Wegańskie wtorki: 5 zalet weganizmu

Weganizm to najpiękniejsza przygoda, jaką mogłam podjąć w swoim życiu.
Podjęłam ją zupełnie naturalnie, choć jeszcze kilka lat temu w mojej głowie tkwił obraz weganina-wariata z sałatą zamiast włosów i pomidorkami koktajlowymi w miejscu gałek ocznych. Pierwszego dnia sierpnia będę świętować swoją czwartą rocznicę przejścia na dobrą (wręcz pyszną!) stronę mocy.

Jako, iż zdobyłam już wiele doświadczeń i ich bagaż ciąży mi już na plecach, postanowiłam wyznać Wam, jakie korzyści czerpię z bycia weganką oraz odżywiania się roślinami.

zdj.jpg

5 ZALET WEGANIZMU,
których doświadczam od dawna.

Zastanawiając się nad zaletami, które zdecydowałam się Wam przedstawić w drugim poście w cyklu Wegańskich wtorków, właśnie to przychodziło mi do głowy jako pierwsze. Oczywiście, że chciałam zacząć wpis od głębokich rozważań na temat ratowania zwierząt i działania dla dobra naszej Planety, jednak przemawiający przeze mnie egoizm wylewał się za każdym podejściem do pisania. Uległam – uznając, że skoro to właśnie te dwa słowa przechodzą przeze mnie, skoro to ich impuls czuję już w samych czubkach palców, czuwających nad klawiaturą, skoro również dziś mam ochotę wspomnieć o tym na pierwszym miejscu – takie jest przeznaczenie owej zalety. Mimo, że nie jest dla mnie najważniejsza, sprawia, że każdego dnia mam dobrą energię do działania (lub niedziałania).
Dobre samopoczucie. 
Żywiąc się jeszcze produktami odzwierzęcymi, czułam się ociężała. Nie miałam energii, nie chciało mi się zwlekać z łóżka każdego ranka. Jak już wspominałam, weganizm nawrócił mnie na dobrą drogę, naładował swoją energią, składnikami odżywczymi, wlał we mnie mnóstwo radości.
Co czuje niestara weganka z czteroletnim stażem? Ulgę, spowodowaną nie przyczynianiem się do śmierci i bestialskiego traktowania zwierząt (jak i ból, o czym poczytacie we wpisie o wadach weganizmu), radość, która napawa mnie każdego dnia, lekkość ciała i ducha – a to wszystko (i wiele więcej) składa się na moje wspaniałe samopoczucie.
Lekkość ciała wynika z szybkiego trawienia posiłków, które szamię. Jako, iż zjadam tony warzyw i owoców, można się domyślać, iż ich trawienie przebiega w szybkim tempie – na pewno znacznie szybszym, niż dawniej. Lekkość ducha to wynik z dodania do siebie wymienionej powyżej ulgi z miłością do istot żywych. Już od dawna sądzę, że weganizm zamieszał mi w głowie! Kocham praktycznie wszystkie zwierzęta, rozmawiam z kotami i ptakami na ulicach, rozczulam się na widok gołębia skubiącego wysypane ziarenka. Jedność ze światem, zaufanie, jakim darzą mnie zwierzęta, rozumienie ich – brzmi dziwnie? Może, ale odczuwam to od trzech lat i nie narzekam.

Różnorodność smaków.
Kto nigdy nie postawił (chociażby w myślach) tezy, iż wegańska kuchnia jest nudna i monosmakowa, niech pierwszy rzuci kamień! *rzuca kamieniem w głowy durniów, co nie wiedzą, że warzywa mają niepowtarzalny smak*
Dzięki weganizmowi przeszłam na jasną, niesłoną stronę mocy. Używam coraz mniej przypraw, preferuję ziołowe lub naturalne smaki. Dieta roślinna wyczuliła moje kubki smakowe, udowodniła, że nawet ogromna fanka soli i keczupu (jak ja z przeszłości) może rozkoszować się orzechową nutą zielonych szparagów, kremową słodyczą ziemniaków, intensywną ostrością rzodkiewki. Może czuć różnicę w smaku każdego koloru papryki, różnych rodzajów sałat, rozpoznawać zioła – choć wcześniej znała tylko zieloną pietruszkę i koperek.
Czuję się jak tastemaster. Wiem wiele o smakach, dziwacznych przyprawach i składnikach potraw, właściwościach przeróżnych roślinnych substancji. Gdybym jeszcze potrafiła dobrze gotować, mogłabym zostać masterchefem.

Kolejna cecha nie powinna zdziwić nikogo. Wspominałam o tym w TYM wpisie.
Oszczędności.
Bez względu na to, czy jem w domu, czy na mieście – zawsze moje pożywienie jest (według mnie) niedrogie. Wychodząc ze swojej bezpiecznej szarej nory, czasami nie mam przy sobie nic do jedzenia i jestem zmuszona wylądować w roślinnej knajpce lub w sklepie. Nie zważając na swój wybór, nie wydaję całego majątku na jedzenie!
Podobnie, jak wszystkożercy i wegetarianie, mogę wybrać owoce, warzywa w sklepie. Zamiast stołować się w wegańskim lokalu, kupuję jabłka, pomarańcze, pomidorki koktajlowe.
O wzbogacaniu się dzięki diecie roślinnej już pisałam. Płacę mniej za pełnowartościową szamę.

Świadomość.
Nawet będąc wegetarianką nie miałam pojęcia o tym, że krowa nie produkuje nieskończoną ilość mleka – ot tak sobie. Nie wiedziałam o tym, jak traktowane są kury, krowy. Nie zaprzątałam sobie głowy zwierzętami, na których testuje się kosmetyki (i wszystko inne). Zapewne jak większość z Was, nie chciałam być świadoma.
Przechodząc na weganizm nadal nie posiadałam tej wiedzy, jednak na szczęście otworzyłam oczy i do teraz staram się ich nie zamykać. Nie, gdy widzę, co się dzieje z niewinnymi istotami.
Choć owa świadomość może zaliczyć się również do wad, według mnie warto wymienić ją wśród najważniejszych pięciu zalet weganizmu.
Naprawdę wspaniale jest nie zamykać oczu; nie udawać, że jedzenie mięsa jest w porządku, że mleko po prostu jest w krowie od zawsze, a przecież krowę boli, jak się jej nie wydoi.
Pełna świadomości o otaczającym mnie bestialstwie mogę unikać go jak tylko mogę. Choć nie zawsze jest to możliwe, staram się całym swoim sercem nie podpisywać pod masowym mordem, bo choć śmierć mnie śmieszy, mordowanie nie jest ani ciut zabawne.
Ani pół ciuta.

Ostatnią zaletą jest coś, co łączy wszystkie wymienione punkty w jedno i jest czymś oprócz tego, o czym już pisałam! To bardzo cenna, ważna dla mnie cecha, którą zyskuje każdy, kto decyduje się stąpać z nami-weganami po pełnej radości (oraz niestety smutku, dla równowagi) ścieżce ku lepszemu światu.
Wiedza.
Zbiorowa dobrego samopoczucia, świadomości, kuchennych różnorodności, być może w pewnej części też oszczędzania. Wszystko w jednym i jeszcze ponad to.
Zauważyłam, że weganie są naprawdę świadomi tego, co w siebie wpychają. Robią to z głową, dbają o siebie od wewnątrz i na zewnątrz. Często są bliscy zwierzętom, (podobnie do mnie) inaczej spoglądają na te wspaniałe istoty żywe. Dobrze wiedzą, co się dzieje w przemysłowym, morderczym świecie konsumenckim. Znają kłamstwa, które powtarzają wielkie koncerny, znają też nieszkodliwe alternatywy produktów, które są nam ponoć niezbędne.
Wiedza o świecie, o odżywianiu się, o badaniach. To my, weganie, najczęściej kontrolujemy swoje wyniki badań krwi, suplementujemy składniki, których mamy chociażby niewielki deficyt (i nie, nie jest to B12, nie jest to też białko, moi Mili!).
Wiemy, że należy dbać o siebie i o otaczający nas świat.
To wspaniała zaleta drogi, którą wybrałam. Już mi nikt nie wciśnie kitu, że bez mięsa będę mdleć, a bez rybki wypadną mi wszystkie włosy. No i, że od ziemniaków przytyję. A bez żelatyny będę miała chore stawy. A krówka ma mleczko 24 h/7. A kurki na wolnym wybiegu są szczęśliwe i nikt ich nie wykorzystuje.

Pamiętajcie, że nie jest moją intencją prowokowanie kogokolwiek. Komentarze o definitywnie negatywnym zabarwieniu są zawsze usuwane.

Są tu jacyś weganie? (Wiem, że są!)
Pomachajcie łapkami w komentarzach i przy okazji zdradźcie innym, za co Wy cenicie sobie ten tryb życia.
Lepsza kondycja i wytrzymałość fizyczna? Poprawienie się stanu cery, zdrowia? Lepsza odporność? (U mnie wszystkie te plusy występują symultanicznie). Chwalmy się światu, jak natura nas nagradza za dobre serduszka!

Zuza 😉

Chcesz przeczytać post z tej serii o konkretnej tematyce? Złożyć pochwałę lub zażalenie?
Wypełnij formularz.

Czy weganizm jest drogi?

Temat idealnie wpasował się w tematykę miesiąca – jednocześnie udało mi się przemycić w nim ideę weganizmu i diety roślinnej.

Wielokrotnie spotykałam się z opinią, jakoby dieta roślinna oraz weganizm były drogie.
Czy weganie muszą wydawać miliony na swoje pożywienie? Ile na jedzenie wydaję ja – w trakcie przykładowego tygodnia? Właśnie tego dowiecie się z treści dzisiejszego postu. Zachęcam do czytania!

wr
Nie tylko osoby, które nie miały styczności z weganizmem mają nieprzychylne zdanie na temat wydatków wegan.
Nawet mój ojciec sądzi, że dieta roślinna pożera kwinkwagiliony pieniążków – sugerując, abym jak najszybciej wyprowadziła się z domu jako ta, która najbardziej przyczynia się do marnowania rodzinnego majątku. Smutne, ale prawdziwe.
Jednak czy aby na pewno weganizm jest drogi?
Od razu odpowiadam na nurtujące wszystkich tu zgromadzonych pytanie, skupiając się wyłącznie na kwestiach żywnościowych.

daktyle

Najmilsi! Dieta wegan nie jest droga.

W tym miejscu mogłabym podziękować wszystkim za uwagę, za czas poświęcony na przeczytanie wpisu, powiedzieć gudbaj i pomachać rąsią na pożegnanie.
Niestety wiem, że wielu Czytelników krąży nad moją głową jak sępy nad padliną – i szuka jak żeru przykładów. Oto i przykłady!

Przyjmijmy, że każdy z zainteresowanych pragnie podążać moją ścieżką. Jeść jak najbardziej naturalnie, ale nie w pełni surowo.
Przyjmijmy również, że każdy z zainteresowanych robi zakupy średnio raz w tygodniu.

Kiedy robię zakupy sama, na mniej więcej tygodniowy zapas żywności wydaję sumę, wahającą się od 30 do 50 zł. Warto zaznaczyć, że żywię się głównie warzywami i owocami + zapychaczami (płatki owsiane, kasza, ziemniaki) + dodatkami (siemię lniane, tahini, suszona włoszczyzna, suszone buraki, zioła i przyprawy).

Produkty, które kupuję najczęściej to:
marchew, jabłka, owoce cytrusowe (pomarańcze, mandarynki, cytryny), płatki owsiane, sałata, suszona włoszczyzna i buraki, cynamon, zależnie od sezonu kasze/strączki.
Tak naprawdę wiele zależy od sezonu.
Zimową porą kupuję więcej mrożonek, często sięgam po imbir, suszone owoce, fasolę, warzywa korzeniowe oraz wszelkie sezonówki.
Porą letnią spożywam znacznie więcej owoców, świeżych warzyw, jak i hoduję własne zieleniny – szpinak, świeże zioła i sałaty + sezonówki.

Ważne! Należy przypomnieć, że nie kupuję roślinnych przetworów typu: napoje roślinne, sery, wędliny sojowe. Nie sięgam również po chleby i typowe makarony mączne. Chcesz wiedzieć, dlaczego? Przeczytaj wpis o moim odżywianiu się.

Najdroższe produkty, które często lądują w moim koszyku to czerwona herbata oraz tahini (nowe odkrycie) zamiennie z masłem orzechowym. Można się domyślać, że nie kupuję tego codziennie.

3.jpg

 

Na koniec powtórzę, aby utrwalić Wam tę wiedzę jednym, głównym zdaniem.
Najmilsi! Dieta wegan nie jest droga. Powtarzajcie to w każdej części Polski, ogłaszajcie wszem i wobec tę cudowną nowinę. Weganie nie są bogaczami!
Mogą się nimi stać, dzięki oszczędzaniu na nie kupowaniu produktów odzwierzęcych.
Nie muszę chyba przypominać, że to właśnie mięso jest jednym z najdroższych produktów, które spożywają mięsożercy? Można jeść rośliny, dostarczać sobie różnorodnych wartości odżywczych. O tym – i o innych kwestiach weganizmu rozmawiamy we wpisach z serii wegańskie wtorki. Zachęcam do zapoznania się z nią!

Podyskutujmy również w komentarzach pod tym postem.
Weganie! Jako, że wydatki to kwestia indywidualna, może powiecie, ile Wy średnio wydajecie na pożywienie? Po jakie produkty sięgacie najczęściej?
Nieweganie – co sądzicie o roślinnym oszczędzaniu na jedzeniu? Przekonaliście się już, że roślinomaniacy nie wydają całego majątku na zaspokojenie głodu?

Zuza 😉

 

Wegańskie wtorki: Grillowanie

Wesołym, kolorowym, pyszno-warzywnym postem, przepełnionym inspiracjami witam Was wszystkich w nowej serii blogowej.

Wegańskie wtorki będzie serią bogatą w inspiracje zdrowokulinarne, porady, pogadanki i relacje – wszystko na temat diety roślinnej i weganizmu.
Posty nie będą pojawiać się co tydzień, ale można się ich spodziewać we wtorki. Seria iście freelance’owa.

Jak podano w tytule, w dzisiejszym wpisie opowiem Wam o moim grillowaniu.

IMG_20170503_111432308_BURST001.jpg
Wiosna. Rozżarzone węgle śnią się każdemu wielbicielowi grillowania. Jak się okazuje – również ja bardzo lubię przyrządzać swoje posiłki na ruszcie!

Weganie i osoby na dietach roślinnych zapewne nie mają dużego wyboru. Przysmaki z grilla dla wegan? Sałatka. Sałatka z trawy i kamieni.
Hola-hola, chyba tak nie myślicie? 🙂

Grillowane warzywa to najprostsze i bardzo zdrowe danie, które my – weganie, możemy przyrządzić na grillowej kracie. Sama najbardziej lubię cukinię, paprykę i pieczone pomidory – najlepiej bez żadnych dodatków!

Tym razem rozpoczęłam sezon na grilla istną ucztą. Co znalazło się na moim papierowym talerzyku?

SAŁATKA.
Ale nie taka z trawy i kamieni. Moja sałatka była wielką improwizacją.
Świeży szpinak (z ogródka!), pomidor, resztka tofu, surowe białe szparagi, trochę suszonych buraków, zioła i pieprz mielony.

sal.jpg

Ożywiła smak grillowanych potraw, choć moje pyszności nie zabijały mnie sobą; nie czułam się ociężała, mimo najedzenia. Moi drodzy, Natura obdarowała nas wspaniałym prezentem – w postaci świeżych warzyw i owoców! Trzeba wykorzystywać je na grillu – bądź w sałatce.

SZASZŁYKI.
To chyba najprostsze (po sałatce) danie, jakie można przygotować w dosłownie pięć minut. Podpiekają się niedługo – bo wystarczy chwila, by warzywa przejęły ciepło żaru i delikatnie się zarumieniły.

szasz.jpg

Jak widać, ja preferuję delikatne podpieczenie. Zdecydowanie wolę, gdy warzywa zachowują swoją chrupkość.
Co nabiłam na cienkie patyczki? Jak widać, były to następujące dobroci: cukinia, tofu, pomidor, papryka, bakłażan. Szaszłyki oprószyłam tymiankiem i oczywiście sypnęłam pieprzem – do smaku.

Na chlebie mego życia – bakłażanie, możecie zauważyć…

SOS.
Choć jest to dodatek do grillowanych dań, warto poznać nań przepis, ażeby uzyskać pełny zestaw roślinno-grillowy u siebie na ruszcie.

sosior-1

Dobry przecier pomidorowy cechuje się wysoką zawartością pomidorów w składzie – i najlepiej, by był bez zbędnych dodatków i tak zwanych polepszaczy. Świetnie, jeśli macie zachowany swój handmade przecier pomidorowy! Będzie smakował bajecznie.

sos.jpg
BEZRYBNA.
Mój przepis na bezrybną można znaleźć we wpisie wegelijnym.
Przygotowałam ją identycznie – lecz zamiast do piekarnika, wrzuciłam ją na ruszt.

sel.jpg

Rada ode mnie: pozwólcie się jej mocno podpiec! Delikatnie przypalona seleryba zyskuje charakternego smaku.

MARŁBASKI.
Przepisów na parówki hotdogowe z marchewek w sieci krąży miliony.
Ja wykonałam je (jak zwykle) po swojemu i upiekłam na ogniu 🙂

mar-1

W pierwotnym przepisie do marchewek dodaje się dużo soli, aby zabić jej naturalny słodki smak. Ja tego (oczywiście) nie zrobiłam, dzięki czemu moje marłbaski mają delikatny posmak pomidora, ziół, są ostre i słodko marchewkowe 🙂

mar
Warto piec je długo, aby zmiękły, jeśli nie lubicie warzyw al dente według Zuzanny i preferujecie wbić zęby w miękki korzeń.
Ja do zestawu zaprezentowanego na zdjęciach dorzuciłam kolejne al dente białe szparagi i kilka liści świeżej, małej sałaty rzymskiej. Na deser zaserwowałam grillowane jabłko.
Co Wy grillujecie – oczywiście w wersji roślinnej? 
Idziecie na niezdrową łatwiznę i zaopatrujecie się w gotowe kiełbaski, czy sami przyrządzacie niezwykłe specjały? 

Zuza 😉

 

WAŻNA INFORMACJA.
Jeśli macie jakieś pytania/pomysły na tematy, które powinnam według Was poruszyć/prośby, wypisujcie je w komentarzach pod postami z serii Wegańskie wtorki.
Pomysły, które wypisujecie pod grafikiem, a nie zmieściły się w moim rocznym planie postów, już zapisałam na liście w kolejce do wtorków – lecz być może chcecie, bym pilnie o czymś napisała? Dawajcie znać!

Wegański obiad Wielkanocny

Wielkanoc – komu nie kojarzy się ona z jajkami, wędliną i białą kiełbaską, pływającą w kwaśnym, aromatycznym żurku?

Czy jako jedyna podnoszę właśnie łapkę, nieśmiało uśmiechając się do obecnego tu zgromadzenia?
To nie pierwsza moja roślinna Wielkanoc. Co roku kombinuję z przepisami i głowię się, co mogę dorzucić do rodzinnej święconki. Marchewki? Dobry plan, niech będą marchewki. I cynamon zamiast soli. I jeszcze trochę czerwonej herbaty.

Pomijając śniadanie – jak wiecie z TEGO wpisu, na śniadania uwielbiam raczyć się owocowymi mieszankami słodkości. Wielkanocne śniadanie z koszyczka raczej mnie nie dotyczy – dopóki nie zdobędę własnego wiklinowego kosza i nie wpadnę na świetne pomysły co do jego wypełnienia. Nie ma co się nad tym skupiać. Trzeba myśleć o świątecznym obiedzie!

Mój roślinny Wielkanocny stół nie będzie przepełniony typowymi, tradycyjnymi potrawami. Nie poddaję weganizacji żurku, nie robię wegańskich jajek. Nie kręcę majonezu, nie gotuję białych kiełbasek.
Postanowiłam zrobić skromny, wegański zestaw obiadowy – pełen aromatów i smaków wiosennych ziół.

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

 

Moja Weganoc,
czyli roślinne wariacje na temat potraw Wielkanocnych!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

Tegoroczne Wielkanocne menu nie jest skomplikowane.
Jak wiecie, nie umiem dobrze gotować. Nie dodaję soli, cukru, rafinowanych olejów do swoich potraw. W tym roku postawiłam na prostotę i ziołowy minimalizm, który (mam nadzieję, że) zaowocuje cudownym, nieskomplikowanym smakiem.

Obok sałatki jarzynowej, na którą przepisu chyba nie muszę podawać, na pewno stanie Bezrybna rybna z Wegilijnego zestawu dań.

☼ Żurkowa ogórkowa.

Kiedy chciałam popełnić własny zakwas okazało się, że nie zdąży on zrobić się do niedzieli. O sztucznych, sklepowych zakwasach nie było mowy.
Uwielbiam zupy, ponieważ bardzo rzadko je jadam. Zrobienie smacznej, roślinnej zupy nie jest trudnym wyczynem – wystarczy przygotować bulion warzywny i dorzucić do niego wybrane dodatki.

Chciałam coś kwaśnego, co zastąpi mi smak żurku w tym roku. Postanowiłam zrobić jałową ogórkową, która pomimo swych bladych nazw jest pełna smakowych barw.

zurkowaogorkowa-1.jpg

 Bulion należy wykonać tak samo, jak ten do wigilijnego barszczu (przepis znajdziecie w linku, który zamieściłam już powyżej!).

zupa.jpg
Wbrew wszelkim pozorom, tofu smakuje wyśmienicie z kwaśnym wywarem – uwierzcie mi i spróbujcie! Antyfani sojowego przetworu, będziecie zdziwieni!

☼ Pieczeń soczewicowa.

O pieczeni (możecie mówić na to pasztet, ja nie lubię tego słowa!) marzyłam od dłuższego czasu. Tę opcję smakową zrobiłam ostatnio bardzo dawno temu i najlepiej wspominam ją spośród wszystkich pieczeniowych kombinacji mojego autorstwa.
Dobre zblendowanie zapewnia kremową konsystencję potrawy. Zapach czerwonej, słodziutkiej papryki przechodzi przez całą pieczeń, nadając jej charakteru.

Najlepiej smakuje po nocy spędzonej w lodówce. Polecam powstrzymać chęć wszamania jej po wyjęciu z piekarnika!

soczewicowapieczen-1.jpg

Jeśli chcecie dodać do soczewicy wybrane przez siebie zioła i przyprawy, polecam to zrobić – jednak z całego serca rekomenduję Wam moją propozycję. Wierzcie, że aromat suszonego, upieczonego lubczyku i świeżej, posiekanej zielonej natki wystarczy, aby zaspokoić Wasze rozszalałe podniebienia, żądne nowych, Wielkanocnych smaków.

pieczen.jpg

Uwagi: Pieczeń w trakcie pieczenia polecam delikatnie skropić wodą. Jeśli chcecie więcej paprykowego farszu, zaleca się wykorzystać dwie pieczone papryki.
Wypiek musi spędzić przynajmniej jedną noc w lodówce – inaczej będzie bardzo kruchy.

☼ Owsiane ciastko marmurkowe.

Nie umiem piec. Po wigilijnym sukcesie z czteroskładnikowym tofurnikiem bez pieczenia (przepisu nie ma na blogu, jeśli chcecie go poznać, piszcie w komentarzach!) bałam się stawiać na nowe, niesprawdzone przepisy.

Po zjedzeniu większości produktów mącznych, męczę się w bólach brzucha. Mój delikatny żołądek lubi się z ciasteczkami owsianymi – wykorzystałam więc bezpieczny pomysł na dwukolorowe – i dwusmakowe! – ciasto z mąki owsianej.

marmurkowe-1.jpg

Konsystencja ciasta powinna być zwarta i lejąca się jednocześnie.
Do mojej mąki dodałam około 2,5 szklanki ciepłej wody.

CIA S.jpg

Proponowany dodatek: Budyń jaglany.

cia g.jpg

Uwagi: Wodę do ciasta należy dodawać turami – najlepiej po pół szklanki za jednym razem. Po każdej dolewce trzeba dokładnie mieszać ciasto.
Warto uważać z sodą – ja dodałam jej dwie małe łyżeczki (naprawdę małe!).
W planach mam próby pieczenia ciasta bez sody. O ich wynikach poinformuję Was, kiedy je podejmę.

Na tę Wielkanoc czaruję pyszne i nieskomplikowane potrawy. Do każdej propozycji polecam dodać jak najwięcej zieleniny – sałaty, szpinaku, kiełków. Ich delikatny smak nie zabije ziołowej nuty dania, a na pewno wzbogaci je o garść zdrowia.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

Na święta Wielkiej Nocy składam Wam, Najdroższe Borsukęsy najgorętsze życzenia radości, pogody ducha i zdrówka. Aby wesoły czas wiosny zaszczepił w Was nowe inspiracje do działania i podejmowania kreatywnych wyzwań.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉

Moje owocowe śniadania

Kto nie chciałby każdego ranka raczyć się wspaniałym deserem, jednocześnie dbając o swoje zdrowie i nie szkodząc figurze?

Na pewno każdy wielbiciel słodkości od razu podniósłby obydwie ręce. Zacięty wojownik uniósłby nawet nogi. Wielu z Was od razu dałoby głos.
A wiecie, kto ma takie szczęście?

Weganie. Tak, kochani! To właśnie nam nadprzyrodzona siła, czuwająca nad światem zesłała cud.
To my, weganie – codziennie możemy jeść dużo słodkości, które cudownie wpływają na nasze ciała. Dają mnóstwo energii, nie powodują problemów trawiennych, odżywiają ciało – i umysł.

Owoce – to na ich temat przez długi czas krążyły rozmaite, zazwyczaj nieprzychylne plotki.
Biedni producenci przetworzonych słodyczy oraz media stworzyły mit, który nadal powtarza wiele osób.
Liczenie kalorii, odmawianie sobie wielu pyszności. Ciągłe diety, na które działają tylko i wyłącznie kapsułki-cud. Powtarzanie bzdur o dietach wysokowęglowodanowych, niedożywieniu i braku zdrowia u wegan.

Ci wegetarianie to jeszcze są znośni – jedzą ser, jaja, mleko. Nie pochwalam, ale nie potępiam. Za to weganie?
Choroba psychiczna. Umrą na tych swoich trawkach i warzywkach, bo im szkoda zwierzątka.
Prawdziwy mężczyzna je mięso. Prawdziwa kobieta słucha mężczyzny, który każe jej jeść mięso – i też je mięso.
Chłopakdziewczynanormalnarodzina.
 – hihi! Nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie.

Drogi dobry człowieku, który zgadza się tylko na humanitarne zabijanie zwierząt (!! tak, takie określenia można znaleźć w internecie!). Wiele tracisz, uwierz!

Weganie nie tylko oszczędzają życie zwierząt – przyczyniamy się do mniejszego użycia wody i dwutlenku węgla. Dzięki nam zmniejsza się wycinka lasów oraz wykorzystywanie ziem i zbóż.

Osoby o otwartych umysłach wiele zyskują. Oszczędzają na jedzeniu (tak, weganizm naprawdę nie jest drogi! Naprawdę! Jak Boga kocham. Mówię serio!), odzyskują harmonię ze swoim ciałem i całą ziemią. Jedzenie roślin świetnie wpływa na nasze zzieleniałe cielska. Nie poczujesz, póki nie wypróbujesz – jeśli chcesz wiedzieć, o czym mówię, musisz spróbować!

Spośród wszystkich wegańskich dóbr to właśnie jedzenie deserów każdego ranka jest zachęcającą nagrodą. Szczególnie dla tych, którzy wolą smak od jakości swojego życia – i życia innych istot żywych 😉

Odkąd przeszłam na weganizm i zyskałam większą świadomość tego, co jem, owoce najczęściej goszczą na moim śniadaniowym stole.
Zazwyczaj jest to nieskomplikowana mieszanka tego, na co mam ochotę i co akurat jest dostępne w mojej kuchni. Już wspominałam w TYM wpisie, że kieruję się zasadą słuchania organizmu. Nie wpycham w siebie tego, czego nie chcę = jem to, o co prosi moje ciało.

Wraz z nadejściem coraz cieplejszych dni, mój organizm domaga się owoców i zielonych warzyw. Osobiście najbardziej lubię jak najmniej skomplikowane, surowe posiłki.
Pokażę Wam, co lubię czarować na śniadania – wykorzystując zdrowe składniki.

MISKA OWOCÓW.
Owoce jem w masowych ilościach co lato, nie ograniczając się tylko do śniadaniowej porcji.
Lubię pokroić owoce, które mam w koszyku, obficie posypać je cynamonem – i szamać!
Na zdjęciu widzicie jabłko, pomarańczę, daktyle – ananas jest pod spodem.

OWOCE.jpg

Taka miska daje dużo energii. Nie powoduje u mnie kłopotów z trawieniem (a z moim problematycznym brzuchem łatwo jest nabawić się nieprzyjemnych problemów!), syci na długo i wspaniale smakuje.
Słodka moc witamin. Dziwnie, że nie zielona, prawda? – dla spragnionych zieleniny, prezentuję:

NAJPYSZNIEJSZE SMOOTHIE.

GRUSZKA PIETRUSZKKA.jpg

Mango, szpinak, gruszka i pietruszka.
Natka pietruszki – gwoli ścisłości.
Ten koktajl poznałam dzięki Evelinie z Vegan Island, która dla mnie jest mistrzynią smoothie. Podejmując jej koktajlowe wyzwanie bałam się, że nie polubię żadnego zielonego mixu – a jednak! Coś tam zaskoczyło!
W oryginalnym przepisie oczywiście jest banan i pierwotnie właśnie banany używałam do zrobienia smoothies. Jak już wspominałam w TYM wpisie, nie przepadam za tymi owocami, dlatego używam innych słodkości jako zamienników.

SMOOTHIE BOWL.
To najlepszy śniadaniowy pomysł, na jaki ktoś kiedykolwiek wpadł.
Zamiast pokrojonych owoców lub koktajlu do picia, w ciepłe dni często tworzę smoothie bowl.
Na zdjęciu widzicie egzotyczną propozycję, zrobioną z mrożonego mango, papai, ananasa i melona oraz świeżej pomarańczy.
Lubię mnóstwo dodatków, dlatego u góry widnieje reszta pomarańczy, jabłko, moja domowa granola (przepis: TU), płatki kokosowe i nasionka chia.

SB — kopia.jpg

Od zwykłego koktajlu smoothie w miseczce różni się konsystencją.
Koktajl w smoothie bowl powinien być znacznie gęstszy – dlatego warto jest używać mrożonych owoców i warzyw. Zamiast bananów świetnie sprawdzi się ananas lub mango (oczywiście mrożone!).
Mieszanka smaków w jednej miseczce. Orzeźwiające, odżywiające, sycące śniadanie.
Ulubione na lato!

CRUMBLE.
Crumble kojarzy mi się z typowym deserem owocowym – na szczęście w mojej wersji świetnie nadaje się na śniadanie.
Ja wykonuję swoje crumble, wykorzystując pokrojone owoce i domową granolę.
Wyłożone w naczyniu żaroodpornym owoce posypuję granolą, następnie lekko skrapiam je wodą. Wstawiam do piekarnika na około 15-18 minut, ustawiając temperaturę ok 160-180°C.

CRUMBLE.jpg
OWSIANKA/JAGLANKA/AMARANTUSANKA/RYŻANKA.

Te śniadania powracają w jesieni, królują na moim stole przez większość chłodnych dni.
Wybrane płatki zazwyczaj zalewam wodą i pozostawiam do namoczenia na noc. Kaszę, amarantus, komosę ryżową gotuję w większych ilościach, ażebym nie musiała marnować czasu na stanie przy garnuszku i pilnowanie, by nic się nie przypaliło. i tak zawsze przypalam.
Dorzucam wybrane owoce, czasem masło orzechowe, dodatki, które mam pod ręką.
Zrobienie owsianki chyba nie sprawia Wam problemu, prawda? 😉

***

To wszystkie owocowe propozycje, jakimi postanowiłam się z Wami podzielić.

Był to ostatni wpis w miesiącu zdrowia, jednak mam nadzieję, że Wasza droga z poznawaniem zdrowego odżywiania nie skończy się wraz z nadejściem nowego bloku tematycznego na moim blogu 😉
Starałam się poruszyć ważne kwestie – miałam do wykorzystania jedynie cztery soboty.
Pokazałam Wam, że roślinne odżywianie się jest naprawdę proste i przyjemne. Chciałam w niedługich urywkach tekstu zaprezentować moje podejście do weganizmu oraz osób wyśmiewających weganizm.

Weganizm nie jest tylko dietą roślinną. To styl życia, w którym wyklucza się wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego. Miejcie to na uwadze.

Jeśli chcecie widzieć więcej moich dziennych jadłospisów lub przykładów potraw, zapraszam na mój profil na wegańskiej społeczności: aplikacji Vegan Amino.

IMG_20170222_121452_623.jpg

Jeśli chcecie posłuchać ciekawych słów na temat diety wegańskiej w codziennym życiu, doświadczeń innych osób, zobaczyć, jak wyglądają ich posiłki – polecam Wam kanały na Youtube, które sama najchętniej odwiedzam:

Caitlin Shoemaker
Lauren Toyota
Monami Frost
Vegan Hero
MayaTheBee
Nowa Siła
Jestem Vege
Zuzanna Dziewirz
Weganizator.

***

Mam nadzieję, że moje śniadanie się Wam spodobały.
Macie własne sposoby na owocowe pierwsze posiłki w ciągu dnia?

Zuza 😉

Słodkie kąski na nietłusty czwartek

Oglądając film z przepisem na pączki u Savory or Sweet? uświadomiłam sobie, że tłusty czwartek wypada jeszcze w naszym blogowym miesiącu zdrowia.

Pączków jeść nie mogę – po mące i smażonym jedzeniu prawdopodobnie umierałabym z bólu brzucha. Jednak zazdrość (bo wszyscy coś mają, a ja nie!) zwyciężyła.
Od razu wiedziałam, że muszę coś wykombinować!

Znając mój brak talentu do gotowania uznałam, że powinien to być przepis jak najprostszy. Oczywiście chciałam wyczarować coś zdrowego – bez przetworzonego cukru, oleju, soli i innych składników, które już dawno wyeliminowałam ze swojej diety.

Pierwsza myśl: ciastka. Druga: „czekoladki”. Trzecia: batony.
Rozpoczęłam wyścig z własnymi pomysłami. Meta była w kuchni.
Przejrzałam swoje składniki i w głowie pojawiła się myśl na słodkie kąski, które można dowolnie modyfikować.
Mogą stać się batonami, ciasteczkami. Mogą mieć każdy smak, jaki tylko zapragnie twórca.

Kąski modyfikowane kreatywnością – niechaj to będzie ich nazwa!
Uwierzcie, że smakują pysznie. Są słodkie, miękkie, rozpływają się w ustach – a dodatkowo są naprawdę zdrowe!
Skoro ja podołałam; zrobiłam je i są zjadliwe – to oznacza, że Wy tym bardziej poradzicie sobie z zadaniem wykonania ich po swojemu.

1.jpg

Nadają się na śniadanie, deser, przekąskę na wynos. Cudowna i nieskomplikowana alternatywa batonów dostępnych w sklepach (na przykład tych Dobra Kaloria, o których wspominałam Wam w TYM wpisie!).

Zanim powiem Wam, jak je zrobiłam, odpowiem na pytanie: A co w nich takiego wspaniałego, Sueh? Wyglądają źle. Nazwa też nie zachęca dooo…

STOP, nie mów niczego, byś potem nie żałował, drogi malkontencie!
Warto je zrobić, ponieważ:

A. Są ekstremalnie proste w wykonaniu!
B. Zawierają dokładnie to, co chce dodać kucharz!
C. W ich składzie znajdziemy:

PŁATKI OWSIANE, które mają w sobie nie tylko błonnik, zdrowe tłuszcze i białko, ale także witaminy z grupy B, magnez, żelazo i wiele innych wartości odżywczych. Są sycące, wspomagają trawienie i ponoć działają odmładzająco – to musi być prawda. W ogóle się nie starzeję!
Jedzenie owsianki na śniadanie to prawdopodobnie jeden z lepszych nawyków, jaki możecie sobie wyrobić.
Ja przemycam je w wielu słodkich (i nie tylko!) przekąskach.

AMARANTUS – obiło mi się o uszy, że jest to jedna z najstarszych roślin, jakie były uprawiane na świecie. Łatwo przyswajalne żelazo i wapń, białko, magnez. Znowu błonnik, więc i ten składnik korzystnie wpłynie na trawienie.
Wspomaga organizm w leczeniu stanów zapalnych, świetnie działa na nasz układ odpornościowy. Idealny składnik diety dla osób, które walczą z chorobami układu krążenia.
Ponownie jest to ziarenko dla młodości! Zawiera skwalen – to istny eliksir młodości, opóźniający proces starzenia.

DAKTYLE dają nam mnóstwo energii. One również zawierają moc błonnika, witaminy z grupy B, żelazo, magnez, wapń. Zawierają antyoksydanty – więc również wspierają naszą odporność. Obniżają poziom cholesterolu we krwi, działają zbawiennie na problemy trawienne.
Suszone daktyle niewiele różnią się od świeżych, które ponoć mają nieco więcej witaminy C.

Oczywiście nie opisałam całej zawartości oraz właściwości danych składników. Wybrałam najważniejsze informacje, które warto pamiętać.

Teraz, gdy już macie pewien zarys dobroci kąsków, z czystym sumieniem mogę zaprezentować Wam przepis na…

kaski-kreatywne-1

Lekko słodkie, kokosowe. Kwaskowy posmak soku z cytryny dodaje im nieco charakteru, nie są mdłe – balansują pomiędzy najwspanialszą a najcudowniejszą słodkością świata.

Oblane czekoladą, obsypane kakao, pokrojone, porozrywane – w każdej formie będą świetne. (Najlepsza forma: zjedzone!)
Bardzo polecam dodatek płatków kokosowych; w podpiekaniu zyskują one wspaniały smak i aromat.

Pamiętajcie, żeby w kuchni otworzyć swoją głowę na kreatywność i tworzyć te słodkości po swojemu!

No to jak, Najdrożsi. Ile kąsków zjedliście w nietłusty czwartek? 

Zuza 😉

O moim odżywianiu + kuchenny niezbędnik

Wielu z Was zaciekawił mój tryb życia i odżywiania się.
To jednocześnie radosna, jak i niepokojąca nowina! Dla mnie to nic dziwnego – i niepokoi mnie fakt, że ktoś może być zainteresowany tym, co jem.
Cieszę się zaś z tego, że Wasze zainteresowanie zdrowym jedzeniem wzrasta!

Opowiem Wam dzisiaj (pokrótce) o tym, czym kieruję się, wybierając produkty do spożycia. Przywołam również ciekawą anegdotę oraz przedstawię kilka rzeczy, bez których nie potrafię się obejść w ciągu dnia.

SŁUCHANIE ORGANIZMU.
Nie od zawsze odżywiałam się zdrowo, choć zależy, co postrzegacie za zdrowe jedzenie.
Teraz umiem już słuchać potrzeb swojego ciała i wiem, że tryb, który przyjęło, bardzo mu służy!
Aby wyjaśnić Wam, jak słucham próśb organizmu, podam Wam przykłady z przeszłości – co jadłam na przestrzeni kolejnych pór roku.

Zazwyczaj mój organizm domaga się sezonowych warzyw i owoców.
Jesień i zima to dla mnie czas strączków i warzyw korzeniowych. Jem dużo fasoli, marchwi, buraków. Owoce, które spożywam w tym czasie to głównie jabłka, mandarynki. Często sięgam po zamrożone owoce, na które mam ochotę zawsze (truskawki, wiśnie, maliny).

Na wiosnę rozpoczyna się u mnie czas świeżych warzyw. To właśnie wtedy odczuwam chęć zjedzenia pomidora! 🙂
Na moim talerzu gości wiele zielonych elementów – często wyjętych z zamrażarki.
Brokuły, brukselka, fasolka szparagowa. Z owoców lubię podjadać kiwi, rodzynki, nadal ulubione zamrożone owoce. Nie zapominam o nowalijkach.

Lato to typowo owocowy czas! Wakacyjne dni są pełne świeżych truskawek, malin, brzoskwiń, pomidorów. W lato zazwyczaj sięgam po awokado, na które w ciągu roku nie mam ochoty.

Nigdy nie jem tego, czego nie chcę. Nie wysłuchuję porad dietetyków, znawców i specjalistów w tematyce odżywiania.
Mam dużo energii, nie choruję. W wynikach badań jeszcze nigdy nie było mi dane zobaczyć informacji o niedoborach.
Mój sposób jest dla mnie idealny!

PRZYRZĄDZANIE POTRAW.
Nie umiem gotować, więc nie spędzam całych dni w kuchni.
Nie używam olejów, soli i cukru. Mąka i produkty mączne są naprawdę rzadkim gościem na moim stole.
Uwielbiam surowe warzywa, niegotowaną marchew, chrupiące buraki.
Gotuję głównie strączki – bez dodatku soli. Zamrożone warzywa rozmrażam na parze.
Gotowanie konkretnych potraw jest u mnie rzadkością, robię to w razie ważnych okazji i świąt.
W tym temacie nie mam do dodania nic więcej.

HISTORIA Z WAKACJI.
Po dziś dzień z rozbawieniem wspominam wyjazd do Zakopanego. Te chwile idealnie obrazują to, że moje ciało domaga się tylko świeżych, nieprzetworzonych potraw.

Pamiętam, że na wyjazd zabrałam ze sobą czystoziarnisty chleb własnej roboty, dwa batony Dobra Kaloria, pięć małych batoników daktylowych i jakieś wafle ryżowe z przyprawami.
Przez kilka godzin czułam się dobrze. Podróż pociągiem była męcząca i czułam, że mam po niej mniej energii, niż rano. Dostarczałam sobie sił zabranymi przekąskami.

Zwiedzanie ulic górskiego miasteczka było dla mnie męczarnią! Ból brzucha nie dawał mi spokoju – mogłam siedzieć bez ruchu lub chodzić i jęczeć. Byłam zmuszona wybrać drugą opcję. Co jakiś czas potrzebowałam przystanku, by ulżyć swojemu ciału w rozdzierającym cierpieniu!
Nic mi nie pomagało. Piłam dużo wody, robiłam przerwy w spacerach. Ból nie ustępował.

Lekiem na cierpienie okazał się być świeżo wyciskany sok, cudem zdobyty na Gubałówce. Po chwili dał mi mnóstwo energii. Humor wrócił! Po około półgodzinnej przerwie od spacerów – ból minął.
Z entuzjazmem dokupiłam porcję świeżych owoców, które pochłonęłam z ogromną radością.
Do dziś wspominam ten piękny dzień – w którym uświadomiłam sobie, że mój organizm błagał o pomoc, kiedy nie dostarczyłam mu trawy.

Ta anegdota jest wspaniałą lekcją – nie tylko dla mnie. Mam nadzieję, że i Wy wyniesiecie z niej ciekawe informacje. Przede wszystkim warto jest jeść jak najbardziej zdrowo! Po pewnym czasie ciało samo domaga się odpowiednich elementów posiłku. Brawo, trawo!

KUCHENNY NIEZBĘDNIK.
Po jakże długim wstępie pełnym informacji, przechodzę do kuchennego niezbędnika – czyli tego, co oprócz warzyw i owoców gości na moim talerzu (i w żołądku) bardzo często.

Siemię lnianePoznałam je kilka lat temu, kiedy bardzo pragnęłam zapuścić włosy – a te jak na złość odmówiły posłuszeństwa i przestały rosnąć. Początkowo zjadałam kisiel z ziarenek raz dziennie, potem przerzuciłam się na zmielone siemię. Teraz ziarenka dosypuję do każdego posiłku (z umiarem!), zaś lniany proszek piję na wieczór, po kolacji.

siemię.jpg

Siemię lniane nie tylko usprawnia porost moich włosów, lecz także pomaga mi w problemach z jelitami i bólem brzucha. Świetnie wspomaga trawienie!
Właściwości ziarenek lnu możecie poznać na każdej stronie internetowej, nie będę się nad tym rozwodzić długo. Na pewno warto jest wzbogacić swoją codzienną dietę o pełne witamin i błonnika malutkie ziarenka!

PrzyprawyChyba nie będziecie zdziwieni – najbardziej uwielbiam pieprz czarny i cynamon.
Lubię ostre smaki, przez co pieprz dodaję w masowych ilościach do każdej warzywnej potrawy. Cynamon króluje przy śniadaniach, nie wyobrażam sobie dziennej porcji jabłek bez niego!

przyprawy.jpg

Świetnym dodatkiem jest też papryka wędzona (dostępna w praktycznie każdym sklepie spożywczym). Roślinny sos pomidorowy bez niej nie jest tak dobry.
Dzięki jej posmakowi nie muszę już przypalać garnków! Kuchenna rewolucja wprowadzona przy pomocy jednej szczypty czerwonego proszku.
Lubię używać dużo ziół (w szczególności lubczyk, majeranek, zielona pietruszka), często dodaję do potraw szczyptę kurkumy.

Suszona włoszczyzna. To dobry dodatek do potraw, świetna posypka na strączki i niezła przekąska!
Suszona marchew, pietruszka zielona (i jej korzeń też!), por, pasternak, seler. Naturalne składniki naturalnej przyprawy.
Równie dobre okazały się być suszone buraki. Mają niesamowity zapach i smak, od pewnego czasu dosypuję je do każdej potrawy.

susz.jpg

Odkąd odkryłam włoszczyznę suszoną, nie wyobrażam sobie fasoli bez niej. To świetne urozmaicenie smaku – może banalne, może nie pasujące do siebie, ale na pewno smaczne.

Daktyle. Choć nie jadam ich codziennie, świetnie sprawdzają się jako słodzidło owsiankowych zupek „mlecznych”, karmelki na słodyczowego głoda, czy chociażby przekąska zbrakulaku.

daktyle.jpg

Bardzo słodkie owoce, którymi w liceum starałam się zachęcić koleżanki i kolegów do jedzenia suszonych pyszności. Mogą być bazą do własnych zdrowych batonów, uzupełnieniem słodyczy w wypiekach, aż za bardzo słodkim dżemem. Z daktylami każdy potrafiłby się obejść – suszonymi, jak i świeżymi. Polecam obydwie (bardzo do siebie podobne) wersje!

Napoje. Znowu byłam Tomaszem, póki nie sprawdziłam tego na sobie.
Odpowiedni poziom nawodnienia znacznie poprawia samopoczucie. Naprawdę w to nie wierzyłam!
Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez wody. W ciepłe dni uwielbiam pić rano słoik wody z cytryną, do której często dodaję pyszne kawałki pachnącego imbiru.

woda.jpg

Moim dużym uzależnieniem jest czerwona herbata. Pokochałam ją jeszcze w gimnazjum i od tamtej pory nie potrafię się z nią rozstać! Mimo, że przebarwia zęby i nie jest uznawana za najzdrowszą, dla mnie jest świetnym zamiennikiem kawy (choć zupełnie nie czuję obiecanego poherbatowego pobudzenia). Mówi się, że świetnie działa na odchudzanie. Być może, ja nie zauważam niepożądanych efektów.

herbata.jpg

To cała lista rzeczy niezbędnych w moim codziennym odżywianiu.
Pamiętajcie, że największą część zdrowego wegańskiego jedzenia wypełniają warzywa i owoce!

Dieta wegańska oczywiście nie musi być ultrazdrowa – to wybór weganina, czy odżywia się zdrowo, czy korzysta z „dobroci”, czyli żywieniowych wynalazków dzisiejszego świata.
Jak już wspominałam, sama lubię testować nowe smaki, jednak nie robię z wypadów do roślinnych knajpek reguły i tradycji. Odwiedzenie pizzerii raz w roku chyba wystarczy, prawda? 🙂

Macie własne propozycje zdrowych dodatków do potraw, które mogłabym wypróbować?

Zuza 😉