Mój wiosenny kącik

Aby dać Wam inspiracje do zrobienia czegoś kreatywnie wiosennego, postanowiłam zaprezentować, jak wygląda mój wiosenny kącik.

Tak naprawdę jest to stolik. Tak naprawdę nie tylko wiosenny, bo zamierzam na dłuższy czas wprowadzić jasne kolory w jego wystrój. Na szczęście wszystkie zmiany i dekoracje popełniłam wiosną, dlatego ze spokojnym sumieniem przypisuję mu tę zielono-kolorową nazwę pory roku.

ZIELEŃ.
Na stoliku postawiłam swoje nowe zdobycze.
Czy wspominałam już, że uwielbiam zielone, liściaste kwiaty? Jeśli nie, informuję o tym teraz. Uwielbiam zielone, liściaste kwiaty.
W białej doniczce, na którą nakleiłam kawałek taśmy washi, umieściłam (przygarniętego ze skromnych kwiatowych zasobów mamy) Juliana.
Posiałam własne kiełki! Starą podstawkę doniczkową wyłożyłam ligniną, zwilżyłam tkaninę i zasiałam rzeżuchę. To moja druga tura zielonych kiełków – świeżo posiane, jeszcze nie zzieleniały. Mam w planach poszerzenie kiełkowej działalności przynajmniej o len.

IMG_20170425_164304085.jpg

1.jpg
IMIONA.
Mam nadzieję, że nie tylko ja nadaję imiona własnym kwiatom?
Na razie mieszka ze mną jedynie Juluś i Hieronim. Mimo, że doskonale pamiętam, jak je nazwałam, zdecydowałam się dodać im urocze ozdoby, jakimi są karteczki z imionami.

Na patyczek szaszłykowy nawinęłam prostokątny kawałek papieru, na którym napisałam imiona zielonych kolegów. Wbiłam je w ziemię, oczywiście uważając, by nie uszkodzić korzeni żadnego z dżentelmenów.

IMG_20170425_162422329.jpg

Sądzę, że banalna w wykonaniu minidekoracja dodała kwiatom uroku.
Na chorągiewkach można opisać gatunek kwiatów, zapisać, w jakie dni należy je podlewać lub jeśli pamięta się o podlewaniu, a gatunek nie gra dużej roli, wystarczy zapisać imiona lub pseudonimy naszych roślinek. O ile takowe posiadają!
DONICZKA/WAZONIK.
Choć w moim wazonie nie ma jeszcze kwiatów, mogę Wam zagwarantować, że z pewnością się w nim pojawią.

Średniej wielkości słoik wystarczy pomalować farbą akrylową – można stworzyć dowolne wzory, naklejając uprzednio taśmę ryżową na szklaną powierzchnię.
Można też wykorzystać pomysł na firankowy zeszyt i przenieść patent na słoik – należałoby bardzo dokładnie przykleić materiał do szkła i powoli pryskać na nie farbę w sprayu.

IMG_20170425_162835932.jpg
LAMPIONY.
Na pewno pamiętacie – z jesiennego wpisu – jak bardzo lubię różnego rodzaju świeczki. Choć jesienna pogoda i nastrój mocniej zachęca do spędzania wieczorów w towarzystwie książki, kota i cynamonowych świec, jasne światło podgrzewaczy ożywiło mój wiosenny kącik.
Lampiony w formie niezmienionej z czasów jesieni stoją dumnie na stoliku. Ciepła poświata płomyków ogrzewa zielone liście wieczorem, kiedy mimo zmiany pory roku, decyduję się na zacięte czytanie.
Wszystkie mniejsze elementy ułożyłam na podstawce, którą często wykorzystuję w organizacji swojego miejsca pracy.

IMG_20170425_164406452.jpg

Podoba się Wam mój wiosenny kąt w pokoju?
Może wykonacie własny kolorowy pomysł? Czego według Was brakuje na moim stoliku? 

Zuza 😉

Reklamy

Błędy, które popełniają początkujący wytwórcy

Dzisiejszy post ma charakter pogadankowy. 

Niejednokrotnie po opublikowaniu wpisu z masą zdjęć – inspiracji, które wykonałam własnoręcznie, dostałam od Was takie komentarze:

Ja nie umiem tak rysować kółek, jak ty. Nie zrobię tego.

Nie mam odpowiednich przyborów. Gdybym miała, na pewno bym to zrobiła,

Jak ty to robisz sueh, że twoje robótki ręczne wyglądają dobrze? 

Ty masz talent do szycia. Ja nie.

Ten post musiał zaistnieć. Planowałam wcisnąć go w listopadowy ciąg przypadkowych wpisów, jednakże propozycji na tematy mam już zbyt wiele, by dokładać własne pomysły do zbiórczego miesiąca.
Niewypał radości stworzył lukę w grafiku postów. Oho! To znak, aby nareszcie poruszyć ten ciężki temat.

Przemyślałam sprawę najdokładniej, jak tylko potrafiłam i wybrałam – podstawowe błędy, które popełniacie podczas wykonywania prac kreatywnych.
Czym zabijacie swoje artystyczne dokonania? Jakie jest poprawne nastawienie wytwórcy robótek ręcznych? O tym dowiecie się, wgryzając się w ciąg dalszy moich wypocinek.

4

Błędy początkujących wytwórców podzieliłam na trzy główne kategorie; WYMAGANIA, NASTAWIENIE, MARNOWANIE. Każda z nich dostała swoje podkategorie.
Przedstawię Wam pozytywne podejście do pracy – oraz negatywne, które najczęściej jest sprawcą śmierci kreatywnych podbojów.
Zaczniemy od bardzo ważnej kwestii (każda z nich będzie bardzo ważna!) – jest to:

NASTAWIENIE.
NicnieumizmTo najczęściej pojawiająca się wśród aktywnych w panelu komentatorskim Czytelników przypadłość. Omówmy jej przyczyny oraz objawy.

Nicnieumizm (dokładniej: nic-nie-umiem-więc-nie-zrobię) — poważne schorzenie układu kreatywnego, przypadłość wielbicieli czyjejkolwiek kreatywnej działalności. Powszechne nastawienie początkujących wytwórców.
Nicnieumizm objawia się negatywnym myśleniem w kwestii własnych możliwości. Osoba dotknięta schorzeniem nie ufa swojej kreatywności oraz sprawności rąk. Zazwyczaj nie ma ochoty spróbować wytworzyć nawet najprostszą pracę kreatywną. Szuka wymówek, panicznie boi się porażki wytwórczej. 

Przyczyny schorzenia nie są określone. Może to być rozpamiętywanie porażki z dawnych lat, konkretna cecha charakteru, odpowiadająca za nastawienie wobec prac (tj. tchórzliwość, lenistwo), choroba fizyczna (np. anemia, brak kończyn górnych —  tylko w przypadku tej przyczyny nicnieumizm jest uzasadniony). Przyczynę należy ustalić, odnosząc się do konkretnych przypadków schorzenia.


Identycyzm
. Równie częsta przypadłość. Osobiście sądzę, że jest ona łagodniejsza, niż nicnieumizm – niestety groźniejsza w skutkach.

Identycyzm (dokładniej: ja-nie-umiem-więc-zrobię-tak-samo-jak-ty) — schorzenie układu kreatywnego, pojawiające się u wielu początkujących wytwórców.
Identycyzm objawia się poprzez kurczowe trzymanie się wskazówek, podanych w tutorialach. Chory idealnie odtwarza czyjąś pracę, często uwzględniając błędy wytwórcy, na którego pracy się wzorował. 

Identycyzm, choć jako osobny syndrom nie jest poważny i wyniszczający, prowadzi do najgroźniejszej choroby układu kreatywnego — owczopędzizmu — nieuleczalnego schorzenia; osoba nim dotknięta żyje w przeświadczeniu, iż nie potrafi samodzielnie wpaść na pomysł wykonania danej pracy kreatywnej, podążą wyznaczoną przez doświadczonych wytwórców ścieżką, nie kłopocze się wymyślaniem własnych patentów.

Jak pokonać scharakteryzowane powyżej schorzenia?

Warto wspomnieć, że:
a) inspirowanie się cudzą pracą jest dobre,
b) odtwarzanie czyjejś pracy w swój sposób jest świetne,
c) wymyślanie własnych projektów i wcielanie ich w życie jest idealne!

Ale:
a) inspirowanie się i wykonywanie cudzej pracy identycznie nie jest dobre,
b) odtwarzanie czyjejś pracy za każdym razem krok w krok tak samo jest złe,
c) wymyślanie własnych projektów i brak odwagi do wcielenia ich w życie jest DIABELNIE NAJGORSZE.

Nicnieumizm jest trudny do zwalczenia. Wymaga od chorego zacięcia i mocnej woli walki, jak i poświęcenia chwili na kreatywne produkcje. Im więcej prac wykona zarażony, tym bliższy będzie uzdrowieniu.
Każdy umie rysować – każdy, kto potrafi utrzymać ołówek w ręku.
Każdy umie ozdabiać, każdy umie składać origami, każdy potrafi działać kreatywnie. Trzeba wprawy i doświadczenia, by prace wyglądały coraz lepiej!
Jeśli do końca życia chory będzie powtarzał, że nie-zrobi-bo-nie-umie, to nigdy nie zrobi, bo się nie odważy. Łepetyna do góry, trzeba łapać za przybory i uczyć się na własnych błędach.
Szczególnie, że wytwórstwo prac kreatywnych nie jest nieprzyjemne.

Identycyzm i wynikający z niego owczopędzizm to schorzenia osób odważniejszych. Ci chorzy przynajmniej coś tworzą!
Warto jednak robić swoje prace.

Oglądając projekty na Pintereście, czy chociażby w Grafice Google, nigdy nie patrzę, jak należy coś wykonać. Jeśli spodoba mi się dana dekoracja, zeszyt, rysunek – zapisuję go w pamięci i odtwarzam po swojemu. To rozszerza zasięg mojej kreatywności, pobudza twórczą wyobraźnię, zmusza do kombinowania z przyborami.
I to (moim skromnym zdaniem) jest właśnie poprawne podejście w kwestii nastawienia! Umiem to zrobić po swojemu, bo korzystam z własnego pomysłu na dany projekt. I finito, praca płynie jak szybki, górski potok.

1

MARNOWANIE.
NaprzydasieTo słowo często wybrzmiewa z ust początkujących, którzy mają zapał do pracy i chcą od razu wydać wszystkie swoje oszczędności naprzydasie!

Przedstawię Wam powolny proces wygaszania się robótkowego zapaleńca:

1. Zapaleniec wykonał swoją pierwszą pracę kreatywną. Udała się. Jest zadowolony – pokazuje ją matce, ojcu, siostrze, bratu, babce, dziadowi, sąsiadce, sąsiadowi, psu, kotu, wróbelkowi, proboszczowi. Każdy w okolicy już wie o jego świeżej pasji i nowo odkrytym talencie.
2. Zapaleniec ma głowę pełną pomysłów. Główna strona jego Pinteresta zawalona jest inspiracjami. Ma odpowiednie podejście. Chce po swojemu wykonać dane projekty.
3. Zapaleniec dokonuje szybkiego przeglądu swoich półek z przyborami. Robi listę zakupów.
4. Zapaleniec szuka tanich sklepów z artykułami kreatywnymi. Uwaga – w tym momencie jego zapał maleje, wprost proporcjonalnie do wzrostu zawodu i niecierpliwości.
5. Zapaleniec podlicza najtańsze opcje – dokonał zamówienia na dwa tysiące złotych polskich.
6. Zapaleniec łka cichutko.
7. Zapaleniec liczy drobne ze skarbonki. Łącznie posiada czterdzieści trzy pięćdziesiąt.
8. Zapaleniec łka cichutko, ocierając ze złością łzy goryczy.
9. Zapaleniec odwołuje zamówienie w sklepie z artykułami kreatywnymi.
10. Zapaleniec traci zapał do prac kreatywnych uznając, że jest to pasja dla bogatych. Uwaga – od tego momentu należy nazywać go wypaleńcem.

 
NielogicyzmNie ma nic bardziej wkurzającego od nielogicznego wykorzystywania swoich przyborów oraz już skończonych prac.
Wyobraźcie sobie, że macie naprawdę nieduże pokoje. Spełniają one wiele funkcji; są sypialniami, pracowniami, czasami również jadalniami. Dołóżcie do tych funkcji kolejną – przechowywalnię prac, których już nie używamy.
Nie macie ochoty wyrzucić przez okna tych pudeł z oklejonymi zeszytami, słoikami, pudełkami?
Osobiście nie lubię marnować pieniędzy i przyborów na kolejne prace.
Zamiast wydawać oszczędności naprzydasie, lepiej wrzucić je z powrotem do skarbonki i czekać, aż stan przydasiów w szafce będzie krytyczny. Dobrze jest polować na rabaty, przeceny, wyprzedaże kolekcji sezonowych – nie kupować od razu wszystkiego. Przecież nie wszystko może nam się przydać!

Z wielu tutoriali i prezentacji wykonanych przeze mnie dekoracji można było wywnioskować, że wykorzystuję wielokrotnie te same słoiki, kawałki materiału, pudełka. To jak najbardziej normalne!
W zależności od sezonu nawet wskazane jest, by wcielać nowe wizje na ozdobienie danego przedmiotu. Tchnąć w niego nowe, kolejne życie. Cieszyć się starą-nową dekoracją.

Brak oszczędności w kieszeni nie zachęci do wykonywania kolejnych prac kreatywnych – a fakt, że przybory nie są tanie sprawi, że szkoda będzie je używać. Utkniecie w martwym punkcie, jeśli nie zwalczycie marnowania; będziecie mieć przybory i już gotowe dawne projekty, ale nie będziecie tworzyć ich więcej. Uwierzcie mi.
Wytwarzam, przetwarzam, chomikuję, nie wyrzucam, przerabiam.

3.jpg

WYMAGANIA.

Idealizm. Nie, nie chodzi mi o pogląd filozoficzny! Nazwałam tak podejście wobec siebie jako wytwórcy.

Drobnostkizm. To słowo brzmi i wygląda jak nazwa kraju w Azji (no, może i nie). W moim prywatnym słowniku odnosi się do postawy względem własnych prac.

Obydwie podkategorie łączę ze sobą w jedną, ogromną papkę obsesji. Właśnie one mogą być połączone z podkategoriami nastawienia.
Wymagania wobec siebie i swoich prac to ciężkie obciążenie. Oczywiście każdy by chciał wytwarzać najpiękniejsze dekoracje, najpiękniej szyć ręcznie, najwspanialej rysować portrety i najdokładniej oklejać zeszyty.
Te marzenia, gorące pragnienia warto odstawić na bok – szczególnie, gdy nie miało się wcześniej styczności z pracą kreatywną.

Nikt z nas nie jest cudotwórcą idealnym, który stworzy dzieło-coś-z-niczego. Nikt nie wytnie idealnie równego kwadratu z kartonu, jeśli wcześniej nie naniesie szkicu na papier. Nie każdy zszyje równo dwa kawałki materiału, nie każdy naklei koralik dokładnie w tym miejscu, w którym by chciał – szczególnie, gdy ręce trzęsą się z nerwów i napięcia, ażeby wszystko wyszło genialnie.

Podczas wytwarzania należy dać sobie możliwość popełnienia błędu!
To właśnie nasze błędy sprawiają, że własnoręcznie wykonane przedmioty są jedyne i niepowtarzalne. Ta plama kleju na okładce zeszytu czyni go jedynym w swoim rodzaju! A rozmazany długopis (bo nie odczekało się wystarczająco długo, by zmazać szkic, wcześniej wykonany ołówkiem) to całkiem niezły efekt wizualny. Krzywy piórnik? Tak miało być, na to się mówi „zabieg celowy”.
To projekt z duszą. Nie ma takiego drugiego na tym świecie.

Warto jest uwolnić się od wymagań, które sobie narzucamy. Nieidealna praca jest ładniejsza, niż ta bezbłędna – a jeśli nie ładniejsza, na pewno jest cenniejsza.

2.jpg

 

Podsumowując:

Nie każdy z nas ma takie same predyspozycje do wykonywania danej czynności – co nie zmienia faktu, że wszystkiego można się nauczyć.
Nie zabijecie swoich prac, jeśli zaprzestaniecie dążyć do hiperdoskonałego efektu końcowego. Mord kreatywności zakończy się po zwalczeniu obsesji. Nie ugasicie zapału, jeśli przestaniecie planować kreatywne wydatki.


Zamiast narzekać, że czegoś nie umiecie, nie możecie i nie zrobicie, bierzcie się w garść i pracujcie! Im więcej kreatywnych dusz, tym lepiej dla szarego świata!
Co sądzicie na ten temat?

Zuza 😉

Wegański obiad Wielkanocny

Wielkanoc – komu nie kojarzy się ona z jajkami, wędliną i białą kiełbaską, pływającą w kwaśnym, aromatycznym żurku?

Czy jako jedyna podnoszę właśnie łapkę, nieśmiało uśmiechając się do obecnego tu zgromadzenia?
To nie pierwsza moja roślinna Wielkanoc. Co roku kombinuję z przepisami i głowię się, co mogę dorzucić do rodzinnej święconki. Marchewki? Dobry plan, niech będą marchewki. I cynamon zamiast soli. I jeszcze trochę czerwonej herbaty.

Pomijając śniadanie – jak wiecie z TEGO wpisu, na śniadania uwielbiam raczyć się owocowymi mieszankami słodkości. Wielkanocne śniadanie z koszyczka raczej mnie nie dotyczy – dopóki nie zdobędę własnego wiklinowego kosza i nie wpadnę na świetne pomysły co do jego wypełnienia. Nie ma co się nad tym skupiać. Trzeba myśleć o świątecznym obiedzie!

Mój roślinny Wielkanocny stół nie będzie przepełniony typowymi, tradycyjnymi potrawami. Nie poddaję weganizacji żurku, nie robię wegańskich jajek. Nie kręcę majonezu, nie gotuję białych kiełbasek.
Postanowiłam zrobić skromny, wegański zestaw obiadowy – pełen aromatów i smaków wiosennych ziół.

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

 

Moja Weganoc,
czyli roślinne wariacje na temat potraw Wielkanocnych!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

Tegoroczne Wielkanocne menu nie jest skomplikowane.
Jak wiecie, nie umiem dobrze gotować. Nie dodaję soli, cukru, rafinowanych olejów do swoich potraw. W tym roku postawiłam na prostotę i ziołowy minimalizm, który (mam nadzieję, że) zaowocuje cudownym, nieskomplikowanym smakiem.

Obok sałatki jarzynowej, na którą przepisu chyba nie muszę podawać, na pewno stanie Bezrybna rybna z Wegilijnego zestawu dań.

☼ Żurkowa ogórkowa.

Kiedy chciałam popełnić własny zakwas okazało się, że nie zdąży on zrobić się do niedzieli. O sztucznych, sklepowych zakwasach nie było mowy.
Uwielbiam zupy, ponieważ bardzo rzadko je jadam. Zrobienie smacznej, roślinnej zupy nie jest trudnym wyczynem – wystarczy przygotować bulion warzywny i dorzucić do niego wybrane dodatki.

Chciałam coś kwaśnego, co zastąpi mi smak żurku w tym roku. Postanowiłam zrobić jałową ogórkową, która pomimo swych bladych nazw jest pełna smakowych barw.

zurkowaogorkowa-1.jpg

 Bulion należy wykonać tak samo, jak ten do wigilijnego barszczu (przepis znajdziecie w linku, który zamieściłam już powyżej!).

zupa.jpg
Wbrew wszelkim pozorom, tofu smakuje wyśmienicie z kwaśnym wywarem – uwierzcie mi i spróbujcie! Antyfani sojowego przetworu, będziecie zdziwieni!

☼ Pieczeń soczewicowa.

O pieczeni (możecie mówić na to pasztet, ja nie lubię tego słowa!) marzyłam od dłuższego czasu. Tę opcję smakową zrobiłam ostatnio bardzo dawno temu i najlepiej wspominam ją spośród wszystkich pieczeniowych kombinacji mojego autorstwa.
Dobre zblendowanie zapewnia kremową konsystencję potrawy. Zapach czerwonej, słodziutkiej papryki przechodzi przez całą pieczeń, nadając jej charakteru.

Najlepiej smakuje po nocy spędzonej w lodówce. Polecam powstrzymać chęć wszamania jej po wyjęciu z piekarnika!

soczewicowapieczen-1.jpg

Jeśli chcecie dodać do soczewicy wybrane przez siebie zioła i przyprawy, polecam to zrobić – jednak z całego serca rekomenduję Wam moją propozycję. Wierzcie, że aromat suszonego, upieczonego lubczyku i świeżej, posiekanej zielonej natki wystarczy, aby zaspokoić Wasze rozszalałe podniebienia, żądne nowych, Wielkanocnych smaków.

pieczen.jpg

Uwagi: Pieczeń w trakcie pieczenia polecam delikatnie skropić wodą. Jeśli chcecie więcej paprykowego farszu, zaleca się wykorzystać dwie pieczone papryki.
Wypiek musi spędzić przynajmniej jedną noc w lodówce – inaczej będzie bardzo kruchy.

☼ Owsiane ciastko marmurkowe.

Nie umiem piec. Po wigilijnym sukcesie z czteroskładnikowym tofurnikiem bez pieczenia (przepisu nie ma na blogu, jeśli chcecie go poznać, piszcie w komentarzach!) bałam się stawiać na nowe, niesprawdzone przepisy.

Po zjedzeniu większości produktów mącznych, męczę się w bólach brzucha. Mój delikatny żołądek lubi się z ciasteczkami owsianymi – wykorzystałam więc bezpieczny pomysł na dwukolorowe – i dwusmakowe! – ciasto z mąki owsianej.

marmurkowe-1.jpg

Konsystencja ciasta powinna być zwarta i lejąca się jednocześnie.
Do mojej mąki dodałam około 2,5 szklanki ciepłej wody.

CIA S.jpg

Proponowany dodatek: Budyń jaglany.

cia g.jpg

Uwagi: Wodę do ciasta należy dodawać turami – najlepiej po pół szklanki za jednym razem. Po każdej dolewce trzeba dokładnie mieszać ciasto.
Warto uważać z sodą – ja dodałam jej dwie małe łyżeczki (naprawdę małe!).
W planach mam próby pieczenia ciasta bez sody. O ich wynikach poinformuję Was, kiedy je podejmę.

Na tę Wielkanoc czaruję pyszne i nieskomplikowane potrawy. Do każdej propozycji polecam dodać jak najwięcej zieleniny – sałaty, szpinaku, kiełków. Ich delikatny smak nie zabije ziołowej nuty dania, a na pewno wzbogaci je o garść zdrowia.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

Na święta Wielkiej Nocy składam Wam, Najdroższe Borsukęsy najgorętsze życzenia radości, pogody ducha i zdrówka. Aby wesoły czas wiosny zaszczepił w Was nowe inspiracje do działania i podejmowania kreatywnych wyzwań.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉

Tablica ogłoszeń: kwietniowe zmiany

Po krótkiej przerwie w blogowaniu uznałam, że jak najbardziej zasługujecie na kilka słów wyjaśnień.

Nie miałam ostatnio czasu na blogowanie – podjęłam pracę, uczęszczam na kurs aktorski. Wbrew moim oczekiwaniom mając tylko jeden dzień wolny w tygodniu, nie zdołałam nadrabiać postów.
Na szczęście (szczególnie dla bloga!) praca okazała się być niewypałem. Będę mogła powrócić do Was, pracować na blogu i publikować posty! Po chwili bez pisania mogę grzecznie przyznać, że bardzo mi tego brakowało 🙂

Zawaliłam miesiąc radości. Na szczęście nie odbiera mi to mocy wnoszenia poprawek w grafik postów!

Kwiecień niechaj będzie miesiącem przeplatanym (każdy wie, skąd jego nazwa? :)). Coś w stylu miesiąca zbiórczego, jednak to ja zdecyduję, o czym napisać.

Jeśli macie propozycje co do tematyki kwietniowych postów, oczywiście możecie je składać w komentarzach. Choć mam już plany na ten miesiąc, Wasze propozycje mogę wcielić w życie w innym terminie (lub dodatkowo, jeśli będzie to superhiper propozycja!).
Z mojej strony możecie liczyć na małą niespodziankę 🙂

KWIETNIOWY ROZKŁAD JAZDY:

4 wpisy; 15, 17, 22, 29

w tym wpis – prezent! 🙂

Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że podwinęła mi się czasowa noga!

Zuza 😉

 

Wiosenne dekoracje #1

Czy tylko mnie nie podoba się aktualna wczesnowiosenna pogoda?
Niebo definitywnie błaga o rozchmurzenie. Nad moją głową wiszą szare chmury deszczowe i tylko psują wiosenne, kolorowe i wesołe nastawienie!

W takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak wprowadzić wiele kolorów do swojego otoczenia. Uporządkować przestrzeń, pokolorować ściany.

Zanim jednak przejdę do treści wpisu, chciałabym Was trzykrotnie przeprosić!
Pierwszy raz: za przeniesienie daty wpisu bez Waszej wiedzy. W grafiku wpisane zostało, że post pojawi się 25.03 – nie wyrobiłam się w czasie i nie zdążyłam go dodać. Przepraszam!
Drugi raz: za niepewną datę kolejnego wpisu. Niewykluczone, że ponownie nie zdążę zrobić wpisu do soboty, dlatego jeśli post się nie pojawi, możecie spodziewać się go w weekend świąteczny – czas, w którym posty miały się nie pojawiać. Przepraszam!
Trzeci raz: za jakość zdjęć, która w tym poście nie powala. Połowę fotografii wykonałam ja – w popołudniowym świetle mieszanym (!), drugą część ekipa siostra Kasia + mama Lucynka (o ich pracy jeszcze będę pisać). Wpis ten jest mieszaniną zdjęć złych z dobrymi, moich z nie moimi, z tłem i bez tła. Przepraszam!

W pierwszej części sprowadzania wiosny na ziemię pokażę Wam, do czego można wykorzystać zapasy bibułki i tektury.

Ktoś kiedyś prosił mnie o tutoriale dla zaawansowanych – niestety, nie tym razem! Obiecuję, że kiedyś się postaram i wymyślę dla Was coś trudnego. To zadanie ciężkie do wykonania – według mnie wszystkie handmade – dekoracje są proste i nie powinny sprawiać problemu nikomu z Was. Post z trudniejszymi dekoracjami będzie prawdopodobnie zawierał naprawdę najtrudniejsze tutoriale, jakie tylko stworzy moja kreatywna łepetyna 😉

Pora przejść do wpisu. Prezentuję Wam…

WIOSENNE DEKORACJE,
czyli jak zachęcić wiosnę do przybycia.

ŚCIANA JAK MALOWANA.

Niezwykły efekt daje wykorzystanie kwiatów w dekoracji. Żywe, sztuczne, bibułkowe – wszystkie sprawdzą się świetnie. Tym razem postanowiłam wykorzystać bibułowe zasoby – cienkie papierki patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem, gdy tylko otwierałam szafkę z przyborami! Prosiły „weź nas, weź nas!” i nie dawały mi spokoju.
Pewnej nocy usłyszałam cichutkie łkanie. Nastawiłam uszy, nasłuchując. To bibułki skamlały, by w końcu je wykorzystać w dekoracji.

Nie miałam sumienia dłużej je męczyć. Razem z mamą – Lucynką (której należy ładnie podziękować w komentarzu za wkład pracy w ten wpis!)  stworzyłam deszcz kwiatów, który zachwyca mnie swą prostotą i efektem.

JAK WYKONAĆ KWIATY Z BIBUŁY?

Potrzebne przybory:

chusteczka higieniczna,
żółta bibułka,
bibułka w dowolnym kolorze,
nitka/sznureczek,
nożyczki.

Wykonanie:

1. Z wyciętego z chusteczki kwadracika formujemy łezkowaty środek kwiatka.

1.jpg

Dlaczego? Z oszczędności! – zamiast używać podwójnej ilości żółtej bibuły, wykorzystamy jedynie jedną jej część.
Jeśli do wykonania środka kwiatka wykorzystamy jednocześnie bibułę, jak i chusteczkę (lub dowolny wypełniacz), będziemy mogli zrobić więcej kwiatków – proste! 🙂

2. Zawijamy chusteczkową łezkę w bibułkę.

3.jpg

3. Z paska w kolorze płatków kwiatuszka wycinamy płatki o dowolnym kształcie i wielkości.

4
4. Owijamy żółty środek wyciętymi płatkami.
Dla bardziej realistycznego, rozłożonego efektu warto jest marszczyć bibułkę na środku papierowej roślinki.

5.jpg

Ważne! Im dłuższy pasek płatków, tym większy, pełniejszy kwiatek uzyskamy w efekcie końcowym!

5. Utworzony kwiat mocno związujemy nitką lub sznureczkiem z tyłu.

W ten prosty sposób można stworzyć uroczo wyglądające kwiaty w dowolnych kombinacjach kolorystycznych.

6.jpg

Jako, że mój pokój ma zielone i szare ściany, zdecydowałam się na kontynuację zielonego motywu na szarej ścianie.
Kwiaty przywiązane do siebie za pomocą szarej nici przykleiłam u góry ściany zieloną taśmą Washi – ona nie powinna uszkodzić farby.

PicsArt_03-29-12.01.47

Czy ten efekt rozczula tylko mnie? Rozradowane bibułki skaczą z radości – na szczęście do zdjęć zgodziły się pozować spokojnie 🙂

PicsArt_03-29-12.02.22


KOSZYK/PUDEŁKO/SŁOIK Z ŁĄKI.

Kolejny pomysł na to, gdzie wykorzystać bibułę i kwiaty.
Kwiaty z bibuły przywiązałam nicią do brzegów czarnego koszyczka (taki koszyczek to pozostałość po przepysznej miechunce, kupionej w Biedronce!).

Podobny efekt uzyskacie, używając kwadratowe pudełko origami, królewskie pudełko origami, słoik dowolnej wielkości, inne pudełka i pojemniki.

Łąka wpełzła na mój stolik – i zejść nie chce!
Ale z niej wiosenny drań!


MISKA/PUDEŁKO Z TEKTURY.

Wprawdzie i ją można ozdobić kwiatami i bibułą – ja tego nie zrobiłam.
To estetyczny i poręczny dodatek na biurka, stoliki, półki. Zdecydowanie pomoże w porządkowaniu, wiosennym sprzątaniu.

Od dawna chciałam wykonać geometryczną miskę z tektury, jednak zawsze brakowało mi miejsca na stoliku – miałam na nim wiele innych pojemników, składana miska nie wpasowywała się w misz-maszowy wystrój blatu.

PicsArt_03-28-11.57.48

Nastała wiosna i na moim stole zapanowała harmonia. Musiałam zakłócić ją geometrycznym pojemnikiem, w którym trzymam Washi i inne tasiemki – najlepsze gadżety do plannerów (i nie tylko!).

JAK WYKONAĆ MISKĘ Z TEKTURY?

Potrzebne przybory:

cienka tektura (np. ta z tyłu bloku rysunkowego),
ołówek,
linijka,
nożyczki,
klej Magik (lub inny dobry klej).

Wykonanie:

1. Na tekturze narysować duży sześciokąt. Wymiary mojego sześciokąta podane są na zdjęciu poniżej.
Rozdzielić go na 24 (w miarę) równe trójkąty. Wysokość jednego trójkąta podana jest na zdjęciu poniżej.

p1.jpg

2. Wyciąć trzy trójkąty z jednej podstawy sześciokąta – dążąc do efektu, zaprezentowanego na zdjęciu poniżej.

p2.jpg

p3.jpg
3. Rozciąć boki według schematu poniżej – linie, które należy naciąć, zaznaczone są kolorem bordowym.

p4.jpg

4. Zagiąć wszystkie (lub większość) boków. Uważnie obserwując tworzącą się miskę, powoli składać ją i sklejać.

p5.jpg

Oto efekt końcowy:

PicsArt_03-28-11.59.47

Przedstawione dekoracje mnie bardzo się podobają. A Wy, co o nich sądzicie?
Dajcie znać, jeśli zdecydujecie się na wykonanie choć jednej z moich wiosennych propozycji.

Mam nadzieję, że dekoracyjne czary zachęcą wiosnę do zapanowania nad złą pogodą. Oby w kwietniu – miesiącu radości zdecydowała się w końcu na konkretne działanie!

Trzymajmy kciuki za sobotni wiosenny post, tymczasem – do poczytania później!

Zuza 😉

P.S.: Dziękuję za pomoc w tworzeniu go od strony technicznej mojej mamie Lucynce oraz siostrze Katarzynie. Bez nich wpis byłby niekompletny, należą im się gromkie brawa!

Dodatkowo obiecuję, że kolejny post na pewno będzie się składał wyłącznie z pracy oraz zdjęć mojego autorstwa 😉

Porządkowanie rysunków + moja kreatywna półka.

Wytrwali czytelnicy, którzy zawędrowali tu z mojego poprzedniego bloga powinni kojarzyć post o pudełku z przyborami.

Na wiosnę lubię robić porządki – właściwie wszędzie. Moje pudełka z przyborami zazwyczaj ogarnia kreatywny bajzel, szczególnie podczas zawziętych prac. Artystyczny nieład trzeba czasami sprzątnąć – oczyścić przyborniki ze zbędnych śmieci, resztek materiałów, kartek, wycinek z gazet i opakowań po zużytych klejach.

Przy okazji wiosennych porządków nie mogłam więc ominąć półki z przyborami. Postanowiłam przejrzeć jej zawartość i pokazać Wam – jak już to robiłam na blogspotowej witrynie, co ciekawego udało mi się znaleźć i używać bardzo często.

1.jpg
NICI. Wszyscy, którzy znają moją pasję do szycia ręcznego, nie będą zaskoczeni moim zbiorem.
Pełny zestaw szpulek nici o różnych barwach i teksturze kupiłam już dawno temu (chyba w Biedronce). Przydają mi się bardzo często i – jak widać, są naprawdę wydajne. Ciężko jest od razu zużyć cały zestaw dostępnych nitek.

TAŚMY, WSTĄŻKI, TASIEMKI. Nie wiem, co bym bez nich zrobiła!
Już wielokrotnie wspominałam Wam o Washi – taśmach z papieru ryżowego, które świetnie sprawdzają się w dekorowaniu. W drewnianej skrzyneczce mam również taśmy materiałowe, wstążki, gotowe kokardki.
Serdecznie polecam chomikować tego rodzaju przybory i przechowywać je w osobnym pudełeczku. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.

2.jpg

PAPIER. Wow, Zuza. Niezłe przybory. Masz papierki w domu. No rewelacja.
Hola-hola, moi drodzy! Jestem posiadaczką pokaźnego zapasu kolorowych papierów o różnej teksturze. Bloki kolorowe zwykłe i techniczne to istny must have, ale nie można zapominać o papierze kredowym, bloczkach z tekturami do scrapbookingu, rolkach papieru dekoracyjnego, czy nawet gotowych kartek do wykonania laurek okazjonalnych. Mała rolka bibułek również jest niezwykle przydatna – o tym przekonacie się już w kolejnym wpisie.

4.jpg

KORALIKI, OZDOBY Z FILCU. Zazwyczaj kupuję je bezmyślnie. Widzę – biorę – jestem zadowolona z zakupu. Wiem, że te drobne elementy szczególnie przydadzą się w odpowiedniej okazji.
Święta? Mam filcowego reniferka. Wiosna? Zielone koraliki są świetną ozdobą. Walentynki? Te serduszka z filcu nadadzą się idealnie.
Nigdy nie wiesz, co przyda Ci się najbardziej podczas wykonywania kreatywnych prac.

Nie wspominam tu o oczywistych przyborach, które używam niezwykle często; ołówkach, nożach i nożyczkach, kredkach, flamastrach. To posiada każdy, nawet niezaawansowany dekorator!

Mowa o porządkach – grzechem byłoby nie wspomnieć o mojej uporządkowanej teczce z rysunkami i galerii prac.
Galerię znajdziecie TU oraz w zakładce u góry bloga.
Niestety problemy techniczne nie zostały pokonane i nadal nie posiadam skanera, dlatego w galerii znajdziecie zdjęcia moich prac.

Uff, wiosenne porządki są wyczerpujące.
Porządkujecie swoje otoczenie na wiosnę? Pamiętajcie z TEGO wpisu, że naprawdę warto jest urządzić generalne sprzątanie!

Zuza 😉

 

UWAGA, CZYTELNICY! Kolejny planowy wpis nie pojawi się w przyszłym tygodniu, a za dwa tygodnie w sobotę.

Produktywność i optymizm na wiosnę

Borsuczki, ten wpis rozpoczyna miesiąc wiosny.

Wspominając posty, które już pojawiły się na blogu, przypominam sobie, że pisanie ich motywowało mnie do pozostania zorganizowaną i w miarę produktywną.

Pisząc o organizacji, częściej otwieram planner w wolne dni. Chętniej rozdzielam swoje obowiązki i wypisuję je na kartkach dziennika. Ściśle trzymam się wyznaczonych sobie obowiązków.

Nie wspominałam Wam o tym wcześniej, ale właśnie dziś zaczyna się mój kurs przygotowawczy na studia. Będzie trwał trzy miesiące.
W tym czasie jak nigdy wcześniej potrzebuję mocnej dawki motywacji, ażeby w pełni wykorzystać swój czas i go nie marnować.

Postanowiłam nabazgrać dla Was post na temat produktywności i dobrego nastawienia, które przydadzą się nam wszystkim w zbliżającym się czasie wiosennym.
Zrobiłam niedługą listę elementów, które zawsze dobrze sprawdzają się na mnie. Kto wie, być może i na Was podziałają moje sposoby?


PLANUJ I PRZESTRZEGAJ PLANÓW.
Ale – broń Boże! – nie wpadaj w obsesję planowania.
Grunt to dobrze rozdzielony dzień.

tyd.jpg

Jeśli podobnie do mnie nie lubisz dokładnie rozplanowywać całego dnia – to jest jak najbardziej okej. Rozumiem cię aż za dobrze.
Sama nie potrafię planować dokładnie. Nie pociąga mnie spis obowiązków od godziny – do godziny. To nie w moim stylu.
Tak samo, jak w rysowaniu, ja uwielbiam nieład i niechlujstwo, więc moje plany dnia właśnie takie są.

Jak bałaganiarsko rozplanować dzień?
Rozdzielmy go na dwie proste części: CZAS NA OBOWIĄZKI CZAS DLA SIEBIE.
Ja oddzielam naukę od obowiązków, dlatego w moim przypadku powstają trzy rubryki.
O tym, że każdą rubrykę należy odpowiednio wypełnić chyba nie muszę tłumaczyć, prawda? Z nadzieją, że z miesiąca organizacji dobrze znacie moje sposoby na planowanie, przechodzę do ważnej sprawy – przestrzeganie planów.

I. Planner na stole. Ewentualnie na biurku, komodzie, etażerce. Na czymkolwiek, co stoi blisko Waszych borsuczych łózek.
Po przebudzeniu od razu widzicie kalendarzyk, co przypomni Wam o obowiązkach na dany dzień. Możecie sięgnąć po niego, gdy jeszcze nie dociera do Was, która jest godzina. Rozpoczęcie dnia od przejrzenia planu powinno ukierunkować Was w trzymaniu się wyznaczonych zasad i pomoże w wyrobieniu nawyku przestrzegania ich.

II. Nawyk. No właśnie, trzeba wyrobić sobie nawyk przestrzegania planu!
Na mnie najlepiej działa estetycznie prowadzony planner i systematyczność. Jeśli świadomie opuszczę jeden (lub nawet kilka!) dni planowania, staram się uzupełnić luki tym, co robiłam danego dnia. Wypisuję sobie wydarzenia tak, jakby były obowiązkami.
Im czyściej prowadzony dziennik, tym chętniej do niego zaglądam. Lubię mieć jasne, konkretne plany wypisane w rozpisce dziennej i kreatywnie-kolorowo prowadzoną rubrykę miesięczną.
Im częściej zaglądacie do plannerów, tym szybciej wyrobicie sobie nawyk – to chyba oczywiste!

III. Szaleństwo. Choć może Wam się wydawać, że jestem najbardziej zorganizowaną osobą w Blogosferze – od razu mówię, że się mylicie. Uwielbiam mieć wszystko dokładnie zaplanowane, brak planu zazwyczaj sprawia, że wariuję z niepewności i powoduje u mnie bezsenność. Bardzo przejmuję się niezaplanowanymi ważnymi wydarzeniami, czy niepewnymi sytuacjami, których nie mogłam wcześniej przewidzieć – i nabazgrać o nich w plannerze.
Jednak jak już wspominałam, i mnie zdarza się zapomnieć o planowaniu na kilka dni! Często nie mam wielu obowiązków w ciągu dnia lub wypełnianie ich przychodzi mi tak naturalnie, że nie potrzebuję planu. Na szczęście szybko uzupełniam swoje rozpiski i powracam do trybu organizacji.

mc.jpg

Jeśli interesuje Was miesiąc organizacji, a nie mieliście okazji się z nim zapoznać – odsyłam was do zakładki PLANOWANIE I PORZĄDKOWANIE. Znajdziecie tam wpisy o plannerach, moich przyborach, postanowieniach noworocznych.

 

DBAJ O PORZĄDEK.
Tym razem nie chodzi mi o porządek w plannerach 😉
Nie uwierzę, że na świecie żyje ktoś, kto lubi pracować w bałaganie. O ile artystyczny nieład na stoliku czasami wzmaga moją kreatywność, bałagan w pokoju zdecydowanie nie pozwala mi na spokojną pracę, naukę, rysowanie – czy nawet pisanie postów na blogu.
Warto jest zadbać o porządek. Ja bardzo lubię sprzątać!
Nie będę się rozwodzić nad tym tematem w tej chwili, ponieważ chyba każdy z nas umie sprzątać, prawda? 😉

 

ŚPIJ.
Ho, Zuza. Ale porada. Nieźle wymyśliłaś, teraz radzisz SPAĆ?
Choć wiem, że wielu z Was na pewno nie ma problemów ze snem, ja należę do grupy sówek. To właśnie pod osłoną nocy czyham na wiedzę i treść najlepszych książek.
Mimo mojego przystosowania do funkcjonowania po zmroku, staram się zasypiać – chociażby nad ranem.

Wiedząc, że mam dużo do zrobienia w ciągu dnia, ustawiam budzik na wcześniejszą godzinę. Nawet, jeśli nie zawsze uda mi się zwlec z łóżka o siódmej (szczególnie, gdy zasnę o szóstej rano!), próbuję się przestawiać na wczesne wstawanie.
To chyba oczywiste, że jeśli chcemy wypocząć, musimy dobrze się wysypiać. To nie wydaje się być trudnym zadaniem – w końcu wystarczy wcześnie zasypiać i wcześnie wstawać!
Sama zdaję sobie z tego sprawę. Im wcześniej wstaję, tym bardziej „wydłuża się” mój dzień – tylko pozornie. Według mnie działa to na zasadzie więcej czasu na nogach – mniej w łóżku.

Choć odeszłam od mojej żelaznej zasady budzenia się o 7:00 w wolne dni, chciałabym do niej powrócić. To zdecydowanie pomaga mi zrobić więcej w ciągu całego dnia, bez odczucia zmęczenia.

 

MIEJ OBOWIĄZKI.
Może i brzmi to śmiesznie, ale naprawdę trzeba mieć obowiązki.
Ile to godzin zmarnowałam, oglądając filmy na Youtube? Okej, mogłabym sobie wybaczyć swoje szaleństwo, gdybym oglądała coś niegłupiego i kształcącego, ale PewDiePie? Cały dzień? lubię pewdsa
Jak ja to planuję?
Pisałam wcześniej o rubrykach. Mam trzy rubryki: obowiązki/nauka/ja.
W dni pracy – dajmy na to: praca nad postem – wypisuję sobie wszystko, co muszę mieć zrobione, by stworzyć post. Plan postu, notatki, zdjęcia, dodatkowy materiał. Tym zajmuję się w ciągu większości dnia pracy nad postem. Staram się nie spędzić dostępnych dwunastu godzin przed ekranem monitora, dlatego zazwyczaj przeplatam swoje obowiązki z oglądaniem Youtube, graniem w gry na telefonie, wycieczkami rowerowymi, zabawą z kotem. Wszystko jest zależne od ilości obowiązków, które muszę odhaczyć.

dlugo-kopia

W dzień wolny, choćbym bardzo chciała, nie mogę nie zaplanować niczego, bo znowu będę oglądać głupie filmiki cały dzień.
Chcąc pozostać w nieskończonym nastroju produktywności, w dni wolne lubię sprzątać, wyszukiwać potrzebne mi informacje, uczyć się, czy chociażby poznawać okolicę, jeżdżąc na rowerze.

Obowiązki popychają do działania. Na pewno nie jestem jedyną osobą, która w momencie, gdy nie ma nic do zrobienia, po prostu nic nie robi.
Niestety (lub stety, w zależności od tego, czy lubicie ten temat!) jest to temat dosyć bliski planowaniu – jak już wspominałam, planowanie było tematem przewodnim stycznia, więc teraz nie będę wylewna, pisząc o tym.

 

ZNAJDŹ CZAS NA PRZYJEMNOŚCI.
Przecież nie tylko produktywność się liczy! Nie tylko obowiązki, które musimy wypełniać! Nie bez powodu w tytule wpisu umieściłam również optymizm.
Idzie wiosna – czeka nas coraz ładniejsza pogoda, być może tak samo jak ja polubicie się z rowerem i postanowicie swój wolny czas spędzić na zewnątrz? Podróżowanie owym jednośladem sprawia wiele frajdy!
Może chcecie towarzyszyć mi w moim wyzwaniu książkowym i uznacie, że świetnie będzie co wieczór sięgać po dobrą książkę?
Jeśli wybierzecie filmy, koniecznie napiszcie mi tytuły projekcji, jakie polecacie. To też dobry sposób na nagrodzenie siebie po pracowitym dniu.

Szczególnie na wiosnę, gdy natura budzi się do życia, warto jest każdy dzień rozpocząć i zakończyć uśmiechem. Obiecajcie mi, że często będziecie starali się uśmiechać, zamiast smucić! Jestem zdania, że optymistyczne nastawienie wiele zmienia w naszym życiu. Krocząc przez nie z uśmiechem, nawet pochmurny dzień stanie się do zniesienia.

 

NIE ZAMYKAJ UMYSŁU I MYŚL POZYTYWNIE!
Nie myśl sobie, że jeśli zmarnujesz cały dzień, oglądając PewDiePie, jesteś totalnym zerem i nie nadajesz się do niczego.
Być może przesadziłam. To bardzo prawdopodobne. Nikt nie pomyślałby źle o sobie po dniu z Youtube. Chciałam przez to powiedzieć, że nawet, jeśli właśnie jesteś w tym samym trybie, co ja – trybie balansu pomiędzy organizacją i produktywnością a siedzeniem na kanapie z telefonem w ręku, nic straconego!
Wszyscy mamy świadomość tego, że nie był to nasz najlepiej spożytkowany czas życia, prawda? Wszyscy wiemy, że wystarczy powrót do dawnych nawyków, by znowu wejść na tory pracy, tak?

Myślenie wiele zmienia. To ogromna siła, jaką mamy! Myśląc negatywnie, przyciągniemy do siebie te złe wydarzenia. Zamkniemy się w kręgu pesymizmu, który będzie nas zjadał z każdą kolejną myślą.
Wystarczy pozytywna myśl, by z niego wyjść. Dla każdego Tomasza, który nie wierzy, że to możliwe – radzę spróbować. Choć raz pomyśl pozytywnie, to zmieni Twoje życie!
Nie wiem, jak Wy, ale ja będę starać się często wracać do motywacji, którą sama dla siebie chciałam napisać.
Czasami każdy z nas potrzebuje bodźca do działania i nie ma w tym nic złego!
Mam nadzieję, że Wy jesteście wytrwali w postanowieniu produktywności i świetnie radzicie sobie bez mojego tekstu. Chętnie poznam Wasze sposoby na pobudzanie siebie do działania – piszcie, co działa na Was najlepiej?

Zuza 😉

Moje owocowe śniadania

Kto nie chciałby każdego ranka raczyć się wspaniałym deserem, jednocześnie dbając o swoje zdrowie i nie szkodząc figurze?

Na pewno każdy wielbiciel słodkości od razu podniósłby obydwie ręce. Zacięty wojownik uniósłby nawet nogi. Wielu z Was od razu dałoby głos.
A wiecie, kto ma takie szczęście?

Weganie. Tak, kochani! To właśnie nam nadprzyrodzona siła, czuwająca nad światem zesłała cud.
To my, weganie – codziennie możemy jeść dużo słodkości, które cudownie wpływają na nasze ciała. Dają mnóstwo energii, nie powodują problemów trawiennych, odżywiają ciało – i umysł.

Owoce – to na ich temat przez długi czas krążyły rozmaite, zazwyczaj nieprzychylne plotki.
Biedni producenci przetworzonych słodyczy oraz media stworzyły mit, który nadal powtarza wiele osób.
Liczenie kalorii, odmawianie sobie wielu pyszności. Ciągłe diety, na które działają tylko i wyłącznie kapsułki-cud. Powtarzanie bzdur o dietach wysokowęglowodanowych, niedożywieniu i braku zdrowia u wegan.

Ci wegetarianie to jeszcze są znośni – jedzą ser, jaja, mleko. Nie pochwalam, ale nie potępiam. Za to weganie?
Choroba psychiczna. Umrą na tych swoich trawkach i warzywkach, bo im szkoda zwierzątka.
Prawdziwy mężczyzna je mięso. Prawdziwa kobieta słucha mężczyzny, który każe jej jeść mięso – i też je mięso.
Chłopakdziewczynanormalnarodzina.
 – hihi! Nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie.

Drogi dobry człowieku, który zgadza się tylko na humanitarne zabijanie zwierząt (!! tak, takie określenia można znaleźć w internecie!). Wiele tracisz, uwierz!

Weganie nie tylko oszczędzają życie zwierząt – przyczyniamy się do mniejszego użycia wody i dwutlenku węgla. Dzięki nam zmniejsza się wycinka lasów oraz wykorzystywanie ziem i zbóż.

Osoby o otwartych umysłach wiele zyskują. Oszczędzają na jedzeniu (tak, weganizm naprawdę nie jest drogi! Naprawdę! Jak Boga kocham. Mówię serio!), odzyskują harmonię ze swoim ciałem i całą ziemią. Jedzenie roślin świetnie wpływa na nasze zzieleniałe cielska. Nie poczujesz, póki nie wypróbujesz – jeśli chcesz wiedzieć, o czym mówię, musisz spróbować!

Spośród wszystkich wegańskich dóbr to właśnie jedzenie deserów każdego ranka jest zachęcającą nagrodą. Szczególnie dla tych, którzy wolą smak od jakości swojego życia – i życia innych istot żywych 😉

Odkąd przeszłam na weganizm i zyskałam większą świadomość tego, co jem, owoce najczęściej goszczą na moim śniadaniowym stole.
Zazwyczaj jest to nieskomplikowana mieszanka tego, na co mam ochotę i co akurat jest dostępne w mojej kuchni. Już wspominałam w TYM wpisie, że kieruję się zasadą słuchania organizmu. Nie wpycham w siebie tego, czego nie chcę = jem to, o co prosi moje ciało.

Wraz z nadejściem coraz cieplejszych dni, mój organizm domaga się owoców i zielonych warzyw. Osobiście najbardziej lubię jak najmniej skomplikowane, surowe posiłki.
Pokażę Wam, co lubię czarować na śniadania – wykorzystując zdrowe składniki.

MISKA OWOCÓW.
Owoce jem w masowych ilościach co lato, nie ograniczając się tylko do śniadaniowej porcji.
Lubię pokroić owoce, które mam w koszyku, obficie posypać je cynamonem – i szamać!
Na zdjęciu widzicie jabłko, pomarańczę, daktyle – ananas jest pod spodem.

OWOCE.jpg

Taka miska daje dużo energii. Nie powoduje u mnie kłopotów z trawieniem (a z moim problematycznym brzuchem łatwo jest nabawić się nieprzyjemnych problemów!), syci na długo i wspaniale smakuje.
Słodka moc witamin. Dziwnie, że nie zielona, prawda? – dla spragnionych zieleniny, prezentuję:

NAJPYSZNIEJSZE SMOOTHIE.

GRUSZKA PIETRUSZKKA.jpg

Mango, szpinak, gruszka i pietruszka.
Natka pietruszki – gwoli ścisłości.
Ten koktajl poznałam dzięki Evelinie z Vegan Island, która dla mnie jest mistrzynią smoothie. Podejmując jej koktajlowe wyzwanie bałam się, że nie polubię żadnego zielonego mixu – a jednak! Coś tam zaskoczyło!
W oryginalnym przepisie oczywiście jest banan i pierwotnie właśnie banany używałam do zrobienia smoothies. Jak już wspominałam w TYM wpisie, nie przepadam za tymi owocami, dlatego używam innych słodkości jako zamienników.

SMOOTHIE BOWL.
To najlepszy śniadaniowy pomysł, na jaki ktoś kiedykolwiek wpadł.
Zamiast pokrojonych owoców lub koktajlu do picia, w ciepłe dni często tworzę smoothie bowl.
Na zdjęciu widzicie egzotyczną propozycję, zrobioną z mrożonego mango, papai, ananasa i melona oraz świeżej pomarańczy.
Lubię mnóstwo dodatków, dlatego u góry widnieje reszta pomarańczy, jabłko, moja domowa granola (przepis: TU), płatki kokosowe i nasionka chia.

SB — kopia.jpg

Od zwykłego koktajlu smoothie w miseczce różni się konsystencją.
Koktajl w smoothie bowl powinien być znacznie gęstszy – dlatego warto jest używać mrożonych owoców i warzyw. Zamiast bananów świetnie sprawdzi się ananas lub mango (oczywiście mrożone!).
Mieszanka smaków w jednej miseczce. Orzeźwiające, odżywiające, sycące śniadanie.
Ulubione na lato!

CRUMBLE.
Crumble kojarzy mi się z typowym deserem owocowym – na szczęście w mojej wersji świetnie nadaje się na śniadanie.
Ja wykonuję swoje crumble, wykorzystując pokrojone owoce i domową granolę.
Wyłożone w naczyniu żaroodpornym owoce posypuję granolą, następnie lekko skrapiam je wodą. Wstawiam do piekarnika na około 15-18 minut, ustawiając temperaturę ok 160-180°C.

CRUMBLE.jpg
OWSIANKA/JAGLANKA/AMARANTUSANKA/RYŻANKA.

Te śniadania powracają w jesieni, królują na moim stole przez większość chłodnych dni.
Wybrane płatki zazwyczaj zalewam wodą i pozostawiam do namoczenia na noc. Kaszę, amarantus, komosę ryżową gotuję w większych ilościach, ażebym nie musiała marnować czasu na stanie przy garnuszku i pilnowanie, by nic się nie przypaliło. i tak zawsze przypalam.
Dorzucam wybrane owoce, czasem masło orzechowe, dodatki, które mam pod ręką.
Zrobienie owsianki chyba nie sprawia Wam problemu, prawda? 😉

***

To wszystkie owocowe propozycje, jakimi postanowiłam się z Wami podzielić.

Był to ostatni wpis w miesiącu zdrowia, jednak mam nadzieję, że Wasza droga z poznawaniem zdrowego odżywiania nie skończy się wraz z nadejściem nowego bloku tematycznego na moim blogu 😉
Starałam się poruszyć ważne kwestie – miałam do wykorzystania jedynie cztery soboty.
Pokazałam Wam, że roślinne odżywianie się jest naprawdę proste i przyjemne. Chciałam w niedługich urywkach tekstu zaprezentować moje podejście do weganizmu oraz osób wyśmiewających weganizm.

Weganizm nie jest tylko dietą roślinną. To styl życia, w którym wyklucza się wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego. Miejcie to na uwadze.

Jeśli chcecie widzieć więcej moich dziennych jadłospisów lub przykładów potraw, zapraszam na mój profil na wegańskiej społeczności: aplikacji Vegan Amino.

IMG_20170222_121452_623.jpg

Jeśli chcecie posłuchać ciekawych słów na temat diety wegańskiej w codziennym życiu, doświadczeń innych osób, zobaczyć, jak wyglądają ich posiłki – polecam Wam kanały na Youtube, które sama najchętniej odwiedzam:

Caitlin Shoemaker
Lauren Toyota
Monami Frost
Vegan Hero
MayaTheBee
Nowa Siła
Jestem Vege
Zuzanna Dziewirz
Weganizator.

***

Mam nadzieję, że moje śniadanie się Wam spodobały.
Macie własne sposoby na owocowe pierwsze posiłki w ciągu dnia?

Zuza 😉

Słodkie kąski na nietłusty czwartek

Oglądając film z przepisem na pączki u Savory or Sweet? uświadomiłam sobie, że tłusty czwartek wypada jeszcze w naszym blogowym miesiącu zdrowia.

Pączków jeść nie mogę – po mące i smażonym jedzeniu prawdopodobnie umierałabym z bólu brzucha. Jednak zazdrość (bo wszyscy coś mają, a ja nie!) zwyciężyła.
Od razu wiedziałam, że muszę coś wykombinować!

Znając mój brak talentu do gotowania uznałam, że powinien to być przepis jak najprostszy. Oczywiście chciałam wyczarować coś zdrowego – bez przetworzonego cukru, oleju, soli i innych składników, które już dawno wyeliminowałam ze swojej diety.

Pierwsza myśl: ciastka. Druga: „czekoladki”. Trzecia: batony.
Rozpoczęłam wyścig z własnymi pomysłami. Meta była w kuchni.
Przejrzałam swoje składniki i w głowie pojawiła się myśl na słodkie kąski, które można dowolnie modyfikować.
Mogą stać się batonami, ciasteczkami. Mogą mieć każdy smak, jaki tylko zapragnie twórca.

Kąski modyfikowane kreatywnością – niechaj to będzie ich nazwa!
Uwierzcie, że smakują pysznie. Są słodkie, miękkie, rozpływają się w ustach – a dodatkowo są naprawdę zdrowe!
Skoro ja podołałam; zrobiłam je i są zjadliwe – to oznacza, że Wy tym bardziej poradzicie sobie z zadaniem wykonania ich po swojemu.

1.jpg

Nadają się na śniadanie, deser, przekąskę na wynos. Cudowna i nieskomplikowana alternatywa batonów dostępnych w sklepach (na przykład tych Dobra Kaloria, o których wspominałam Wam w TYM wpisie!).

Zanim powiem Wam, jak je zrobiłam, odpowiem na pytanie: A co w nich takiego wspaniałego, Sueh? Wyglądają źle. Nazwa też nie zachęca dooo…

STOP, nie mów niczego, byś potem nie żałował, drogi malkontencie!
Warto je zrobić, ponieważ:

A. Są ekstremalnie proste w wykonaniu!
B. Zawierają dokładnie to, co chce dodać kucharz!
C. W ich składzie znajdziemy:

PŁATKI OWSIANE, które mają w sobie nie tylko błonnik, zdrowe tłuszcze i białko, ale także witaminy z grupy B, magnez, żelazo i wiele innych wartości odżywczych. Są sycące, wspomagają trawienie i ponoć działają odmładzająco – to musi być prawda. W ogóle się nie starzeję!
Jedzenie owsianki na śniadanie to prawdopodobnie jeden z lepszych nawyków, jaki możecie sobie wyrobić.
Ja przemycam je w wielu słodkich (i nie tylko!) przekąskach.

AMARANTUS – obiło mi się o uszy, że jest to jedna z najstarszych roślin, jakie były uprawiane na świecie. Łatwo przyswajalne żelazo i wapń, białko, magnez. Znowu błonnik, więc i ten składnik korzystnie wpłynie na trawienie.
Wspomaga organizm w leczeniu stanów zapalnych, świetnie działa na nasz układ odpornościowy. Idealny składnik diety dla osób, które walczą z chorobami układu krążenia.
Ponownie jest to ziarenko dla młodości! Zawiera skwalen – to istny eliksir młodości, opóźniający proces starzenia.

DAKTYLE dają nam mnóstwo energii. One również zawierają moc błonnika, witaminy z grupy B, żelazo, magnez, wapń. Zawierają antyoksydanty – więc również wspierają naszą odporność. Obniżają poziom cholesterolu we krwi, działają zbawiennie na problemy trawienne.
Suszone daktyle niewiele różnią się od świeżych, które ponoć mają nieco więcej witaminy C.

Oczywiście nie opisałam całej zawartości oraz właściwości danych składników. Wybrałam najważniejsze informacje, które warto pamiętać.

Teraz, gdy już macie pewien zarys dobroci kąsków, z czystym sumieniem mogę zaprezentować Wam przepis na…

kaski-kreatywne-1

Lekko słodkie, kokosowe. Kwaskowy posmak soku z cytryny dodaje im nieco charakteru, nie są mdłe – balansują pomiędzy najwspanialszą a najcudowniejszą słodkością świata.

Oblane czekoladą, obsypane kakao, pokrojone, porozrywane – w każdej formie będą świetne. (Najlepsza forma: zjedzone!)
Bardzo polecam dodatek płatków kokosowych; w podpiekaniu zyskują one wspaniały smak i aromat.

Pamiętajcie, żeby w kuchni otworzyć swoją głowę na kreatywność i tworzyć te słodkości po swojemu!

No to jak, Najdrożsi. Ile kąsków zjedliście w nietłusty czwartek? 

Zuza 😉

O moim odżywianiu + kuchenny niezbędnik

Wielu z Was zaciekawił mój tryb życia i odżywiania się.
To jednocześnie radosna, jak i niepokojąca nowina! Dla mnie to nic dziwnego – i niepokoi mnie fakt, że ktoś może być zainteresowany tym, co jem.
Cieszę się zaś z tego, że Wasze zainteresowanie zdrowym jedzeniem wzrasta!

Opowiem Wam dzisiaj (pokrótce) o tym, czym kieruję się, wybierając produkty do spożycia. Przywołam również ciekawą anegdotę oraz przedstawię kilka rzeczy, bez których nie potrafię się obejść w ciągu dnia.

SŁUCHANIE ORGANIZMU.
Nie od zawsze odżywiałam się zdrowo, choć zależy, co postrzegacie za zdrowe jedzenie.
Teraz umiem już słuchać potrzeb swojego ciała i wiem, że tryb, który przyjęło, bardzo mu służy!
Aby wyjaśnić Wam, jak słucham próśb organizmu, podam Wam przykłady z przeszłości – co jadłam na przestrzeni kolejnych pór roku.

Zazwyczaj mój organizm domaga się sezonowych warzyw i owoców.
Jesień i zima to dla mnie czas strączków i warzyw korzeniowych. Jem dużo fasoli, marchwi, buraków. Owoce, które spożywam w tym czasie to głównie jabłka, mandarynki. Często sięgam po zamrożone owoce, na które mam ochotę zawsze (truskawki, wiśnie, maliny).

Na wiosnę rozpoczyna się u mnie czas świeżych warzyw. To właśnie wtedy odczuwam chęć zjedzenia pomidora! 🙂
Na moim talerzu gości wiele zielonych elementów – często wyjętych z zamrażarki.
Brokuły, brukselka, fasolka szparagowa. Z owoców lubię podjadać kiwi, rodzynki, nadal ulubione zamrożone owoce. Nie zapominam o nowalijkach.

Lato to typowo owocowy czas! Wakacyjne dni są pełne świeżych truskawek, malin, brzoskwiń, pomidorów. W lato zazwyczaj sięgam po awokado, na które w ciągu roku nie mam ochoty.

Nigdy nie jem tego, czego nie chcę. Nie wysłuchuję porad dietetyków, znawców i specjalistów w tematyce odżywiania.
Mam dużo energii, nie choruję. W wynikach badań jeszcze nigdy nie było mi dane zobaczyć informacji o niedoborach.
Mój sposób jest dla mnie idealny!

PRZYRZĄDZANIE POTRAW.
Nie umiem gotować, więc nie spędzam całych dni w kuchni.
Nie używam olejów, soli i cukru. Mąka i produkty mączne są naprawdę rzadkim gościem na moim stole.
Uwielbiam surowe warzywa, niegotowaną marchew, chrupiące buraki.
Gotuję głównie strączki – bez dodatku soli. Zamrożone warzywa rozmrażam na parze.
Gotowanie konkretnych potraw jest u mnie rzadkością, robię to w razie ważnych okazji i świąt.
W tym temacie nie mam do dodania nic więcej.

HISTORIA Z WAKACJI.
Po dziś dzień z rozbawieniem wspominam wyjazd do Zakopanego. Te chwile idealnie obrazują to, że moje ciało domaga się tylko świeżych, nieprzetworzonych potraw.

Pamiętam, że na wyjazd zabrałam ze sobą czystoziarnisty chleb własnej roboty, dwa batony Dobra Kaloria, pięć małych batoników daktylowych i jakieś wafle ryżowe z przyprawami.
Przez kilka godzin czułam się dobrze. Podróż pociągiem była męcząca i czułam, że mam po niej mniej energii, niż rano. Dostarczałam sobie sił zabranymi przekąskami.

Zwiedzanie ulic górskiego miasteczka było dla mnie męczarnią! Ból brzucha nie dawał mi spokoju – mogłam siedzieć bez ruchu lub chodzić i jęczeć. Byłam zmuszona wybrać drugą opcję. Co jakiś czas potrzebowałam przystanku, by ulżyć swojemu ciału w rozdzierającym cierpieniu!
Nic mi nie pomagało. Piłam dużo wody, robiłam przerwy w spacerach. Ból nie ustępował.

Lekiem na cierpienie okazał się być świeżo wyciskany sok, cudem zdobyty na Gubałówce. Po chwili dał mi mnóstwo energii. Humor wrócił! Po około półgodzinnej przerwie od spacerów – ból minął.
Z entuzjazmem dokupiłam porcję świeżych owoców, które pochłonęłam z ogromną radością.
Do dziś wspominam ten piękny dzień – w którym uświadomiłam sobie, że mój organizm błagał o pomoc, kiedy nie dostarczyłam mu trawy.

Ta anegdota jest wspaniałą lekcją – nie tylko dla mnie. Mam nadzieję, że i Wy wyniesiecie z niej ciekawe informacje. Przede wszystkim warto jest jeść jak najbardziej zdrowo! Po pewnym czasie ciało samo domaga się odpowiednich elementów posiłku. Brawo, trawo!

KUCHENNY NIEZBĘDNIK.
Po jakże długim wstępie pełnym informacji, przechodzę do kuchennego niezbędnika – czyli tego, co oprócz warzyw i owoców gości na moim talerzu (i w żołądku) bardzo często.

Siemię lnianePoznałam je kilka lat temu, kiedy bardzo pragnęłam zapuścić włosy – a te jak na złość odmówiły posłuszeństwa i przestały rosnąć. Początkowo zjadałam kisiel z ziarenek raz dziennie, potem przerzuciłam się na zmielone siemię. Teraz ziarenka dosypuję do każdego posiłku (z umiarem!), zaś lniany proszek piję na wieczór, po kolacji.

siemię.jpg

Siemię lniane nie tylko usprawnia porost moich włosów, lecz także pomaga mi w problemach z jelitami i bólem brzucha. Świetnie wspomaga trawienie!
Właściwości ziarenek lnu możecie poznać na każdej stronie internetowej, nie będę się nad tym rozwodzić długo. Na pewno warto jest wzbogacić swoją codzienną dietę o pełne witamin i błonnika malutkie ziarenka!

PrzyprawyChyba nie będziecie zdziwieni – najbardziej uwielbiam pieprz czarny i cynamon.
Lubię ostre smaki, przez co pieprz dodaję w masowych ilościach do każdej warzywnej potrawy. Cynamon króluje przy śniadaniach, nie wyobrażam sobie dziennej porcji jabłek bez niego!

przyprawy.jpg

Świetnym dodatkiem jest też papryka wędzona (dostępna w praktycznie każdym sklepie spożywczym). Roślinny sos pomidorowy bez niej nie jest tak dobry.
Dzięki jej posmakowi nie muszę już przypalać garnków! Kuchenna rewolucja wprowadzona przy pomocy jednej szczypty czerwonego proszku.
Lubię używać dużo ziół (w szczególności lubczyk, majeranek, zielona pietruszka), często dodaję do potraw szczyptę kurkumy.

Suszona włoszczyzna. To dobry dodatek do potraw, świetna posypka na strączki i niezła przekąska!
Suszona marchew, pietruszka zielona (i jej korzeń też!), por, pasternak, seler. Naturalne składniki naturalnej przyprawy.
Równie dobre okazały się być suszone buraki. Mają niesamowity zapach i smak, od pewnego czasu dosypuję je do każdej potrawy.

susz.jpg

Odkąd odkryłam włoszczyznę suszoną, nie wyobrażam sobie fasoli bez niej. To świetne urozmaicenie smaku – może banalne, może nie pasujące do siebie, ale na pewno smaczne.

Daktyle. Choć nie jadam ich codziennie, świetnie sprawdzają się jako słodzidło owsiankowych zupek „mlecznych”, karmelki na słodyczowego głoda, czy chociażby przekąska zbrakulaku.

daktyle.jpg

Bardzo słodkie owoce, którymi w liceum starałam się zachęcić koleżanki i kolegów do jedzenia suszonych pyszności. Mogą być bazą do własnych zdrowych batonów, uzupełnieniem słodyczy w wypiekach, aż za bardzo słodkim dżemem. Z daktylami każdy potrafiłby się obejść – suszonymi, jak i świeżymi. Polecam obydwie (bardzo do siebie podobne) wersje!

Napoje. Znowu byłam Tomaszem, póki nie sprawdziłam tego na sobie.
Odpowiedni poziom nawodnienia znacznie poprawia samopoczucie. Naprawdę w to nie wierzyłam!
Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez wody. W ciepłe dni uwielbiam pić rano słoik wody z cytryną, do której często dodaję pyszne kawałki pachnącego imbiru.

woda.jpg

Moim dużym uzależnieniem jest czerwona herbata. Pokochałam ją jeszcze w gimnazjum i od tamtej pory nie potrafię się z nią rozstać! Mimo, że przebarwia zęby i nie jest uznawana za najzdrowszą, dla mnie jest świetnym zamiennikiem kawy (choć zupełnie nie czuję obiecanego poherbatowego pobudzenia). Mówi się, że świetnie działa na odchudzanie. Być może, ja nie zauważam niepożądanych efektów.

herbata.jpg

To cała lista rzeczy niezbędnych w moim codziennym odżywianiu.
Pamiętajcie, że największą część zdrowego wegańskiego jedzenia wypełniają warzywa i owoce!

Dieta wegańska oczywiście nie musi być ultrazdrowa – to wybór weganina, czy odżywia się zdrowo, czy korzysta z „dobroci”, czyli żywieniowych wynalazków dzisiejszego świata.
Jak już wspominałam, sama lubię testować nowe smaki, jednak nie robię z wypadów do roślinnych knajpek reguły i tradycji. Odwiedzenie pizzerii raz w roku chyba wystarczy, prawda? 🙂

Macie własne propozycje zdrowych dodatków do potraw, które mogłabym wypróbować?

Zuza 😉