DIY dla mola książkowego #2

Z zeszłorocznego wpisu na temat zakładek dobrze wiecie, że lato jest dla mnie porą szczególnie obfitą w lektury.

Każdego roku zarywam nocki, żeby tylko zapoznać się z kolejnymi przygodami moich ukochanych bohaterów. To nie moja wina, że najbardziej lubię towarzyszyć Myronowi w nocy!

Mam nadzieję, że moje małe inspiracje ponownie zachęcą Was do wykonania własnej poręcznej i ozdobnej zakładki.
Przetrwajcie do końca wpisu, ponieważ czeka tam na Was niewielka niespodzianka 🙂


ZRÓB TO SAM, MOLU!

inspiracje dla zaciętych czytelników

ZAKŁADKA Z JELENIEM.
Wystarczy spojrzeć na baner bloga. Jeleń to mój znak rozpoznawalny. Widnieje u góry strony, na kartkach z przepisami do wydruku, na wielu moich szybkich szkicach i kartkach wszystkich dzienników.

Zdecydowałam, że ta zakładka będzie miała okrągły kształt. Starałam się równo wyciąć naszkicowane wcześniej koło z tektury po to, by nakleić na nie kremowy, gładki papier (po dwóch stronach). Farbkami wodnymi w stonowanych odcieniach brązu i beżu zrobiłam kilka paców pędzlem.
Na wyschniętym tle naszkicowałam głowę jelenia, po czym wypełniłam ją figurami geometrycznymi, posługując się czarnym cienkopisem.
Otwór na sznurek lub wstążkę wycięłam dziurkaczem.
Odczekałam, aż tusz dobrze wyschnie, po czym nałożyłam dwie ochronne warstwy lakieru akrylowego na zakładkę.

jel.jpg

Porady:
1. Jeśli nie macie lakieru akrylowego, za wierzchnią warstwę ochraniającą dzieło może posłużyć rozcieńczony klej introligatorski lub akrylowy.
2. Należy długo czekać po klejeniu kartek oraz nakładaniu każdej z napigmentowanych warstw. Zakładkę najlepiej robić przez trzy dni – skleić – namalować – narysować. Dopiero po trzech dniach warto ochraniać ją lakierem – jak widać mój tusz się nieco rozmazał, ponieważ nie byłam cierpliwa i nie odczekałam do kolejnego dnia.

ZAKŁADKA PILNEGO UCZNIA.
Przyda się nie tylko w szkole. Idealnie sprawdzi się w dziennikach, plannerach. Dobry gadżet dla wielbicieli zakładek indeksujących.

Do jej wykonania przyda się farba tablicowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że jej zakup kłóciłby się z moimi zasadami oszczędzania, dlatego zdradzę Wam mój sekret na zrobienie własnej farbki, za którą zapłacicie znacznie mniej!

Typowy dla zakładek prostokątny fragment tektury pokryłam z jednej strony farbą tablicową domowej roboty. Odczekałam do wyschnięcia, po czym nałożyłam kolejną warstwę.
Z drugiej strony zakładki zdecydowałam się nakleić czarną tekturę.
Po porządnym wyschnięciu zakładkowej konstrukcji na przyklejonej tekturze umieściłam kilka niewielkich, kolorowych zakładek indeksujących.

szk tyl.jpg

Jak zrobić farbę tablicową?
Potrzebne przybory:
farba akrylowa,
mąka kukurydziana.

Wykonanie:
Farbę akrylową wlać do (najlepiej) szklanego pojemnika. Wsypać niewielką ilość mąki kukurydzianej, dobrze wymieszać.
UWAGA! Nie potrafię określić proporcji farby do mąki. Konsystencja powinna być nieco gęstsza od zwykłej farbki. Należy porządnie rozmieszać mąkę w farbie, ażeby nie powstały duże grudki.
Do stworzenia farby tablicowej nada się również talk, mąka ziemniaczana, mąka owsiana. Można kombinować z innymi rodzajami mąk – i pisać o efektach w komentarzach 🙂

szk front.jpg
ZAKŁADKA FANKI.
Dobrze mnie znacie, więc chyba Was to nie dziwi? Ponownie postanowiłam wykonać zakładkę fanowską. Tym razem zdecydowałam się umieścić na niej postać Victora z Yuri! on Ice.

Na kwadratowy wycinek tektury nakleiłam jasny kremowy papier.
Tło zakładki namalowałam błękitną farbką wodną. Po wyschnięciu farby naszkicowałam szybki portret Victora. Wypełniłam podobiznę kolorowymi farbkami wodnymi, poprawiłam kontury ołówkiem. Otwór na wstążkę wycięłam dziurkaczem. Ozdobny brelok zrobiłam z wstążki, kolorem najbardziej odpowiadającej kolorowi włosów Victora (czyli platynowej 😉).
Całość pokryłam ochronną warstwą lakieru akrylowego – po dokładnym sprawdzeniu, czy zakładka z podobizną mojego ulubieńca jest mocno przeschnięta.

victor.jpg
BRELOK MOLA KSIĄŻKOWEGO.
Oto i niespodzianka dla wytrwałych.
Oprócz zakładek zdecydowałam się spróbować swoich sił w wytwarzaniu breloczków.
Handmade – brelok musi spełniać dwie funkcje:

  1. Być najpiękniejszy na świecie,
  2. Być trwały i niezniszczalny.

Starałam się jak mogłam. Mój minibreloczek z pewnością nie zniszczy się szybko.

Okładkę małej książki zrobiłam z niewielkiego kawałka czarnej, sztywnej tekturki o wymiarach podanych na zdjęciu poniżej.

br okl.jpg

Jak widać na powyższym zdjęciu, przed wycięciem okładki rozrysowałam jej plan bezpośrednio na tekturze. Po wycięciu zagięłam okładkę, by sprawdzić, czy została odpowiednio wymierzona.

Wnętrze breloczka wykonałam z wielu kawałków białego papieru o wymiarach takich, jak górna i dolna część okładki – podanych na zdjęciu poniżej.

br kar.jpg
Na wewnętrzną stronę minigrzbietu książeczki nalałam porządną porcję kleju a’la kropelka. Włożyłam wkład, starając się robić to równo i nie wylewając kleju poza wnętrze książki.

br kart.jpg

Zanim wzięłam się za ozdabianie czarnej okładki, malutkim gwoździkiem wybiłam otwór na kółko breloka w górnym rogu książeczki.

Okładkę ozdobiłam dwiema literami alfabetu runicznego. Nakreśliłam je białym żelopisem.
Gdy tusz dobrze wysechł, okładkę książeczki pokryłam ochronną warstwą lakieru akrylowego. Po wyschnięciu nałożyłam kolejne cztery warstwy. Założyłam kółko do zawieszki – i gotowe!
Brelok może wisieć przy kluczach, suwaku piórnika czy torby. Wygląda mrocznie i tajemniczo. Co mogą oznaczać dwie literki umieszczone na okładce? 🙂

br cal

br kol.jpg
Widzicie? Jestem molem książkowym i mimo to wytwarzam wszystko, co tylko wpadnie mi do łepetyny. Wy również możecie.
Może macie ochotę wykonać własne minidzieła użytkowe? Jeśli nie dla siebie – przynajmniej zróbcie je dla kogoś bliskiego. Takie urocze upominki muszą zachęcać do zawziętego czytania!

Zuza 😉

Wegańskie wtorki: Grillowanie

Wesołym, kolorowym, pyszno-warzywnym postem, przepełnionym inspiracjami witam Was wszystkich w nowej serii blogowej.

Wegańskie wtorki będzie serią bogatą w inspiracje zdrowokulinarne, porady, pogadanki i relacje – wszystko na temat diety roślinnej i weganizmu.
Posty nie będą pojawiać się co tydzień, ale można się ich spodziewać we wtorki. Seria iście freelance’owa.

Jak podano w tytule, w dzisiejszym wpisie opowiem Wam o moim grillowaniu.

IMG_20170503_111432308_BURST001.jpg
Wiosna. Rozżarzone węgle śnią się każdemu wielbicielowi grillowania. Jak się okazuje – również ja bardzo lubię przyrządzać swoje posiłki na ruszcie!

Weganie i osoby na dietach roślinnych zapewne nie mają dużego wyboru. Przysmaki z grilla dla wegan? Sałatka. Sałatka z trawy i kamieni.
Hola-hola, chyba tak nie myślicie? 🙂

Grillowane warzywa to najprostsze i bardzo zdrowe danie, które my – weganie, możemy przyrządzić na grillowej kracie. Sama najbardziej lubię cukinię, paprykę i pieczone pomidory – najlepiej bez żadnych dodatków!

Tym razem rozpoczęłam sezon na grilla istną ucztą. Co znalazło się na moim papierowym talerzyku?

SAŁATKA.
Ale nie taka z trawy i kamieni. Moja sałatka była wielką improwizacją.
Świeży szpinak (z ogródka!), pomidor, resztka tofu, surowe białe szparagi, trochę suszonych buraków, zioła i pieprz mielony.

sal.jpg

Ożywiła smak grillowanych potraw, choć moje pyszności nie zabijały mnie sobą; nie czułam się ociężała, mimo najedzenia. Moi drodzy, Natura obdarowała nas wspaniałym prezentem – w postaci świeżych warzyw i owoców! Trzeba wykorzystywać je na grillu – bądź w sałatce.

SZASZŁYKI.
To chyba najprostsze (po sałatce) danie, jakie można przygotować w dosłownie pięć minut. Podpiekają się niedługo – bo wystarczy chwila, by warzywa przejęły ciepło żaru i delikatnie się zarumieniły.

szasz.jpg

Jak widać, ja preferuję delikatne podpieczenie. Zdecydowanie wolę, gdy warzywa zachowują swoją chrupkość.
Co nabiłam na cienkie patyczki? Jak widać, były to następujące dobroci: cukinia, tofu, pomidor, papryka, bakłażan. Szaszłyki oprószyłam tymiankiem i oczywiście sypnęłam pieprzem – do smaku.

Na chlebie mego życia – bakłażanie, możecie zauważyć…

SOS.
Choć jest to dodatek do grillowanych dań, warto poznać nań przepis, ażeby uzyskać pełny zestaw roślinno-grillowy u siebie na ruszcie.

sosior-1

Dobry przecier pomidorowy cechuje się wysoką zawartością pomidorów w składzie – i najlepiej, by był bez zbędnych dodatków i tak zwanych polepszaczy. Świetnie, jeśli macie zachowany swój handmade przecier pomidorowy! Będzie smakował bajecznie.

sos.jpg
BEZRYBNA.
Mój przepis na bezrybną można znaleźć we wpisie wegelijnym.
Przygotowałam ją identycznie – lecz zamiast do piekarnika, wrzuciłam ją na ruszt.

sel.jpg

Rada ode mnie: pozwólcie się jej mocno podpiec! Delikatnie przypalona seleryba zyskuje charakternego smaku.

MARŁBASKI.
Przepisów na parówki hotdogowe z marchewek w sieci krąży miliony.
Ja wykonałam je (jak zwykle) po swojemu i upiekłam na ogniu 🙂

mar-1

W pierwotnym przepisie do marchewek dodaje się dużo soli, aby zabić jej naturalny słodki smak. Ja tego (oczywiście) nie zrobiłam, dzięki czemu moje marłbaski mają delikatny posmak pomidora, ziół, są ostre i słodko marchewkowe 🙂

mar
Warto piec je długo, aby zmiękły, jeśli nie lubicie warzyw al dente według Zuzanny i preferujecie wbić zęby w miękki korzeń.
Ja do zestawu zaprezentowanego na zdjęciach dorzuciłam kolejne al dente białe szparagi i kilka liści świeżej, małej sałaty rzymskiej. Na deser zaserwowałam grillowane jabłko.
Co Wy grillujecie – oczywiście w wersji roślinnej? 
Idziecie na niezdrową łatwiznę i zaopatrujecie się w gotowe kiełbaski, czy sami przyrządzacie niezwykłe specjały? 

Zuza 😉

 

WAŻNA INFORMACJA.
Jeśli macie jakieś pytania/pomysły na tematy, które powinnam według Was poruszyć/prośby, wypisujcie je w komentarzach pod postami z serii Wegańskie wtorki.
Pomysły, które wypisujecie pod grafikiem, a nie zmieściły się w moim rocznym planie postów, już zapisałam na liście w kolejce do wtorków – lecz być może chcecie, bym pilnie o czymś napisała? Dawajcie znać!

Produktywność i optymizm na wiosnę

Borsuczki, ten wpis rozpoczyna miesiąc wiosny.

Wspominając posty, które już pojawiły się na blogu, przypominam sobie, że pisanie ich motywowało mnie do pozostania zorganizowaną i w miarę produktywną.

Pisząc o organizacji, częściej otwieram planner w wolne dni. Chętniej rozdzielam swoje obowiązki i wypisuję je na kartkach dziennika. Ściśle trzymam się wyznaczonych sobie obowiązków.

Nie wspominałam Wam o tym wcześniej, ale właśnie dziś zaczyna się mój kurs przygotowawczy na studia. Będzie trwał trzy miesiące.
W tym czasie jak nigdy wcześniej potrzebuję mocnej dawki motywacji, ażeby w pełni wykorzystać swój czas i go nie marnować.

Postanowiłam nabazgrać dla Was post na temat produktywności i dobrego nastawienia, które przydadzą się nam wszystkim w zbliżającym się czasie wiosennym.
Zrobiłam niedługą listę elementów, które zawsze dobrze sprawdzają się na mnie. Kto wie, być może i na Was podziałają moje sposoby?


PLANUJ I PRZESTRZEGAJ PLANÓW.
Ale – broń Boże! – nie wpadaj w obsesję planowania.
Grunt to dobrze rozdzielony dzień.

tyd.jpg

Jeśli podobnie do mnie nie lubisz dokładnie rozplanowywać całego dnia – to jest jak najbardziej okej. Rozumiem cię aż za dobrze.
Sama nie potrafię planować dokładnie. Nie pociąga mnie spis obowiązków od godziny – do godziny. To nie w moim stylu.
Tak samo, jak w rysowaniu, ja uwielbiam nieład i niechlujstwo, więc moje plany dnia właśnie takie są.

Jak bałaganiarsko rozplanować dzień?
Rozdzielmy go na dwie proste części: CZAS NA OBOWIĄZKI CZAS DLA SIEBIE.
Ja oddzielam naukę od obowiązków, dlatego w moim przypadku powstają trzy rubryki.
O tym, że każdą rubrykę należy odpowiednio wypełnić chyba nie muszę tłumaczyć, prawda? Z nadzieją, że z miesiąca organizacji dobrze znacie moje sposoby na planowanie, przechodzę do ważnej sprawy – przestrzeganie planów.

I. Planner na stole. Ewentualnie na biurku, komodzie, etażerce. Na czymkolwiek, co stoi blisko Waszych borsuczych łózek.
Po przebudzeniu od razu widzicie kalendarzyk, co przypomni Wam o obowiązkach na dany dzień. Możecie sięgnąć po niego, gdy jeszcze nie dociera do Was, która jest godzina. Rozpoczęcie dnia od przejrzenia planu powinno ukierunkować Was w trzymaniu się wyznaczonych zasad i pomoże w wyrobieniu nawyku przestrzegania ich.

II. Nawyk. No właśnie, trzeba wyrobić sobie nawyk przestrzegania planu!
Na mnie najlepiej działa estetycznie prowadzony planner i systematyczność. Jeśli świadomie opuszczę jeden (lub nawet kilka!) dni planowania, staram się uzupełnić luki tym, co robiłam danego dnia. Wypisuję sobie wydarzenia tak, jakby były obowiązkami.
Im czyściej prowadzony dziennik, tym chętniej do niego zaglądam. Lubię mieć jasne, konkretne plany wypisane w rozpisce dziennej i kreatywnie-kolorowo prowadzoną rubrykę miesięczną.
Im częściej zaglądacie do plannerów, tym szybciej wyrobicie sobie nawyk – to chyba oczywiste!

III. Szaleństwo. Choć może Wam się wydawać, że jestem najbardziej zorganizowaną osobą w Blogosferze – od razu mówię, że się mylicie. Uwielbiam mieć wszystko dokładnie zaplanowane, brak planu zazwyczaj sprawia, że wariuję z niepewności i powoduje u mnie bezsenność. Bardzo przejmuję się niezaplanowanymi ważnymi wydarzeniami, czy niepewnymi sytuacjami, których nie mogłam wcześniej przewidzieć – i nabazgrać o nich w plannerze.
Jednak jak już wspominałam, i mnie zdarza się zapomnieć o planowaniu na kilka dni! Często nie mam wielu obowiązków w ciągu dnia lub wypełnianie ich przychodzi mi tak naturalnie, że nie potrzebuję planu. Na szczęście szybko uzupełniam swoje rozpiski i powracam do trybu organizacji.

mc.jpg

Jeśli interesuje Was miesiąc organizacji, a nie mieliście okazji się z nim zapoznać – odsyłam was do zakładki PLANOWANIE I PORZĄDKOWANIE. Znajdziecie tam wpisy o plannerach, moich przyborach, postanowieniach noworocznych.

 

DBAJ O PORZĄDEK.
Tym razem nie chodzi mi o porządek w plannerach 😉
Nie uwierzę, że na świecie żyje ktoś, kto lubi pracować w bałaganie. O ile artystyczny nieład na stoliku czasami wzmaga moją kreatywność, bałagan w pokoju zdecydowanie nie pozwala mi na spokojną pracę, naukę, rysowanie – czy nawet pisanie postów na blogu.
Warto jest zadbać o porządek. Ja bardzo lubię sprzątać!
Nie będę się rozwodzić nad tym tematem w tej chwili, ponieważ chyba każdy z nas umie sprzątać, prawda? 😉

 

ŚPIJ.
Ho, Zuza. Ale porada. Nieźle wymyśliłaś, teraz radzisz SPAĆ?
Choć wiem, że wielu z Was na pewno nie ma problemów ze snem, ja należę do grupy sówek. To właśnie pod osłoną nocy czyham na wiedzę i treść najlepszych książek.
Mimo mojego przystosowania do funkcjonowania po zmroku, staram się zasypiać – chociażby nad ranem.

Wiedząc, że mam dużo do zrobienia w ciągu dnia, ustawiam budzik na wcześniejszą godzinę. Nawet, jeśli nie zawsze uda mi się zwlec z łóżka o siódmej (szczególnie, gdy zasnę o szóstej rano!), próbuję się przestawiać na wczesne wstawanie.
To chyba oczywiste, że jeśli chcemy wypocząć, musimy dobrze się wysypiać. To nie wydaje się być trudnym zadaniem – w końcu wystarczy wcześnie zasypiać i wcześnie wstawać!
Sama zdaję sobie z tego sprawę. Im wcześniej wstaję, tym bardziej „wydłuża się” mój dzień – tylko pozornie. Według mnie działa to na zasadzie więcej czasu na nogach – mniej w łóżku.

Choć odeszłam od mojej żelaznej zasady budzenia się o 7:00 w wolne dni, chciałabym do niej powrócić. To zdecydowanie pomaga mi zrobić więcej w ciągu całego dnia, bez odczucia zmęczenia.

 

MIEJ OBOWIĄZKI.
Może i brzmi to śmiesznie, ale naprawdę trzeba mieć obowiązki.
Ile to godzin zmarnowałam, oglądając filmy na Youtube? Okej, mogłabym sobie wybaczyć swoje szaleństwo, gdybym oglądała coś niegłupiego i kształcącego, ale PewDiePie? Cały dzień? lubię pewdsa
Jak ja to planuję?
Pisałam wcześniej o rubrykach. Mam trzy rubryki: obowiązki/nauka/ja.
W dni pracy – dajmy na to: praca nad postem – wypisuję sobie wszystko, co muszę mieć zrobione, by stworzyć post. Plan postu, notatki, zdjęcia, dodatkowy materiał. Tym zajmuję się w ciągu większości dnia pracy nad postem. Staram się nie spędzić dostępnych dwunastu godzin przed ekranem monitora, dlatego zazwyczaj przeplatam swoje obowiązki z oglądaniem Youtube, graniem w gry na telefonie, wycieczkami rowerowymi, zabawą z kotem. Wszystko jest zależne od ilości obowiązków, które muszę odhaczyć.

dlugo-kopia

W dzień wolny, choćbym bardzo chciała, nie mogę nie zaplanować niczego, bo znowu będę oglądać głupie filmiki cały dzień.
Chcąc pozostać w nieskończonym nastroju produktywności, w dni wolne lubię sprzątać, wyszukiwać potrzebne mi informacje, uczyć się, czy chociażby poznawać okolicę, jeżdżąc na rowerze.

Obowiązki popychają do działania. Na pewno nie jestem jedyną osobą, która w momencie, gdy nie ma nic do zrobienia, po prostu nic nie robi.
Niestety (lub stety, w zależności od tego, czy lubicie ten temat!) jest to temat dosyć bliski planowaniu – jak już wspominałam, planowanie było tematem przewodnim stycznia, więc teraz nie będę wylewna, pisząc o tym.

 

ZNAJDŹ CZAS NA PRZYJEMNOŚCI.
Przecież nie tylko produktywność się liczy! Nie tylko obowiązki, które musimy wypełniać! Nie bez powodu w tytule wpisu umieściłam również optymizm.
Idzie wiosna – czeka nas coraz ładniejsza pogoda, być może tak samo jak ja polubicie się z rowerem i postanowicie swój wolny czas spędzić na zewnątrz? Podróżowanie owym jednośladem sprawia wiele frajdy!
Może chcecie towarzyszyć mi w moim wyzwaniu książkowym i uznacie, że świetnie będzie co wieczór sięgać po dobrą książkę?
Jeśli wybierzecie filmy, koniecznie napiszcie mi tytuły projekcji, jakie polecacie. To też dobry sposób na nagrodzenie siebie po pracowitym dniu.

Szczególnie na wiosnę, gdy natura budzi się do życia, warto jest każdy dzień rozpocząć i zakończyć uśmiechem. Obiecajcie mi, że często będziecie starali się uśmiechać, zamiast smucić! Jestem zdania, że optymistyczne nastawienie wiele zmienia w naszym życiu. Krocząc przez nie z uśmiechem, nawet pochmurny dzień stanie się do zniesienia.

 

NIE ZAMYKAJ UMYSŁU I MYŚL POZYTYWNIE!
Nie myśl sobie, że jeśli zmarnujesz cały dzień, oglądając PewDiePie, jesteś totalnym zerem i nie nadajesz się do niczego.
Być może przesadziłam. To bardzo prawdopodobne. Nikt nie pomyślałby źle o sobie po dniu z Youtube. Chciałam przez to powiedzieć, że nawet, jeśli właśnie jesteś w tym samym trybie, co ja – trybie balansu pomiędzy organizacją i produktywnością a siedzeniem na kanapie z telefonem w ręku, nic straconego!
Wszyscy mamy świadomość tego, że nie był to nasz najlepiej spożytkowany czas życia, prawda? Wszyscy wiemy, że wystarczy powrót do dawnych nawyków, by znowu wejść na tory pracy, tak?

Myślenie wiele zmienia. To ogromna siła, jaką mamy! Myśląc negatywnie, przyciągniemy do siebie te złe wydarzenia. Zamkniemy się w kręgu pesymizmu, który będzie nas zjadał z każdą kolejną myślą.
Wystarczy pozytywna myśl, by z niego wyjść. Dla każdego Tomasza, który nie wierzy, że to możliwe – radzę spróbować. Choć raz pomyśl pozytywnie, to zmieni Twoje życie!
Nie wiem, jak Wy, ale ja będę starać się często wracać do motywacji, którą sama dla siebie chciałam napisać.
Czasami każdy z nas potrzebuje bodźca do działania i nie ma w tym nic złego!
Mam nadzieję, że Wy jesteście wytrwali w postanowieniu produktywności i świetnie radzicie sobie bez mojego tekstu. Chętnie poznam Wasze sposoby na pobudzanie siebie do działania – piszcie, co działa na Was najlepiej?

Zuza 😉

Sól i cukier – co i jak?

Pierwszy post w lutym rozpoczyna miesiąc zdrowia!

Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale uwielbiam zdrowo się odżywiać.
Lubię wiedzieć dużo o jakości spożywanych posiłków, lubię kupować zdrowe produkty i poznawać nowe, zdrowe smaki.
Jeśli mielibyście wymienić dwa składniki pożywienia, które zdecydowanie nie są zdrowe – czy nie sól i cukier pojawiłyby się na dwupozycyjnej liście?

Zdecydowałam się na temat soli i cukru, ponieważ zostałam o to poproszona przez czytelniczkę bloga.
W nowym roku wiele osób decyduje się na zmiany w swojej diecie. Przyświecające wszystkim ogromne chęci do zmiany stylu życia, odchudzania, zdrowego odżywiania często gasną w zatrważająco szybkim tempie.
Rezygnacja z używania cukru i soli jest wspaniałym doświadczeniem, które każdy z nas – bez względu na to, czy się odchudza, czy nie – powinien poznać.

Jeśli nie chcesz się odchudzać i nigdy nie przyszło Ci do głowy, żeby zaprzestać używania tych białych sypkich substancji – czytaj uważnie! Być może moja historia zachęci Cię do zrezygnowania z nich choć na chwilę?
Uwierz, że po pewnym czasie docenisz moje starania i uśmiechniesz się na wspomnienie, ile to soli było w obiadowej zupie rok temu! A ile rozpuszczonego cukru zawierała poranna kawa!

Amino.jpg

KRÓTKA HISTORIA.
Jak rosła moja świadomość w kwestii odżywiania się?

Na początku byłam wegetarianką. Zrezygnowałam z mięsa na rzecz zwierząt – pobudki etyczne. Nie jadłam zdrowo, wręcz przeciwnie – nie przeszkadzały mi słodkie napoje, dosładzane mleka sojowe, płatki śniadaniowe, zawierające więcej cukru, niż dodawanych przez producenta witamin.
Dla pewności zaznaczam, że nie mam nic przeciwko temu – jeśli odżywiasz się w ten sposób, rób co chcesz. Nie mam zamiaru wyciągać tablicę Mendelejewa i stawiać Ci ją przed oczami. Sama przez to przeszłam!

Na szczęście uratował mnie weganizm.
Zdecydowałam się zostać weganką dzień po moich siedemnastych urodzinach – to jest 1 sierpień 2014 (łatwo jest mi zapamiętać datę dzięki urodzinom, które odbywały się poprzedniego dnia!). Nie wiedziałam, czy ten eksperyment się uda.
Po dziś dzień pamiętam moje pierwsze śniadanie; na talerzu wylądował chleb z pomidorem. Kolejne posiłki w ciągu tego dnia wyglądały bardzo podobnie.

Dużo czasu zajęło mi dotarcie do punktu, w którym jestem teraz. Prawdopodobnie byłam zbyt głupia, by przejmować się tym, co jem – to właśnie weganizm otworzył moje oczy i umysł.
Dla pewności zaznaczam, że nie staram się przekonać zatwardziałych wielbicieli mięsa do weganizmu – oczywiście nie lubię myśleć, że z łatwością spoglądacie na swoje talerze pełne zwierzyny, jednak nie ochataknawas i ochprzekonywanie mam na celu. Musicie mi wierzyć.

Będąc weganką moja świadomość wzrastała z każdym dniem. Nie, nie czytałam wielu artykułów. Nie słuchałam wykładu Gary’ego, nie kupowałam książek  o zdrowym odżywianiu. Sama do tego doszłam.
Nie wierzę, że wszyscy dookoła nie są świadomi tego, co robi niezdrowe jedzenie z naszymi organizmami. Wiem, że każdy z nas zna prawdę.

Ograniczenie soli i cukru w moim przypadku okazało się być naturalne!
Przestałam dosalać potrawy, przestałam używać cukru w wypiekach. Postanowiłam poszukać zdrowych zamienników. Cieszyć się naturalnym smakiem, który z każdym dniem odsłaniał przede mną swe prawdziwe oblicze.

CZYM ZASTĘPUJĘ CUKIER?
Od razu tłumaczę: nie dosładzam napojów, nie piję słodkich soków, nie jem słodyczy, które nie są naturalne. Tak, to jest wykonalne.

daktyle.jpg

A. DAKTYLE
Jeśli potrzebuję dosłodzić swoje wypieki, posłodzić granolę, zrobić słodki napój kakaowy – zawsze używam dżemu z daktyli.
To bardzo słodkie owoce – zarówno suszone, jak i świeże. Dosładzają mnie bardzo szybko.

B. RODZYNKI
Raz na jakiś czas słodkie śniadania posypuję kilkoma rodzynkami.
Każdy z nas czasami ma ochotę na słodkości – ja zawsze wybieram owoce. Rodzynki są aż za słodkie!

C. BANANY
Tego naturalnego słodzidła używam bardzo rzadko, jednak zdarza mi się wykorzystać zgnieciony widelcem banan do ciastek owsianych lub innego wypieku.
Banany toleruję tylko w wypiekach i w ich lodowej odsłonie – z dodatkiem karobu. Nie lubię bananów.

D. ERYTRYTOL/KSYLITOL
Erytrytolu używałam tylko raz, w moje dziewiętnaste urodziny – kiedy piekłam ciasto czekoladowe i zależało mi na tym, by jak najbardziej przypominało znane nam wszystkim ciasta. Przypominam, że z piekarnika wyciągam tylko udane zakalce, dwuskładnikowe ciasteczka owsiane i trzyskładnikowe ciasto drożdżowe!
Ciasto Beznadziejne (taka nazwa) udało się znakomicie.

Soli w żaden sposób nie zastępuję.

Amino(3).jpg

FAKTY.
Czy odrzucenie soli i cukru wpływa na samopoczucie?
Z pewnością tak, jednakże pamiętajcie o tym, że zanim odrzuciłam owe proszki, przez około półtora roku odżywiałam się zdrowo. Nie potrafię opisać konkretnych efektów ich odstawienia, na moje wspaniałe samopoczucie wpływał całokształt.

Czy zmienia się smak? O tak! Zdecydowanie!
Nawet nie wiecie, jak zdziwiłam się, gdy po letniej przerwie od strączków powróciłam do fasoli na jesień. Piękny Jaś miał wspaniały smak! Wyjadałam go z garnka, tak wspaniale smakował.
Nie solenie i nie cukrzenie wyczuliło moje kubki smakowe. Wcześniej nastawione na cios, teraz polubiły się z naturalnymi bodźcami smakowymi pożywienia. Dla mnie to mój mały cud! Na dodatek dokonałam go sama! Cud do kwadratu.

Czy zdarza mi się spożywać sól i cukier? I tak i nie.
Cukier na co dzień dla mnie nie istnieje. Na szczęście w dzisiejszych szczęśliwych czasach nawet wegańskie cukiernie słodzą swe dzieła kulinarne ksylitolem, uznawanym za lepszy zamiennik cukru.
Nie unikam cukru, który zawierają owoce. Owoce skrywają w sobie też mnóstwo witamin, błonnika i samej dobroci!

Sól jadam naprawdę sporadycznie w produktach takich jak na przykład chleb.
Jako, że produktów mącznych nie spożywam często, nie spożywam też soli! Proste.

W zdrowym odżywianiu i słuchaniu własnego organizmu przyświeca mi zasada – jedz zdrowo i próbuj. Pamiętajcie! – to, że ktoś odżywia się zdrowo nie oznacza, że nigdy nie zjadł fastfoodów na mieście. I mnie zdarzyło się spróbować wegańskiego Vegaba, wyjść na roślinną pizzę. Nie robię z takich wyjść do knajpek zasady i tradycji. Przede wszystkim myślę 🙂

PORADY.
Oto kilka porad dla osób, które chcą ograniczyć lub wykluczyć spożywanie soli i cukru ze swojej diety.
Zaznaczam, że polegam tylko na swoich doświadczeniach.

1. Nie zwlekaj.
Jeśli jesteś ciekaw, jak zareaguje Twoje ciało na brak tych dwóch składników, nie przekładaj niedosalania i niesłodzenia na kolejny dzień. Już na kolację zaserwuj sobie coś bez soli.
Im szybciej, tym lepiej.

2. Nie decyduj się na małe kroki.
Może przesadnie porównam rezygnację z cukru do odwyku od narkotyków (a może jednak nie?). Zrób to już – i koniec. Rezygnuję. Nie używam. Czekam na efekty.

3. Zaprzyjaźnij się z ziołami i przyprawami.
Wprost uwielbiam ziołowy zapach potraw i ich ostry smak!
Wiecie, że potrawy, które dla innych są ostre, ja muszę nieźle doprawić pieprzem? Dawniej nie lubiłam ostrych smaków.
Nie żałuj sobie ziół, dodawaj ich nawet za dużo. Z czasem przyzwyczaisz się do nowego smaku.

4. Nie panikuj!
Jeśli naprawdę masz ochotę na tę czekoladę, która na pewno zawiera tonę cukru – ale nie chcesz złamać swojego postanowienia, które od kilku miesięcy utrzymujesz, zjedz ją.
Jeśli jesteś nowicjuszem w gronie osób o wyczulonym smaku, radziłabym Ci zdecydować się na owoce. Daktyle miej zawsze pod ręką!
Jeśli zaś już pewien czas nie spożywasz cukru i soli, weź do ust okienko czekolady i przetestuj na sobie swoją odporność.
Możesz wierzyć lub nie, ale dawniej tabliczka czekolady nie była dla mnie problemem. Teraz nawet nie spoglądam na słodyczowe półki sklepowe.
Mam nadzieję, że ten post o charakterze wspominkowo-informacyjno-doradczym rozjaśnił Wasze głowy.
Pamiętajcie, że w kwestii naszych organizmów ciężko jest doradzać! Ja mogę jedynie pisać o swojej drodze do zdrowego, pysznego odżywiania.
Podejmujcie próby, obserwujcie swoje ciało. Wsłuchajcie się w potrzeby Waszych organizmów. Nie bójcie się nowości! 🙂

Jeśli macie jakieś pytania, możecie pisać je w komentarzach. Z chęcią odpowiem – jeśli tylko będę potrafiła! 

Zuza 😉

Przybory przydatne w planowaniu

Dzisiaj pomówię o tym, jakie przybory wykorzystuję w prowadzeniu mojego planneru.
Co najczęściej mam w łapkach, kiedy chcę wprowadzić zmiany w życiowym notesie? Co sprawdza się (według mnie!) najlepiej?

Planowanie towarzyszy mi nie od dziś!
Zapewne jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie, że to właśnie od plannerów zaczął się mój blog. Choć nie jest to prawdą, jednak właśnie od plannerowego wpisu na poprzednim blogu zauważyłam wzrost popularności mojej poprzedniej strony.

W dzisiejszych czasach trzeba planować. Choćbyście chcieli żyć bez planu i funkcjonować bez zapisu obowiązków – no nie da się, uwierzcie mi. To nieefektywne. Próbowałam!
Spośród wszystkich możliwości ja zawsze wybieram jak najbardziej podstawowe. Zamiast korzystać z kalendarzy i reminderów w telefonie czy na tablecie, od początku postawiłam na papierową wersję organizera życia. To mój sposób. Zaklepany.

Jako, że nie wystarczy stukać palcami w papier, by pojawiły się na nim zapiski – a żeby zaznaczyć daną informację nie wystarczy zmienić koloru czcionki – warto mieć przy sobie podstawowe przybory. Dzisiaj wybrałam propozycje, bez których mój planner nie do końca byłby mój.
Przy okazji zobaczycie, jak spersonalizowałam swój organizer!

1
UKOCHANE PRZYBORY
MANIACZKI PLANOWANIA
personalizacja; porządek i bałagan

DŁUGOPIS.
Wiem, jak banalnie to brzmi! Jednak myślę, że każdy, kto ma na swoim koncie przygodę z plannerami, kalendarzami i dziennikami podzieli moje zdanie.
Narzędzie piśmiennicze musi spełniać wiele wymagań!
Pisałam o tym już w poście o wskazówkach i poradach (TU!). Pisadło (i jego jakość) jest ważne!

długo — kopia.jpg

Przede wszystkim warto zaopatrzyć się w swój ulubiony długopis. Niektórzy potrafią precyzyjnie określić wszelkie wymagane przez siebie parametry i poszukiwać pisadła długi czas – ja nadal testuję i szukam!

W tym roku na pewno mogę polecić Wam wszelkie długopisy, których tusz można wymazać. Zupełnie nieświadomie stałam się posiadaczką długopisu z gumką i jestem bardzo zadowolona! Dzięki temu, że mogę wymazać z kartki to, co napisałam, w plannerze nie panuje bałagan. Jest to świetna opcja dla tych, których plany są niepewne, mogą szybko się zmieniać.

KOLOROWE CIENKOPISY.
Warto wybrać co najmniej trzy kolory cienkopisów, które będą Wam towarzyszyły przez cały okres planowania. Moje główne kolory na ten rok to zieleń, czerwień i fiolet (żeby przynajmniej kolor ich tuszu pasował do okładki!).

Jeśli preferujecie zakreślacze, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ich używać. Też je lubię!
Kolorowe zapiski na pewno szybciej rzucają się w oczy, szczególnie, jeśli wcześniej stworzymy klucz oznaczeń.

cienk.jpg

ZAKŁADKI INDEKSUJĄCE, KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE.
Od czasów liceum jestem ich wierną fanką.
Jeśli w Waszych plannerach brakuje wstążek i zakładek, zakładki indeksujące będą dobrym wyborem.
Karteczki samoprzylepne są dobrym uzupełnieniem; można je przeklejać w dowolne miejsca i zawsze mieć przed oczami najważniejsze obowiązki, informacje.
Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju ozdobne sticky notes i małe zakładki!

5

KLEJ.
Tego zawsze mi brakuje!
Klej w sztyfcie jest bardzo ważnym elementem porządkowania plannera.
Osobiście uwielbiam rozszerzać strony kalendarza o własne notatki, wklejone i złożone na jednej z jego kartek. Lubię też przyklejać kolorowe sticky notes w miejscu, gdzie na pewno zostaną na stałe.

Klej to zdecydowane must have mojego trybu plannowania.

ZAKŁADKI WŁASNEJ ROBOTY.
Mnie zakładek zawsze jest mało! W plannerze dobrze sprawdzają się zakładki na spinaczach, które wykonywałam w TYM WPISIE.

Przyznajcie sami; personalizacja plannera nie mogłaby być zakończona bez zakładek, które wykonaliśmy sami.

zakl.jpg

KOPERTY.
Do plannerów własnej produkcji zawsze przyklejałam kopertę z tyłu. To świetny schowek na przeróżne papierki, naklejki – wszystkie nieduże elementy, których nie chcemy zgubić.
Nie trzeba ich przyklejać – wystarczy mieć ją zawsze pomiędzy kartkami.

To nie wszystkie przybory, które wykorzystuję podczas uzupełniania kalendarzyka!
Wybrałam tylko te, które zdecydowanie pomagają mi w tworzeniu własnego dziennika obowiązków.

A Wy, macie swoje ulubione przybory do planowania?
Zróbmy wspólną listę przyborów! Może napiszecie w komentarzach, co u Was sprawdza się najlepiej?

Zuza 😉

 

Zima: rośliny na wigilijnym stole

Wystarczy przeczytać choć jeden mój wpis na temat gotowania, by wyciągnąć te dwa wnioski:
1. Nie umiem gotować!
2. Jestem weganką.

Długo myślałam nad tym, co zagości na moim tegorocznym świątecznym stole.
Rodzina będzie obżerać się do upadłego swoimi potrawami – gdyby nie ryba, mięsa na talerzach nie uświadczyłby nawet zawzięty, profesjonalny tropiciel zwierza.
Ja (oczywiście) nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała upichcić swoich świątecznych, wigilijnych potraw.
Jaki będzie skutek mojego kucharzenia? To się okaże!

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

Moja wegilia,
czyli trawa i kamienie na świątecznym stole!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

❅ Barszcz czerwony.

Barszcz to pierwsza z potraw, którą zapisałam na mojej wigilijnej liście.
Kto wyobraża sobie święta bez ciepłego, rozgrzewającego barszczu? Ja zdecydowanie nie mogłabym się bez niego obejść!
Tę potrawę wykonywałam już wcześniej.

barszcz zdj.jpg

Barszcz (w wersji bez soli) jest buraczano-słodziutki i kwaśny, bardzo ziołowy. Ma intensywny smak oraz zapach.
Wywar idealnie sprawdzi się na wigilię, zaś warzywa posłużą mi jako posiłek, który zrobił się praktycznie sam. Roślinne 2w1!

barszcz.jpg

Uwagi: wielbiciele czosnku – dla wzbogacenia smaku zupy, warto dodać do niej kilka aromatycznych ząbków.

❅❅❅

❅ Seleryba.

O ile nie przepadam za smakiem jakiegokolwiek selera i nawet przy gotowaniu warzywnych wywarów pomijam ten ważny składnik, seleryba to element, bez którego świąteczny stół nie byłby świąteczny.
Byłby zwyczajnym stołem, zapełnionym potrawami. Brakowałoby na nim magicznego smaku, scalającego wyjątkowe posiłki!
Tę potrawę wykonywałam już wcześniej.

rybakorzeniowa-page-001 (1).jpg

Ilość seleryb zależy od wielkości warzywa oraz grubości pasków.
Wierzcie mi, arcykrytycy selerowych posmaków; seleryba odmieni Wasze spojrzenie na ten okrąglutki, kształtny korzeń!

ryb.jpg

❅❅❅

❅ Esencja grzybowa.

Nie cierpię grzybów!
Ich konsystencja kojarzy mi się z oślizgłym ślimakiem. Nic nie mam do ślimaków. Kocham Was, ślimaczki.
Nie wiem, jaka magia działa na mnie podczas świąt, ale uwierzcie – mój wigilijny sos grzybowy jem zawsze z dokładką.
Ilość składników może być niewystarczająca dla większej grupy głodnych świątecznych elfów.

grzybowaesencja-page-001.jpg

Odrzucone grzyby nie smucą się ani na chwilę. Moja rodzina chętnie przygarnia je do swoich grzybowych potraw.
Po odcedzeniu esencji pozostaje niewiele – jednak dla mnie jest do wystarczająca ilość, aby zaspokoić moje grzybowe zapotrzebowanie wigilijne.

grz.jpg

Uwagi: sos w wersji z przepisu ma bardzo mocny grzybowy smak i rzadką konsystencję. Dla elfów, które pragną gęstego sosu mam dobrą informację: prawdopodobnie wystarczy zagęścić esencję.

❅❅❅

❅Makaron z masą makową domowej roboty.

O tej potrawie mała Zuza marzyła już od początku grudnia. Nie wyobrażała sobie nie spróbować makaronu. Nawet, gdy jej brzuch był już wypełniony innymi daniami.
Słodki, rodzynkowo-migdałowy mak pachniał bakaliami, które lubiła. Nie mogła się doczekać, aż na jej talerzu wyląduje słodziutki przysmak!

Chcę odtworzyć smak dzieciństwa, omijając gotowe masy makowe i sztuczne słodzidła.
Poprzeczkę postawiłam wysoko, czy podołam swoim oczekiwaniom? 🙂

masamakowa.jpg

Przepis na dżem daktylowy, o którym mowa w przepisie znajdziecie tam: przepis na granolę.

Ja dodam masę makową do makaronu, lecz jestem pewna, że po wigilii zostanie mi jej dużo w słoiczku. Mam nadzieję, że pomimo moich obaw, masa spełni moje oczekiwania i będę mogła wykorzystać ją jako świąteczny deser!

❅❅❅

❅ „Sałatka rybna”.

Pewnego dnia… spotkałam go.
Po dziś dzień nie chce wyjść z mojej głowy. Zawładnął mną, skradł moje myśli, złodziej!
Zmodyfikowałam go według własnego gustu i upodobań – przecież nie zapamiętałabym go takiego, jakim był. Po tak długim czasie nie można być pewnym, czy nie zapomniało się o ważnym elemencie…

…jednak nawet w skróconej wersji, znaleziony już dawno przepis na wegańską „sałatkę” rybną podbija podniebienie każdego. To zdecydowanie świąteczna pozycja kulinarna!
Tę potrawę wykonywałam już wcześniej.

bezrybnarybna.jpg

Dlaczego wyraz sałatka umieszczam w cudzysłowie? – Dla mnie ta propozycja kulinarna nie przypomina sałatki, jest pełnoprawnym, sycącym posiłkiem.

Owa „sałatka” ma mocny smak rybny, dzięki czemu idealnie wpasowuje się w bożonarodzeniowe klimaty. Nie wygląda idealnie, acz smakuje wyśmienicie!

❅❅❅

*Przypominam, że wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się z czasem!*

Mam nadzieję, że ten wpis spełnia następujące funkcje:
a) Inspiruje Was do kucharzenia w święta,
b) Pokazuje, jak bardzo nie umiem w gotowanie,
c) Udowadnia, że gotowanie roślinne jest ciekawe, zróżnicowane, proste i niedrogie,
d) Zachęca do korzystania ze smaku i intuicji w kuchni.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

❅❅❅

Na te święta Bożego Narodzenia życzę Wam dużo radości, uśmiechu, ciepełka. Abyście pozwolili duchowi kreatywności opętać Wasze umysły, a duch świąt niech towarzyszy Wam w naszej wspólnej kreatywnej podróży.

Wszystkim stałym i przechodnim czytelnikom bloga chciałabym bardzo podziękować za wszystkie komentarze, wsparcie i pochwały, które pojawiły się na tym blogu. To dzięki Wam mam coraz większą ochotę tworzyć coś nowego! Każde miłe słowo inspiruje mnie do dalszego działania.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉

Zima: moje dekoracje w pokoju

To właśnie te najdrobniejsze szczegóły tworzą Świąteczny Nastrój.

Nie bez powodu zdecydowałam się pisać Świąteczny Nastrój, używając wielkich liter. To on, Nastrój nad nastrojami, czyni nasze święta i zimę radosnymi, ciepłymi (przez wzgląd na temperatury na podwórku: pozornie) i rodzinnymi.
To przecież właśnie dzięki starej bombce na choince do naszych głów powracają piękne wspomnienia. Skromne, świecące na biało lampki każdemu kojarzą się z zimowym czasem, zaś banalne świeczki wprowadzają ciepły, przytulny nastrój do pomieszczeń. Czego chcieć więcej?

Skupiając się właśnie na banałach (ze względu na brak czasu, nie pomysłów!) stworzyłam w swoim pokoju ciepły kącik, w którym chowam się przed zimnem, wiatrem i złem całego świata 🙂
Wspominałam Wam już, że uwielbiam zimę?

Oto moje:

ZIMOWE DEKORACJE
…banalnie proste,
obrzydliwie urocze!
(+jedno pytanie)

❅ Ciepłe poduchy w sweterkach.

Kto nie widział uroczych poduch, przyodzianych w swetry?
W tej niecodziennej kapocie poduszce musi być nader ciepluchno.
Miękka, sweterkowa poduszka jest lepsza od kota, jeśli chodzi o przytulanie się.

2.jpg

Jeśli nie macie odpowiedniego (zużytego/niepotrzebnego/niemodnego) swetra i szkoda Wam niszczyć najpiękniejsze wełniane pozycje ze swej szafy, polecam po prostu owinąć poduszkę w sweter – ja wykorzystałam ten patent w przypadku białego swetra. Sprawdza się tak samo, jak uszyta ze swetra poszewka, ma dodatkową funkcję: rozbierz poduszkę-ubierz siebie/rozbierz siebie-ubierz poduszkę. Świetnie przyda się tym, którzy nie mają miejsca w szafie i na krześle!


❅ Cotton balls.

W tym miejscu chciałabym prosić Was o radę.
Już drugi rok starałam się zrobić własne kulki, używając baloników, kordonków i kleju Wikol.
Niefortunnie moje cotton balls nie wyglądają tak, jak powinny – nie schną, przez co później łatwo się odkształcają i po wyciągnięciu balonów, zostaje mi sklejona nić nie przypominająca kulki.
Macie sprawdzony sposób na pokonanie tego problemu? Jeśli tak – koniecznie dajcie mi o tym znać!
W tym roku – po kolejnej porażce, postawiłam na gotowiec.

3.jpg

❅❅❅

❅ Podkładka pod kubek.

Zima to czas, w którym ciepłe, rozgrzewające napoje królują na naszych stołach.
Kto nie ma co rano ochoty na ciepłą herbatę z cytryną i imbirem? Daktylową gorącą czekoladę z mlekiem migdałowym? Kawę zbożową z cynamonem?
Wszystkie te napoje smakują mi bardziej, od kiedy zaczęłam stawiać kubki na materiałowych podkładkach ręcznej roboty.

4.jpg

Wykonanie:

Ściereczkę, flanelową koszulę lub inny dowolny materiał rozcinamy na kwadraty dowolnej wielkości (moje to około 11 x 11 cm). Dwie identyczne części materiału przykładamy do siebie i zszywamy tak, by nie było widać postrzępionych końców tkaniny (zawijając brzegi do środka).

W ten prosty sposób otrzymujemy urocze podkładki pod kubki i filiżanki, które skradną nawet chłodne na zimę serca.
Nawet regularnie pity, obyty w smaku czaj smakuje jak najlepsza herbata pod słońcem, kiedy kubek chwilę odstoi na materiałowej podkładce.

❅❅❅

❅ Biurkowy stroik w słoiku.

Szklane ścianki słoika pokryłam klejem winylowym, po czym potraktowałam owo kleidło sypkim śniegiemPomalowaną na czarno nakrętkę szybko przechrzciłam na podstawę mojego stroika. Wybrane ozdoby (nieduże szyszki, gałązkę sztucznej choinki, świąteczne, czerwone koraliki) umieściłam na wewnętrznej stronie podstawki. Po upewnieniu się, że stworzona kompozycja zmieści się do słoika i będzie wyglądała ładnie i świątecznie, przykleiłam wszystkie ozdobne elementy klejem na gorąco do metalowej części stroika.
Kolejnego dnia, gdy każde wykorzystane lepiszcze porządnie wyschło, z delikatnością sarenki i skupieniem godnym lekcji matematyki – połączyłam część metalową ze szklaną, zakręcając słoik.

5.jpg

Do wnętrza biurkowego stroika możecie wrzucić co tylko chcecie.
Ze słoika możecie również wykonać lampion – tak, jak to zrobiłam przy okazji jesiennych dekoracji.

❅❅❅

❅ Lampka.

Pamiętacie moje walentynkowe dekoracje z poprzedniego bloga?
Wykorzystałam swój pomysł po raz drugi.

Lampki choinkowe, dające światło w ciepłym odcieniu bieli, wrzuciłam do dużego słoika.
Ów słoik ozdobiłam uprzednio delikatną, białą tasiemką ozdobną.
Wraz z lampkami, do środka trafiły dwie garści gwiazdek origami.

Dla tych, którzy nie posiadają lampki na biurku (czytaj: dla mnie), to świetna opcja. Skoncentrowane światło rozjaśnia cały pokój! Wygląda ładnie, zajmuje niewiele miejsca. Czego chcieć więcej?

6.jpg

❅❅❅

Ozdabiacie swoje sypialnie na święta?
Jeśli tak – decydujecie się na nieduże elementy, tak jak ja?
Dajcie głos, jak wyglądają Wasze biurka, stoliki i toaletki 🙂

Zuza 😉