń, nadając jej charakteru.

Najlepiej smakuje po nocy spędzonej w lodówce. Polecam powstrzymać chęć wszamania jej po wyjęciu z piekarnika!

soczewicowapieczen-1.jpg

Jeśli chcecie dodać do soczewicy wybrane przez siebie zioła i przyprawy, polecam to zrobić – jednak z całego serca rekomenduję Wam moją propozycję. Wierzcie, że aromat suszonego, upieczonego lubczyku i świeżej, posiekanej zielonej natki wystarczy, aby zaspokoić Wasze rozszalałe podniebienia, żądne nowych, Wielkanocnych smaków.

pieczen.jpg

Uwagi: Pieczeń w trakcie pieczenia polecam delikatnie skropić wodą. Jeśli chcecie więcej paprykowego farszu, zaleca się wykorzystać dwie pieczone papryki.
Wypiek musi spędzić przynajmniej jedną noc w lodówce – inaczej będzie bardzo kruchy.

☼ Owsiane ciastko marmurkowe.

Nie umiem piec. Po wigilijnym sukcesie z czteroskładnikowym tofurnikiem bez pieczenia (przepisu nie ma na blogu, jeśli chcecie go poznać, piszcie w komentarzach!) bałam się stawiać na nowe, niesprawdzone przepisy.

Po zjedzeniu większości produktów mącznych, męczę się w bólach brzucha. Mój delikatny żołądek lubi się z ciasteczkami owsianymi – wykorzystałam więc bezpieczny pomysł na dwukolorowe – i dwusmakowe! – ciasto z mąki owsianej.

marmurkowe-1.jpg

Konsystencja ciasta powinna być zwarta i lejąca się jednocześnie.
Do mojej mąki dodałam około 2,5 szklanki ciepłej wody.

CIA S.jpg

Proponowany dodatek: Budyń jaglany.

cia g.jpg

Uwagi: Wodę do ciasta należy dodawać turami – najlepiej po pół szklanki za jednym razem. Po każdej dolewce trzeba dokładnie mieszać ciasto.
Warto uważać z sodą – ja dodałam jej dwie małe łyżeczki (naprawdę małe!).
W planach mam próby pieczenia ciasta bez sody. O ich wynikach poinformuję Was, kiedy je podejmę.

Na tę Wielkanoc czaruję pyszne i nieskomplikowane potrawy. Do każdej propozycji polecam dodać jak najwięcej zieleniny – sałaty, szpinaku, kiełków. Ich delikatny smak nie zabije ziołowej nuty dania, a na pewno wzbogaci je o garść zdrowia.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

Na święta Wielkiej Nocy składam Wam, Najdroższe Borsukęsy najgorętsze życzenia radości, pogody ducha i zdrówka. Aby wesoły czas wiosny zaszczepił w Was nowe inspiracje do działania i podejmowania kreatywnych wyzwań.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉