Wegańskie wtorki: 5 wad weganizmu

Post ten jest obiecaną odpowiedzią na wpis o przeciwnym temacie – 5 ZALET WEGANIZMU.

Wszystko ma swoje wady i zalety. Nawet najszczęśliwsza droga, najlepszy wybór, najznakomitsze dokonania posiadają swoje ciemne strony. Piękna pogoda wiąże się z nieznośnym gorącem, a wspaniałe dzieło skrywa w swym cieniu czas poświęcony na tworzenie go – który można było wykorzystać inaczej, produktywniej. Chyba czaicie, o co mi chodzi.

Czwarty rok weganizmu, czyli moje wegańskie urodziny zbliżają się wielkimi krokami. Poznałam wiele zalet i wad wybranej przeze mnie drogi. Czas na to, by podzielić się z Wami wegańskimi wadami.

zdj

5 WAD WEGANIZMU,
czyli czarna strona jasnej strony mocy.

To niepokojące, że wady o wiele szybciej przychodzą do mojej głowy, niż zalety. Pocieszam się myślą, że to przez natłok zalet weganizmu nie wiedziałam, które wyciągnąć na piedestał, jako najważniejsza dla mnie piątka. Sądzę, że to całkowita prawda.
Analogicznie do postu przeciwstawnego, wymienię wady w kolejności, w której wbijają mi się w myśli – w końcu ten post opiera się na mojej opinii!
Pytania.
Nie znam weganina, który ma na tyle mocne nerwy, ażeby znieść bez szwanku pytania, które stawia nam otoczenie. Co tak w ogóle jesz? A robisz badania? Dlaczego nie pijesz mleka, przecież krowę boli, jak jej nie wydoisz? Jadłaś coś dzisiaj? Jajek też nie jesz? A ryby? A miód? A białko to…
Stop. Sama myśl o tych pytaniach nie może wyprowadzić mnie z równowagi!
Ja rozumiem, że nie każdy wie wszystko i to naprawdę miłe, że tak wiele osób interesuje się moim stylem życia, ale powtarzanie non stop tych samych kwestii może być irytujące, wierzcie. Szczególnie, że to nie jest średniowiecze a weganizm nie jest popularny od wczoraj. Rośliny może jeść każdy z nas. I każdy z nas może czerpać z nich to samo. Proste.

Komentarze.
Do tego właściwie idzie się przyzwyczaić, wiecie? Kiedyś byłoby mi przykro, gdybym usłyszała to, co słyszałam nie tak dawno z ust mojego ojca czy kogokolwiek.
Komentarze w stylu: Masz co jeść, w końcu kiełbasa jest w lodówce!, Przecież weganie wiedzą, że normalni ludzie jedzą mięso… albo Pani nie je ciasta, więc mam dla pani… kwiatuszek, smacznego. – nie świadczą źle o mnie, lecz o rozmówcy, z którym nieszczęśliwie wdałam się w rozmowę.
To, że ludzie mają mnie za wariatkę naprawdę mnie już nie rusza. Nie wiem, co dziwnego i niecodziennego jest w niewykorzystywaniu zwierząt dla własnego dobra – dla mnie dziwne jest spożywanie tkanek, ciała zabitych istot, picie wydzielin z wymion ssaków (które nie są wytwarzane z myślą o człowieku), noszenie części garderoby, wykonanych ze skór zwierzęcych.
Odczuwanie przyjemności z jedzenia zwierząt? To dopiero dziwne!

Świadomość.
Nie pomyliliście się, widzieliście już to słowo wśród zalet.
To ten plus, który kryje za sobą wiele minusów.
Wspaniale jest mieć świadomość tego, że robię wszystko co w mojej mocy, by zmniejszyć cierpienie niewinnych istot. Nie przyczyniam się do masowego mordu, wykorzystywania zwierząt. Jednakże… niestety, ta duża i poszerzająca się świadomość niesie za sobą moje cierpienie.
Uważam za normalne przejmowanie się losem niewinnych istot, które giną przez głupotę, zapatrzenie na siebie i wyimaginowane potrzeby ludzi. Normalny jest ból serca, kiedy myślę o kurach zamykanych masowo w niewielkich klatkach (swoją drogą, produkcję drobiu mogę obserwować z całkiem bliska). To, że czuję się nieswojo z myślą o krowach, które bestialsko wykorzystuje się do przymusowej produkcji mleka, jest jak najbardziej prawidłową reakcją. To wszystko mnie boli, najzwyczajniej w świecie boli mnie niesprawiedliwość.
Dobrze jest mieć świadomość i móc angażować się w działania wychodzące na przeciw bestialstwu. Jednak co się dowiedziało, tego się już nie oddowie i z czarno białą wizją świata muszę żyć na co dzień.

Ciężki plecak.
Owszem, dookoła pojawia się coraz więcej knajp i lokali z opcjami wegańskimi – lub w pełni wegańskich, jednak nie każde miasto w Polsce jest przyjazne weganom.
Często jestem zmuszona zabierać dużo prowiantu na wynos lub jeść na zapas – jeść chwilę wcześniej, by nie odczuć głodu od razu po wyjściu z domu.
Psst! W sekrecie powiem, że mam już opracowane swoje life hacki ratujące życie, kiedy jestem poza domem. Chcecie je poznać? Piszcie w komentarzach!

Opinia.
Znowu wada, która skupia się głównie na podejściu ludzi wobec weganizmu. To naprawdę uciążliwe – wszyscy jesteśmy ciągle oceniani, jednak mam wrażenie, że istnieje osobny system ocen dla wegan:

a) weganie oceniają wegan – co i ile jemy, czy czytamy składy, ile co ma cukru, TO SMAŻONE!, etc., etc.
b) nieweganie oceniają wegan – co i ile jemy, CZY JEMY SMAŻONE??, jak bardzo szczupli jesteśmy, bo weganie powinni być szczuplejsi, a ty d o b r z e wyglądasz, etc., etc.

Od razu zaznaczam, że opisuję przypadek normalnego weganina (dobry żart, czekam na salwy śmiechu), który nie stara się na siłę odwrócić o 180 stopni sposobu na życie każdego spotkanego nieweganina. Być może nie jestem w pełni zrównoważona, jednak nie narzucam innym weganom mojego stylu odżywiania się, nie zabraniam im jeść potraw z patelni i nie wyrywam im batona z cukrem z ręki. Pod tym względem pilnuję tylko siebie.

Mam nadzieję, że również pod tym postem znajdą się weganie, którzy będą chcieli wypowiedzieć się w temacie wad naszego trybu życia.
Co was wpienia w weganizmie? Czy Wasze spostrzeżenia pokrywają się z moimi?

Zuza 😉

Reklamy

Wegański obiad Wielkanocny

Wielkanoc – komu nie kojarzy się ona z jajkami, wędliną i białą kiełbaską, pływającą w kwaśnym, aromatycznym żurku?

Czy jako jedyna podnoszę właśnie łapkę, nieśmiało uśmiechając się do obecnego tu zgromadzenia?
To nie pierwsza moja roślinna Wielkanoc. Co roku kombinuję z przepisami i głowię się, co mogę dorzucić do rodzinnej święconki. Marchewki? Dobry plan, niech będą marchewki. I cynamon zamiast soli. I jeszcze trochę czerwonej herbaty.

Pomijając śniadanie – jak wiecie z TEGO wpisu, na śniadania uwielbiam raczyć się owocowymi mieszankami słodkości. Wielkanocne śniadanie z koszyczka raczej mnie nie dotyczy – dopóki nie zdobędę własnego wiklinowego kosza i nie wpadnę na świetne pomysły co do jego wypełnienia. Nie ma co się nad tym skupiać. Trzeba myśleć o świątecznym obiedzie!

Mój roślinny Wielkanocny stół nie będzie przepełniony typowymi, tradycyjnymi potrawami. Nie poddaję weganizacji żurku, nie robię wegańskich jajek. Nie kręcę majonezu, nie gotuję białych kiełbasek.
Postanowiłam zrobić skromny, wegański zestaw obiadowy – pełen aromatów i smaków wiosennych ziół.

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

 

Moja Weganoc,
czyli roślinne wariacje na temat potraw Wielkanocnych!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

Tegoroczne Wielkanocne menu nie jest skomplikowane.
Jak wiecie, nie umiem dobrze gotować. Nie dodaję soli, cukru, rafinowanych olejów do swoich potraw. W tym roku postawiłam na prostotę i ziołowy minimalizm, który (mam nadzieję, że) zaowocuje cudownym, nieskomplikowanym smakiem.

Obok sałatki jarzynowej, na którą przepisu chyba nie muszę podawać, na pewno stanie Bezrybna rybna z Wegilijnego zestawu dań.

☼ Żurkowa ogórkowa.

Kiedy chciałam popełnić własny zakwas okazało się, że nie zdąży on zrobić się do niedzieli. O sztucznych, sklepowych zakwasach nie było mowy.
Uwielbiam zupy, ponieważ bardzo rzadko je jadam. Zrobienie smacznej, roślinnej zupy nie jest trudnym wyczynem – wystarczy przygotować bulion warzywny i dorzucić do niego wybrane dodatki.

Chciałam coś kwaśnego, co zastąpi mi smak żurku w tym roku. Postanowiłam zrobić jałową ogórkową, która pomimo swych bladych nazw jest pełna smakowych barw.

zurkowaogorkowa-1.jpg

 Bulion należy wykonać tak samo, jak ten do wigilijnego barszczu (przepis znajdziecie w linku, który zamieściłam już powyżej!).

zupa.jpg
Wbrew wszelkim pozorom, tofu smakuje wyśmienicie z kwaśnym wywarem – uwierzcie mi i spróbujcie! Antyfani sojowego przetworu, będziecie zdziwieni!

☼ Pieczeń soczewicowa.

O pieczeni (możecie mówić na to pasztet, ja nie lubię tego słowa!) marzyłam od dłuższego czasu. Tę opcję smakową zrobiłam ostatnio bardzo dawno temu i najlepiej wspominam ją spośród wszystkich pieczeniowych kombinacji mojego autorstwa.
Dobre zblendowanie zapewnia kremową konsystencję potrawy. Zapach czerwonej, słodziutkiej papryki przechodzi przez całą pieczeń, nadając jej charakteru.

Najlepiej smakuje po nocy spędzonej w lodówce. Polecam powstrzymać chęć wszamania jej po wyjęciu z piekarnika!

soczewicowapieczen-1.jpg

Jeśli chcecie dodać do soczewicy wybrane przez siebie zioła i przyprawy, polecam to zrobić – jednak z całego serca rekomenduję Wam moją propozycję. Wierzcie, że aromat suszonego, upieczonego lubczyku i świeżej, posiekanej zielonej natki wystarczy, aby zaspokoić Wasze rozszalałe podniebienia, żądne nowych, Wielkanocnych smaków.

pieczen.jpg

Uwagi: Pieczeń w trakcie pieczenia polecam delikatnie skropić wodą. Jeśli chcecie więcej paprykowego farszu, zaleca się wykorzystać dwie pieczone papryki.
Wypiek musi spędzić przynajmniej jedną noc w lodówce – inaczej będzie bardzo kruchy.

☼ Owsiane ciastko marmurkowe.

Nie umiem piec. Po wigilijnym sukcesie z czteroskładnikowym tofurnikiem bez pieczenia (przepisu nie ma na blogu, jeśli chcecie go poznać, piszcie w komentarzach!) bałam się stawiać na nowe, niesprawdzone przepisy.

Po zjedzeniu większości produktów mącznych, męczę się w bólach brzucha. Mój delikatny żołądek lubi się z ciasteczkami owsianymi – wykorzystałam więc bezpieczny pomysł na dwukolorowe – i dwusmakowe! – ciasto z mąki owsianej.

marmurkowe-1.jpg

Konsystencja ciasta powinna być zwarta i lejąca się jednocześnie.
Do mojej mąki dodałam około 2,5 szklanki ciepłej wody.

CIA S.jpg

Proponowany dodatek: Budyń jaglany.

cia g.jpg

Uwagi: Wodę do ciasta należy dodawać turami – najlepiej po pół szklanki za jednym razem. Po każdej dolewce trzeba dokładnie mieszać ciasto.
Warto uważać z sodą – ja dodałam jej dwie małe łyżeczki (naprawdę małe!).
W planach mam próby pieczenia ciasta bez sody. O ich wynikach poinformuję Was, kiedy je podejmę.

Na tę Wielkanoc czaruję pyszne i nieskomplikowane potrawy. Do każdej propozycji polecam dodać jak najwięcej zieleniny – sałaty, szpinaku, kiełków. Ich delikatny smak nie zabije ziołowej nuty dania, a na pewno wzbogaci je o garść zdrowia.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

Na święta Wielkiej Nocy składam Wam, Najdroższe Borsukęsy najgorętsze życzenia radości, pogody ducha i zdrówka. Aby wesoły czas wiosny zaszczepił w Was nowe inspiracje do działania i podejmowania kreatywnych wyzwań.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉