Wegańskie wtorki: 5 wad weganizmu

Post ten jest obiecaną odpowiedzią na wpis o przeciwnym temacie – 5 ZALET WEGANIZMU.

Wszystko ma swoje wady i zalety. Nawet najszczęśliwsza droga, najlepszy wybór, najznakomitsze dokonania posiadają swoje ciemne strony. Piękna pogoda wiąże się z nieznośnym gorącem, a wspaniałe dzieło skrywa w swym cieniu czas poświęcony na tworzenie go – który można było wykorzystać inaczej, produktywniej. Chyba czaicie, o co mi chodzi.

Czwarty rok weganizmu, czyli moje wegańskie urodziny zbliżają się wielkimi krokami. Poznałam wiele zalet i wad wybranej przeze mnie drogi. Czas na to, by podzielić się z Wami wegańskimi wadami.

zdj

5 WAD WEGANIZMU,
czyli czarna strona jasnej strony mocy.

To niepokojące, że wady o wiele szybciej przychodzą do mojej głowy, niż zalety. Pocieszam się myślą, że to przez natłok zalet weganizmu nie wiedziałam, które wyciągnąć na piedestał, jako najważniejsza dla mnie piątka. Sądzę, że to całkowita prawda.
Analogicznie do postu przeciwstawnego, wymienię wady w kolejności, w której wbijają mi się w myśli – w końcu ten post opiera się na mojej opinii!
Pytania.
Nie znam weganina, który ma na tyle mocne nerwy, ażeby znieść bez szwanku pytania, które stawia nam otoczenie. Co tak w ogóle jesz? A robisz badania? Dlaczego nie pijesz mleka, przecież krowę boli, jak jej nie wydoisz? Jadłaś coś dzisiaj? Jajek też nie jesz? A ryby? A miód? A białko to…
Stop. Sama myśl o tych pytaniach nie może wyprowadzić mnie z równowagi!
Ja rozumiem, że nie każdy wie wszystko i to naprawdę miłe, że tak wiele osób interesuje się moim stylem życia, ale powtarzanie non stop tych samych kwestii może być irytujące, wierzcie. Szczególnie, że to nie jest średniowiecze a weganizm nie jest popularny od wczoraj. Rośliny może jeść każdy z nas. I każdy z nas może czerpać z nich to samo. Proste.

Komentarze.
Do tego właściwie idzie się przyzwyczaić, wiecie? Kiedyś byłoby mi przykro, gdybym usłyszała to, co słyszałam nie tak dawno z ust mojego ojca czy kogokolwiek.
Komentarze w stylu: Masz co jeść, w końcu kiełbasa jest w lodówce!, Przecież weganie wiedzą, że normalni ludzie jedzą mięso… albo Pani nie je ciasta, więc mam dla pani… kwiatuszek, smacznego. – nie świadczą źle o mnie, lecz o rozmówcy, z którym nieszczęśliwie wdałam się w rozmowę.
To, że ludzie mają mnie za wariatkę naprawdę mnie już nie rusza. Nie wiem, co dziwnego i niecodziennego jest w niewykorzystywaniu zwierząt dla własnego dobra – dla mnie dziwne jest spożywanie tkanek, ciała zabitych istot, picie wydzielin z wymion ssaków (które nie są wytwarzane z myślą o człowieku), noszenie części garderoby, wykonanych ze skór zwierzęcych.
Odczuwanie przyjemności z jedzenia zwierząt? To dopiero dziwne!

Świadomość.
Nie pomyliliście się, widzieliście już to słowo wśród zalet.
To ten plus, który kryje za sobą wiele minusów.
Wspaniale jest mieć świadomość tego, że robię wszystko co w mojej mocy, by zmniejszyć cierpienie niewinnych istot. Nie przyczyniam się do masowego mordu, wykorzystywania zwierząt. Jednakże… niestety, ta duża i poszerzająca się świadomość niesie za sobą moje cierpienie.
Uważam za normalne przejmowanie się losem niewinnych istot, które giną przez głupotę, zapatrzenie na siebie i wyimaginowane potrzeby ludzi. Normalny jest ból serca, kiedy myślę o kurach zamykanych masowo w niewielkich klatkach (swoją drogą, produkcję drobiu mogę obserwować z całkiem bliska). To, że czuję się nieswojo z myślą o krowach, które bestialsko wykorzystuje się do przymusowej produkcji mleka, jest jak najbardziej prawidłową reakcją. To wszystko mnie boli, najzwyczajniej w świecie boli mnie niesprawiedliwość.
Dobrze jest mieć świadomość i móc angażować się w działania wychodzące na przeciw bestialstwu. Jednak co się dowiedziało, tego się już nie oddowie i z czarno białą wizją świata muszę żyć na co dzień.

Ciężki plecak.
Owszem, dookoła pojawia się coraz więcej knajp i lokali z opcjami wegańskimi – lub w pełni wegańskich, jednak nie każde miasto w Polsce jest przyjazne weganom.
Często jestem zmuszona zabierać dużo prowiantu na wynos lub jeść na zapas – jeść chwilę wcześniej, by nie odczuć głodu od razu po wyjściu z domu.
Psst! W sekrecie powiem, że mam już opracowane swoje life hacki ratujące życie, kiedy jestem poza domem. Chcecie je poznać? Piszcie w komentarzach!

Opinia.
Znowu wada, która skupia się głównie na podejściu ludzi wobec weganizmu. To naprawdę uciążliwe – wszyscy jesteśmy ciągle oceniani, jednak mam wrażenie, że istnieje osobny system ocen dla wegan:

a) weganie oceniają wegan – co i ile jemy, czy czytamy składy, ile co ma cukru, TO SMAŻONE!, etc., etc.
b) nieweganie oceniają wegan – co i ile jemy, CZY JEMY SMAŻONE??, jak bardzo szczupli jesteśmy, bo weganie powinni być szczuplejsi, a ty d o b r z e wyglądasz, etc., etc.

Od razu zaznaczam, że opisuję przypadek normalnego weganina (dobry żart, czekam na salwy śmiechu), który nie stara się na siłę odwrócić o 180 stopni sposobu na życie każdego spotkanego nieweganina. Być może nie jestem w pełni zrównoważona, jednak nie narzucam innym weganom mojego stylu odżywiania się, nie zabraniam im jeść potraw z patelni i nie wyrywam im batona z cukrem z ręki. Pod tym względem pilnuję tylko siebie.

Mam nadzieję, że również pod tym postem znajdą się weganie, którzy będą chcieli wypowiedzieć się w temacie wad naszego trybu życia.
Co was wpienia w weganizmie? Czy Wasze spostrzeżenia pokrywają się z moimi?

Zuza 😉

Wegańskie wtorki: Grillowanie

Wesołym, kolorowym, pyszno-warzywnym postem, przepełnionym inspiracjami witam Was wszystkich w nowej serii blogowej.

Wegańskie wtorki będzie serią bogatą w inspiracje zdrowokulinarne, porady, pogadanki i relacje – wszystko na temat diety roślinnej i weganizmu.
Posty nie będą pojawiać się co tydzień, ale można się ich spodziewać we wtorki. Seria iście freelance’owa.

Jak podano w tytule, w dzisiejszym wpisie opowiem Wam o moim grillowaniu.

IMG_20170503_111432308_BURST001.jpg
Wiosna. Rozżarzone węgle śnią się każdemu wielbicielowi grillowania. Jak się okazuje – również ja bardzo lubię przyrządzać swoje posiłki na ruszcie!

Weganie i osoby na dietach roślinnych zapewne nie mają dużego wyboru. Przysmaki z grilla dla wegan? Sałatka. Sałatka z trawy i kamieni.
Hola-hola, chyba tak nie myślicie? 🙂

Grillowane warzywa to najprostsze i bardzo zdrowe danie, które my – weganie, możemy przyrządzić na grillowej kracie. Sama najbardziej lubię cukinię, paprykę i pieczone pomidory – najlepiej bez żadnych dodatków!

Tym razem rozpoczęłam sezon na grilla istną ucztą. Co znalazło się na moim papierowym talerzyku?

SAŁATKA.
Ale nie taka z trawy i kamieni. Moja sałatka była wielką improwizacją.
Świeży szpinak (z ogródka!), pomidor, resztka tofu, surowe białe szparagi, trochę suszonych buraków, zioła i pieprz mielony.

sal.jpg

Ożywiła smak grillowanych potraw, choć moje pyszności nie zabijały mnie sobą; nie czułam się ociężała, mimo najedzenia. Moi drodzy, Natura obdarowała nas wspaniałym prezentem – w postaci świeżych warzyw i owoców! Trzeba wykorzystywać je na grillu – bądź w sałatce.

SZASZŁYKI.
To chyba najprostsze (po sałatce) danie, jakie można przygotować w dosłownie pięć minut. Podpiekają się niedługo – bo wystarczy chwila, by warzywa przejęły ciepło żaru i delikatnie się zarumieniły.

szasz.jpg

Jak widać, ja preferuję delikatne podpieczenie. Zdecydowanie wolę, gdy warzywa zachowują swoją chrupkość.
Co nabiłam na cienkie patyczki? Jak widać, były to następujące dobroci: cukinia, tofu, pomidor, papryka, bakłażan. Szaszłyki oprószyłam tymiankiem i oczywiście sypnęłam pieprzem – do smaku.

Na chlebie mego życia – bakłażanie, możecie zauważyć…

SOS.
Choć jest to dodatek do grillowanych dań, warto poznać nań przepis, ażeby uzyskać pełny zestaw roślinno-grillowy u siebie na ruszcie.

sosior-1

Dobry przecier pomidorowy cechuje się wysoką zawartością pomidorów w składzie – i najlepiej, by był bez zbędnych dodatków i tak zwanych polepszaczy. Świetnie, jeśli macie zachowany swój handmade przecier pomidorowy! Będzie smakował bajecznie.

sos.jpg
BEZRYBNA.
Mój przepis na bezrybną można znaleźć we wpisie wegelijnym.
Przygotowałam ją identycznie – lecz zamiast do piekarnika, wrzuciłam ją na ruszt.

sel.jpg

Rada ode mnie: pozwólcie się jej mocno podpiec! Delikatnie przypalona seleryba zyskuje charakternego smaku.

MARŁBASKI.
Przepisów na parówki hotdogowe z marchewek w sieci krąży miliony.
Ja wykonałam je (jak zwykle) po swojemu i upiekłam na ogniu 🙂

mar-1

W pierwotnym przepisie do marchewek dodaje się dużo soli, aby zabić jej naturalny słodki smak. Ja tego (oczywiście) nie zrobiłam, dzięki czemu moje marłbaski mają delikatny posmak pomidora, ziół, są ostre i słodko marchewkowe 🙂

mar
Warto piec je długo, aby zmiękły, jeśli nie lubicie warzyw al dente według Zuzanny i preferujecie wbić zęby w miękki korzeń.
Ja do zestawu zaprezentowanego na zdjęciach dorzuciłam kolejne al dente białe szparagi i kilka liści świeżej, małej sałaty rzymskiej. Na deser zaserwowałam grillowane jabłko.
Co Wy grillujecie – oczywiście w wersji roślinnej? 
Idziecie na niezdrową łatwiznę i zaopatrujecie się w gotowe kiełbaski, czy sami przyrządzacie niezwykłe specjały? 

Zuza 😉

 

WAŻNA INFORMACJA.
Jeśli macie jakieś pytania/pomysły na tematy, które powinnam według Was poruszyć/prośby, wypisujcie je w komentarzach pod postami z serii Wegańskie wtorki.
Pomysły, które wypisujecie pod grafikiem, a nie zmieściły się w moim rocznym planie postów, już zapisałam na liście w kolejce do wtorków – lecz być może chcecie, bym pilnie o czymś napisała? Dawajcie znać!

Wegański obiad Wielkanocny

Wielkanoc – komu nie kojarzy się ona z jajkami, wędliną i białą kiełbaską, pływającą w kwaśnym, aromatycznym żurku?

Czy jako jedyna podnoszę właśnie łapkę, nieśmiało uśmiechając się do obecnego tu zgromadzenia?
To nie pierwsza moja roślinna Wielkanoc. Co roku kombinuję z przepisami i głowię się, co mogę dorzucić do rodzinnej święconki. Marchewki? Dobry plan, niech będą marchewki. I cynamon zamiast soli. I jeszcze trochę czerwonej herbaty.

Pomijając śniadanie – jak wiecie z TEGO wpisu, na śniadania uwielbiam raczyć się owocowymi mieszankami słodkości. Wielkanocne śniadanie z koszyczka raczej mnie nie dotyczy – dopóki nie zdobędę własnego wiklinowego kosza i nie wpadnę na świetne pomysły co do jego wypełnienia. Nie ma co się nad tym skupiać. Trzeba myśleć o świątecznym obiedzie!

Mój roślinny Wielkanocny stół nie będzie przepełniony typowymi, tradycyjnymi potrawami. Nie poddaję weganizacji żurku, nie robię wegańskich jajek. Nie kręcę majonezu, nie gotuję białych kiełbasek.
Postanowiłam zrobić skromny, wegański zestaw obiadowy – pełen aromatów i smaków wiosennych ziół.

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

 

Moja Weganoc,
czyli roślinne wariacje na temat potraw Wielkanocnych!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

Tegoroczne Wielkanocne menu nie jest skomplikowane.
Jak wiecie, nie umiem dobrze gotować. Nie dodaję soli, cukru, rafinowanych olejów do swoich potraw. W tym roku postawiłam na prostotę i ziołowy minimalizm, który (mam nadzieję, że) zaowocuje cudownym, nieskomplikowanym smakiem.

Obok sałatki jarzynowej, na którą przepisu chyba nie muszę podawać, na pewno stanie Bezrybna rybna z Wegilijnego zestawu dań.

☼ Żurkowa ogórkowa.

Kiedy chciałam popełnić własny zakwas okazało się, że nie zdąży on zrobić się do niedzieli. O sztucznych, sklepowych zakwasach nie było mowy.
Uwielbiam zupy, ponieważ bardzo rzadko je jadam. Zrobienie smacznej, roślinnej zupy nie jest trudnym wyczynem – wystarczy przygotować bulion warzywny i dorzucić do niego wybrane dodatki.

Chciałam coś kwaśnego, co zastąpi mi smak żurku w tym roku. Postanowiłam zrobić jałową ogórkową, która pomimo swych bladych nazw jest pełna smakowych barw.

zurkowaogorkowa-1.jpg

 Bulion należy wykonać tak samo, jak ten do wigilijnego barszczu (przepis znajdziecie w linku, który zamieściłam już powyżej!).

zupa.jpg
Wbrew wszelkim pozorom, tofu smakuje wyśmienicie z kwaśnym wywarem – uwierzcie mi i spróbujcie! Antyfani sojowego przetworu, będziecie zdziwieni!

☼ Pieczeń soczewicowa.

O pieczeni (możecie mówić na to pasztet, ja nie lubię tego słowa!) marzyłam od dłuższego czasu. Tę opcję smakową zrobiłam ostatnio bardzo dawno temu i najlepiej wspominam ją spośród wszystkich pieczeniowych kombinacji mojego autorstwa.
Dobre zblendowanie zapewnia kremową konsystencję potrawy. Zapach czerwonej, słodziutkiej papryki przechodzi przez całą pieczeń, nadając jej charakteru.

Najlepiej smakuje po nocy spędzonej w lodówce. Polecam powstrzymać chęć wszamania jej po wyjęciu z piekarnika!

soczewicowapieczen-1.jpg

Jeśli chcecie dodać do soczewicy wybrane przez siebie zioła i przyprawy, polecam to zrobić – jednak z całego serca rekomenduję Wam moją propozycję. Wierzcie, że aromat suszonego, upieczonego lubczyku i świeżej, posiekanej zielonej natki wystarczy, aby zaspokoić Wasze rozszalałe podniebienia, żądne nowych, Wielkanocnych smaków.

pieczen.jpg

Uwagi: Pieczeń w trakcie pieczenia polecam delikatnie skropić wodą. Jeśli chcecie więcej paprykowego farszu, zaleca się wykorzystać dwie pieczone papryki.
Wypiek musi spędzić przynajmniej jedną noc w lodówce – inaczej będzie bardzo kruchy.

☼ Owsiane ciastko marmurkowe.

Nie umiem piec. Po wigilijnym sukcesie z czteroskładnikowym tofurnikiem bez pieczenia (przepisu nie ma na blogu, jeśli chcecie go poznać, piszcie w komentarzach!) bałam się stawiać na nowe, niesprawdzone przepisy.

Po zjedzeniu większości produktów mącznych, męczę się w bólach brzucha. Mój delikatny żołądek lubi się z ciasteczkami owsianymi – wykorzystałam więc bezpieczny pomysł na dwukolorowe – i dwusmakowe! – ciasto z mąki owsianej.

marmurkowe-1.jpg

Konsystencja ciasta powinna być zwarta i lejąca się jednocześnie.
Do mojej mąki dodałam około 2,5 szklanki ciepłej wody.

CIA S.jpg

Proponowany dodatek: Budyń jaglany.

cia g.jpg

Uwagi: Wodę do ciasta należy dodawać turami – najlepiej po pół szklanki za jednym razem. Po każdej dolewce trzeba dokładnie mieszać ciasto.
Warto uważać z sodą – ja dodałam jej dwie małe łyżeczki (naprawdę małe!).
W planach mam próby pieczenia ciasta bez sody. O ich wynikach poinformuję Was, kiedy je podejmę.

Na tę Wielkanoc czaruję pyszne i nieskomplikowane potrawy. Do każdej propozycji polecam dodać jak najwięcej zieleniny – sałaty, szpinaku, kiełków. Ich delikatny smak nie zabije ziołowej nuty dania, a na pewno wzbogaci je o garść zdrowia.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

Na święta Wielkiej Nocy składam Wam, Najdroższe Borsukęsy najgorętsze życzenia radości, pogody ducha i zdrówka. Aby wesoły czas wiosny zaszczepił w Was nowe inspiracje do działania i podejmowania kreatywnych wyzwań.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉

Słodkie kąski na nietłusty czwartek

Oglądając film z przepisem na pączki u Savory or Sweet? uświadomiłam sobie, że tłusty czwartek wypada jeszcze w naszym blogowym miesiącu zdrowia.

Pączków jeść nie mogę – po mące i smażonym jedzeniu prawdopodobnie umierałabym z bólu brzucha. Jednak zazdrość (bo wszyscy coś mają, a ja nie!) zwyciężyła.
Od razu wiedziałam, że muszę coś wykombinować!

Znając mój brak talentu do gotowania uznałam, że powinien to być przepis jak najprostszy. Oczywiście chciałam wyczarować coś zdrowego – bez przetworzonego cukru, oleju, soli i innych składników, które już dawno wyeliminowałam ze swojej diety.

Pierwsza myśl: ciastka. Druga: „czekoladki”. Trzecia: batony.
Rozpoczęłam wyścig z własnymi pomysłami. Meta była w kuchni.
Przejrzałam swoje składniki i w głowie pojawiła się myśl na słodkie kąski, które można dowolnie modyfikować.
Mogą stać się batonami, ciasteczkami. Mogą mieć każdy smak, jaki tylko zapragnie twórca.

Kąski modyfikowane kreatywnością – niechaj to będzie ich nazwa!
Uwierzcie, że smakują pysznie. Są słodkie, miękkie, rozpływają się w ustach – a dodatkowo są naprawdę zdrowe!
Skoro ja podołałam; zrobiłam je i są zjadliwe – to oznacza, że Wy tym bardziej poradzicie sobie z zadaniem wykonania ich po swojemu.

1.jpg

Nadają się na śniadanie, deser, przekąskę na wynos. Cudowna i nieskomplikowana alternatywa batonów dostępnych w sklepach (na przykład tych Dobra Kaloria, o których wspominałam Wam w TYM wpisie!).

Zanim powiem Wam, jak je zrobiłam, odpowiem na pytanie: A co w nich takiego wspaniałego, Sueh? Wyglądają źle. Nazwa też nie zachęca dooo…

STOP, nie mów niczego, byś potem nie żałował, drogi malkontencie!
Warto je zrobić, ponieważ:

A. Są ekstremalnie proste w wykonaniu!
B. Zawierają dokładnie to, co chce dodać kucharz!
C. W ich składzie znajdziemy:

PŁATKI OWSIANE, które mają w sobie nie tylko błonnik, zdrowe tłuszcze i białko, ale także witaminy z grupy B, magnez, żelazo i wiele innych wartości odżywczych. Są sycące, wspomagają trawienie i ponoć działają odmładzająco – to musi być prawda. W ogóle się nie starzeję!
Jedzenie owsianki na śniadanie to prawdopodobnie jeden z lepszych nawyków, jaki możecie sobie wyrobić.
Ja przemycam je w wielu słodkich (i nie tylko!) przekąskach.

AMARANTUS – obiło mi się o uszy, że jest to jedna z najstarszych roślin, jakie były uprawiane na świecie. Łatwo przyswajalne żelazo i wapń, białko, magnez. Znowu błonnik, więc i ten składnik korzystnie wpłynie na trawienie.
Wspomaga organizm w leczeniu stanów zapalnych, świetnie działa na nasz układ odpornościowy. Idealny składnik diety dla osób, które walczą z chorobami układu krążenia.
Ponownie jest to ziarenko dla młodości! Zawiera skwalen – to istny eliksir młodości, opóźniający proces starzenia.

DAKTYLE dają nam mnóstwo energii. One również zawierają moc błonnika, witaminy z grupy B, żelazo, magnez, wapń. Zawierają antyoksydanty – więc również wspierają naszą odporność. Obniżają poziom cholesterolu we krwi, działają zbawiennie na problemy trawienne.
Suszone daktyle niewiele różnią się od świeżych, które ponoć mają nieco więcej witaminy C.

Oczywiście nie opisałam całej zawartości oraz właściwości danych składników. Wybrałam najważniejsze informacje, które warto pamiętać.

Teraz, gdy już macie pewien zarys dobroci kąsków, z czystym sumieniem mogę zaprezentować Wam przepis na…

kaski-kreatywne-1

Lekko słodkie, kokosowe. Kwaskowy posmak soku z cytryny dodaje im nieco charakteru, nie są mdłe – balansują pomiędzy najwspanialszą a najcudowniejszą słodkością świata.

Oblane czekoladą, obsypane kakao, pokrojone, porozrywane – w każdej formie będą świetne. (Najlepsza forma: zjedzone!)
Bardzo polecam dodatek płatków kokosowych; w podpiekaniu zyskują one wspaniały smak i aromat.

Pamiętajcie, żeby w kuchni otworzyć swoją głowę na kreatywność i tworzyć te słodkości po swojemu!

No to jak, Najdrożsi. Ile kąsków zjedliście w nietłusty czwartek? 

Zuza 😉

O moim odżywianiu + kuchenny niezbędnik

Wielu z Was zaciekawił mój tryb życia i odżywiania się.
To jednocześnie radosna, jak i niepokojąca nowina! Dla mnie to nic dziwnego – i niepokoi mnie fakt, że ktoś może być zainteresowany tym, co jem.
Cieszę się zaś z tego, że Wasze zainteresowanie zdrowym jedzeniem wzrasta!

Opowiem Wam dzisiaj (pokrótce) o tym, czym kieruję się, wybierając produkty do spożycia. Przywołam również ciekawą anegdotę oraz przedstawię kilka rzeczy, bez których nie potrafię się obejść w ciągu dnia.

SŁUCHANIE ORGANIZMU.
Nie od zawsze odżywiałam się zdrowo, choć zależy, co postrzegacie za zdrowe jedzenie.
Teraz umiem już słuchać potrzeb swojego ciała i wiem, że tryb, który przyjęło, bardzo mu służy!
Aby wyjaśnić Wam, jak słucham próśb organizmu, podam Wam przykłady z przeszłości – co jadłam na przestrzeni kolejnych pór roku.

Zazwyczaj mój organizm domaga się sezonowych warzyw i owoców.
Jesień i zima to dla mnie czas strączków i warzyw korzeniowych. Jem dużo fasoli, marchwi, buraków. Owoce, które spożywam w tym czasie to głównie jabłka, mandarynki. Często sięgam po zamrożone owoce, na które mam ochotę zawsze (truskawki, wiśnie, maliny).

Na wiosnę rozpoczyna się u mnie czas świeżych warzyw. To właśnie wtedy odczuwam chęć zjedzenia pomidora! 🙂
Na moim talerzu gości wiele zielonych elementów – często wyjętych z zamrażarki.
Brokuły, brukselka, fasolka szparagowa. Z owoców lubię podjadać kiwi, rodzynki, nadal ulubione zamrożone owoce. Nie zapominam o nowalijkach.

Lato to typowo owocowy czas! Wakacyjne dni są pełne świeżych truskawek, malin, brzoskwiń, pomidorów. W lato zazwyczaj sięgam po awokado, na które w ciągu roku nie mam ochoty.

Nigdy nie jem tego, czego nie chcę. Nie wysłuchuję porad dietetyków, znawców i specjalistów w tematyce odżywiania.
Mam dużo energii, nie choruję. W wynikach badań jeszcze nigdy nie było mi dane zobaczyć informacji o niedoborach.
Mój sposób jest dla mnie idealny!

PRZYRZĄDZANIE POTRAW.
Nie umiem gotować, więc nie spędzam całych dni w kuchni.
Nie używam olejów, soli i cukru. Mąka i produkty mączne są naprawdę rzadkim gościem na moim stole.
Uwielbiam surowe warzywa, niegotowaną marchew, chrupiące buraki.
Gotuję głównie strączki – bez dodatku soli. Zamrożone warzywa rozmrażam na parze.
Gotowanie konkretnych potraw jest u mnie rzadkością, robię to w razie ważnych okazji i świąt.
W tym temacie nie mam do dodania nic więcej.

HISTORIA Z WAKACJI.
Po dziś dzień z rozbawieniem wspominam wyjazd do Zakopanego. Te chwile idealnie obrazują to, że moje ciało domaga się tylko świeżych, nieprzetworzonych potraw.

Pamiętam, że na wyjazd zabrałam ze sobą czystoziarnisty chleb własnej roboty, dwa batony Dobra Kaloria, pięć małych batoników daktylowych i jakieś wafle ryżowe z przyprawami.
Przez kilka godzin czułam się dobrze. Podróż pociągiem była męcząca i czułam, że mam po niej mniej energii, niż rano. Dostarczałam sobie sił zabranymi przekąskami.

Zwiedzanie ulic górskiego miasteczka było dla mnie męczarnią! Ból brzucha nie dawał mi spokoju – mogłam siedzieć bez ruchu lub chodzić i jęczeć. Byłam zmuszona wybrać drugą opcję. Co jakiś czas potrzebowałam przystanku, by ulżyć swojemu ciału w rozdzierającym cierpieniu!
Nic mi nie pomagało. Piłam dużo wody, robiłam przerwy w spacerach. Ból nie ustępował.

Lekiem na cierpienie okazał się być świeżo wyciskany sok, cudem zdobyty na Gubałówce. Po chwili dał mi mnóstwo energii. Humor wrócił! Po około półgodzinnej przerwie od spacerów – ból minął.
Z entuzjazmem dokupiłam porcję świeżych owoców, które pochłonęłam z ogromną radością.
Do dziś wspominam ten piękny dzień – w którym uświadomiłam sobie, że mój organizm błagał o pomoc, kiedy nie dostarczyłam mu trawy.

Ta anegdota jest wspaniałą lekcją – nie tylko dla mnie. Mam nadzieję, że i Wy wyniesiecie z niej ciekawe informacje. Przede wszystkim warto jest jeść jak najbardziej zdrowo! Po pewnym czasie ciało samo domaga się odpowiednich elementów posiłku. Brawo, trawo!

KUCHENNY NIEZBĘDNIK.
Po jakże długim wstępie pełnym informacji, przechodzę do kuchennego niezbędnika – czyli tego, co oprócz warzyw i owoców gości na moim talerzu (i w żołądku) bardzo często.

Siemię lnianePoznałam je kilka lat temu, kiedy bardzo pragnęłam zapuścić włosy – a te jak na złość odmówiły posłuszeństwa i przestały rosnąć. Początkowo zjadałam kisiel z ziarenek raz dziennie, potem przerzuciłam się na zmielone siemię. Teraz ziarenka dosypuję do każdego posiłku (z umiarem!), zaś lniany proszek piję na wieczór, po kolacji.

siemię.jpg

Siemię lniane nie tylko usprawnia porost moich włosów, lecz także pomaga mi w problemach z jelitami i bólem brzucha. Świetnie wspomaga trawienie!
Właściwości ziarenek lnu możecie poznać na każdej stronie internetowej, nie będę się nad tym rozwodzić długo. Na pewno warto jest wzbogacić swoją codzienną dietę o pełne witamin i błonnika malutkie ziarenka!

PrzyprawyChyba nie będziecie zdziwieni – najbardziej uwielbiam pieprz czarny i cynamon.
Lubię ostre smaki, przez co pieprz dodaję w masowych ilościach do każdej warzywnej potrawy. Cynamon króluje przy śniadaniach, nie wyobrażam sobie dziennej porcji jabłek bez niego!

przyprawy.jpg

Świetnym dodatkiem jest też papryka wędzona (dostępna w praktycznie każdym sklepie spożywczym). Roślinny sos pomidorowy bez niej nie jest tak dobry.
Dzięki jej posmakowi nie muszę już przypalać garnków! Kuchenna rewolucja wprowadzona przy pomocy jednej szczypty czerwonego proszku.
Lubię używać dużo ziół (w szczególności lubczyk, majeranek, zielona pietruszka), często dodaję do potraw szczyptę kurkumy.

Suszona włoszczyzna. To dobry dodatek do potraw, świetna posypka na strączki i niezła przekąska!
Suszona marchew, pietruszka zielona (i jej korzeń też!), por, pasternak, seler. Naturalne składniki naturalnej przyprawy.
Równie dobre okazały się być suszone buraki. Mają niesamowity zapach i smak, od pewnego czasu dosypuję je do każdej potrawy.

susz.jpg

Odkąd odkryłam włoszczyznę suszoną, nie wyobrażam sobie fasoli bez niej. To świetne urozmaicenie smaku – może banalne, może nie pasujące do siebie, ale na pewno smaczne.

Daktyle. Choć nie jadam ich codziennie, świetnie sprawdzają się jako słodzidło owsiankowych zupek „mlecznych”, karmelki na słodyczowego głoda, czy chociażby przekąska zbrakulaku.

daktyle.jpg

Bardzo słodkie owoce, którymi w liceum starałam się zachęcić koleżanki i kolegów do jedzenia suszonych pyszności. Mogą być bazą do własnych zdrowych batonów, uzupełnieniem słodyczy w wypiekach, aż za bardzo słodkim dżemem. Z daktylami każdy potrafiłby się obejść – suszonymi, jak i świeżymi. Polecam obydwie (bardzo do siebie podobne) wersje!

Napoje. Znowu byłam Tomaszem, póki nie sprawdziłam tego na sobie.
Odpowiedni poziom nawodnienia znacznie poprawia samopoczucie. Naprawdę w to nie wierzyłam!
Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez wody. W ciepłe dni uwielbiam pić rano słoik wody z cytryną, do której często dodaję pyszne kawałki pachnącego imbiru.

woda.jpg

Moim dużym uzależnieniem jest czerwona herbata. Pokochałam ją jeszcze w gimnazjum i od tamtej pory nie potrafię się z nią rozstać! Mimo, że przebarwia zęby i nie jest uznawana za najzdrowszą, dla mnie jest świetnym zamiennikiem kawy (choć zupełnie nie czuję obiecanego poherbatowego pobudzenia). Mówi się, że świetnie działa na odchudzanie. Być może, ja nie zauważam niepożądanych efektów.

herbata.jpg

To cała lista rzeczy niezbędnych w moim codziennym odżywianiu.
Pamiętajcie, że największą część zdrowego wegańskiego jedzenia wypełniają warzywa i owoce!

Dieta wegańska oczywiście nie musi być ultrazdrowa – to wybór weganina, czy odżywia się zdrowo, czy korzysta z „dobroci”, czyli żywieniowych wynalazków dzisiejszego świata.
Jak już wspominałam, sama lubię testować nowe smaki, jednak nie robię z wypadów do roślinnych knajpek reguły i tradycji. Odwiedzenie pizzerii raz w roku chyba wystarczy, prawda? 🙂

Macie własne propozycje zdrowych dodatków do potraw, które mogłabym wypróbować?

Zuza 😉

♥ Walentynkowy deser jaglany ♥

Z okazji walentynek postanowiłam pokazać Wam, co słodkiego możecie wyczarować w dniu zakochanych.

Czy tylko ja sądzę, że jedzenie to świetny upominek? Ukochana osoba na pewno doceni nasze starania. Przez żołądek do serca, pamiętajcie o tym, Borsuczki!

2.jpg

Ten krótki przepis jest idealny na desery, śniadania, sycące przekąski. Świetnie obrazuje, jak bardzo słaba jestem w gotowaniu.
Na szczęście mój brak umiejętności nadrabiam kreatywnością! Dlatego właśnie deser jaglany przygotowałam nieco inaczej, niż wszyscy.

Prosty przepis, prosta sprawa! Jedyną trudnością może być kasza – ważne, żeby niczego nie przypalić. Jeśli dacie sobie radę z tym ważnym zadaniem, deser z pewnością będzie udany.

♥♥♥

1.jpg

 W tym przepysznym deserze najcudowniejsze jest to, że można go jeść z czym tylko się chce. Wszystkie kombinacje dodatkowe będą się nadawały.
Na zimno, na ciepło, na śniadanie, kolację. Co więcej, ten deserek jest zdrowy – wykonany z uwielbianej przez wszystkich zdrowotnych freaków kaszy jaglanej. Idealny dla czytelników żądnych kreatywności. Halo, kreatywna policja? Mam na celowniku naturalną zdrową słodkość, przy której mogę wykorzystać swój zmysł twórczy. Czego chcieć więcej?

♥♥♥

wal przepis.jpg

♥♥♥

O dobroci kaszy jaglanej chyba nie trzeba wspominać! To nie tylko pyszny, ale też zdrowy, prosty i szybki w wykonaniu słodycz.

Mój deser był niesłodzony.
Zdecydowałam się na dwie wersje – podstawową z rozmrożonymi truskawkami oraz kakaową z mandarynkami.
Osobiście wolę jasny budyń.

3.jpg

Deser wychodzi kremowy, gęsty, pyszny. Smak kaszy dla mnie nie był mocno wyczuwalny.
Robiąc go mamy tak wiele możliwości, że nadaje się na każdą okazję i porę. Ja żałuję, że wcześniej go nie wykonywałam! Teraz na pewno będzie częstym gościem na moim stole i zamiennikiem świątecznych ciast i deserów.

Jakie macie pomysły na dodatki do jaglanego budyniu?

Zuza ♥

Zima: rośliny na wigilijnym stole

Wystarczy przeczytać choć jeden mój wpis na temat gotowania, by wyciągnąć te dwa wnioski:
1. Nie umiem gotować!
2. Jestem weganką.

Długo myślałam nad tym, co zagości na moim tegorocznym świątecznym stole.
Rodzina będzie obżerać się do upadłego swoimi potrawami – gdyby nie ryba, mięsa na talerzach nie uświadczyłby nawet zawzięty, profesjonalny tropiciel zwierza.
Ja (oczywiście) nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała upichcić swoich świątecznych, wigilijnych potraw.
Jaki będzie skutek mojego kucharzenia? To się okaże!

*Uwaga! Ten wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się po upichceniu ich – można więc rzec, że tym razem dostaliście ode mnie relację na żywo z mojej kuchni.*

Po kliknięciu na przepis, włączy się jego wersja PDF.

Moja wegilia,
czyli trawa i kamienie na świątecznym stole!

*Uwaga! Jako, że wpis ten będzie edytowany na bieżąco, wszelkie uwagi na temat gotowania każdej z potraw pojawią się wraz ze zdjęciami. Polecam więc nie trzymać się ściśle mojego przepisu, acz inspirować się można zawsze :)*

❅ Barszcz czerwony.

Barszcz to pierwsza z potraw, którą zapisałam na mojej wigilijnej liście.
Kto wyobraża sobie święta bez ciepłego, rozgrzewającego barszczu? Ja zdecydowanie nie mogłabym się bez niego obejść!
Tę potrawę wykonywałam już wcześniej.

barszcz zdj.jpg

Barszcz (w wersji bez soli) jest buraczano-słodziutki i kwaśny, bardzo ziołowy. Ma intensywny smak oraz zapach.
Wywar idealnie sprawdzi się na wigilię, zaś warzywa posłużą mi jako posiłek, który zrobił się praktycznie sam. Roślinne 2w1!

barszcz.jpg

Uwagi: wielbiciele czosnku – dla wzbogacenia smaku zupy, warto dodać do niej kilka aromatycznych ząbków.

❅❅❅

❅ Seleryba.

O ile nie przepadam za smakiem jakiegokolwiek selera i nawet przy gotowaniu warzywnych wywarów pomijam ten ważny składnik, seleryba to element, bez którego świąteczny stół nie byłby świąteczny.
Byłby zwyczajnym stołem, zapełnionym potrawami. Brakowałoby na nim magicznego smaku, scalającego wyjątkowe posiłki!
Tę potrawę wykonywałam już wcześniej.

rybakorzeniowa-page-001 (1).jpg

Ilość seleryb zależy od wielkości warzywa oraz grubości pasków.
Wierzcie mi, arcykrytycy selerowych posmaków; seleryba odmieni Wasze spojrzenie na ten okrąglutki, kształtny korzeń!

ryb.jpg

❅❅❅

❅ Esencja grzybowa.

Nie cierpię grzybów!
Ich konsystencja kojarzy mi się z oślizgłym ślimakiem. Nic nie mam do ślimaków. Kocham Was, ślimaczki.
Nie wiem, jaka magia działa na mnie podczas świąt, ale uwierzcie – mój wigilijny sos grzybowy jem zawsze z dokładką.
Ilość składników może być niewystarczająca dla większej grupy głodnych świątecznych elfów.

grzybowaesencja-page-001.jpg

Odrzucone grzyby nie smucą się ani na chwilę. Moja rodzina chętnie przygarnia je do swoich grzybowych potraw.
Po odcedzeniu esencji pozostaje niewiele – jednak dla mnie jest do wystarczająca ilość, aby zaspokoić moje grzybowe zapotrzebowanie wigilijne.

grz.jpg

Uwagi: sos w wersji z przepisu ma bardzo mocny grzybowy smak i rzadką konsystencję. Dla elfów, które pragną gęstego sosu mam dobrą informację: prawdopodobnie wystarczy zagęścić esencję.

❅❅❅

❅Makaron z masą makową domowej roboty.

O tej potrawie mała Zuza marzyła już od początku grudnia. Nie wyobrażała sobie nie spróbować makaronu. Nawet, gdy jej brzuch był już wypełniony innymi daniami.
Słodki, rodzynkowo-migdałowy mak pachniał bakaliami, które lubiła. Nie mogła się doczekać, aż na jej talerzu wyląduje słodziutki przysmak!

Chcę odtworzyć smak dzieciństwa, omijając gotowe masy makowe i sztuczne słodzidła.
Poprzeczkę postawiłam wysoko, czy podołam swoim oczekiwaniom? 🙂

masamakowa.jpg

Przepis na dżem daktylowy, o którym mowa w przepisie znajdziecie tam: przepis na granolę.

Ja dodam masę makową do makaronu, lecz jestem pewna, że po wigilii zostanie mi jej dużo w słoiczku. Mam nadzieję, że pomimo moich obaw, masa spełni moje oczekiwania i będę mogła wykorzystać ją jako świąteczny deser!

❅❅❅

❅ „Sałatka rybna”.

Pewnego dnia… spotkałam go.
Po dziś dzień nie chce wyjść z mojej głowy. Zawładnął mną, skradł moje myśli, złodziej!
Zmodyfikowałam go według własnego gustu i upodobań – przecież nie zapamiętałabym go takiego, jakim był. Po tak długim czasie nie można być pewnym, czy nie zapomniało się o ważnym elemencie…

…jednak nawet w skróconej wersji, znaleziony już dawno przepis na wegańską „sałatkę” rybną podbija podniebienie każdego. To zdecydowanie świąteczna pozycja kulinarna!
Tę potrawę wykonywałam już wcześniej.

bezrybnarybna.jpg

Dlaczego wyraz sałatka umieszczam w cudzysłowie? – Dla mnie ta propozycja kulinarna nie przypomina sałatki, jest pełnoprawnym, sycącym posiłkiem.

Owa „sałatka” ma mocny smak rybny, dzięki czemu idealnie wpasowuje się w bożonarodzeniowe klimaty. Nie wygląda idealnie, acz smakuje wyśmienicie!

❅❅❅

*Przypominam, że wpis będzie edytowany na bieżąco. Zdjęcia potraw pojawią się z czasem!*

Mam nadzieję, że ten wpis spełnia następujące funkcje:
a) Inspiruje Was do kucharzenia w święta,
b) Pokazuje, jak bardzo nie umiem w gotowanie,
c) Udowadnia, że gotowanie roślinne jest ciekawe, zróżnicowane, proste i niedrogie,
d) Zachęca do korzystania ze smaku i intuicji w kuchni.

Pamiętajcie, że w przypadku każdego przepisu, należy ufać swoim preferencjom smakowym i kierować się również własnymi doświadczeniami kulinarnymi.

❅❅❅

Na te święta Bożego Narodzenia życzę Wam dużo radości, uśmiechu, ciepełka. Abyście pozwolili duchowi kreatywności opętać Wasze umysły, a duch świąt niech towarzyszy Wam w naszej wspólnej kreatywnej podróży.

Wszystkim stałym i przechodnim czytelnikom bloga chciałabym bardzo podziękować za wszystkie komentarze, wsparcie i pochwały, które pojawiły się na tym blogu. To dzięki Wam mam coraz większą ochotę tworzyć coś nowego! Każde miłe słowo inspiruje mnie do dalszego działania.

Posyłam Wam mocne uściski dłoni!
Zuza 😉